
W tych dniach, gdy obchodzimy rocznicę krwawej niedzieli na Wołyniu publikujemy wspomnienia Nysanki Marii Kluski, która jako dziecko była świadkiem rzezi na Polakach, dokonanej przez banderowców oraz relację Henryka Dendewicza z Czarnolasu, który przekazał nam traumatyczne wspomnienia z tego okresu swojej mamy – niedawno zmarłej Stefanii Dendewicz. Obie relacje przerażają i porażają. Dodajmy, że nasza redakcja przez lata publikowała wspomnienia osób, które na własne oczy widziały banderowskie mordy. O tym nie wolno zapomnieć!
Nysanka Maria Kluska była świadkiem zbrodni dokonywanych przez banderowców na ludności polskiej w Podkamieniu w województwie tarnopolskim. Jako kilkuletnia dziewczynka wiele nocy spędziła z siostrą i mamą w tamtejszym klasztorze dominikanów, który miał obronić ludność polską przed mordami. Stał się jednak świadkiem potwornej zbrodni.
W pamięci pani Marii, która przyszła na świat w 1936 roku, Podkamień zachował się, jako małe miasteczko, które porównuje do Otmuchowa - z rynkiem, szkołą, cerkwią i właśnie klasztorem ojców dominikanów, który znajdował się na wzgórzu.
- Kiedy przyszłam na świat miałam już o siedem lat starszą siostrę. Mój ojciec był szewcem, a mama zajmowała się domem i niewielkim gospodarstwem – opowiada pani Maria. – Pamiętam, że wieczorem przychodzili do taty znajomi i sąsiedzi - oni opowiadali i śmiali się, a on pracował. Ja z kolei podsłuchiwałam – wspomina z uśmiechem pani Maria. - Nie pamiętam wybuchu wojny i pierwszych lat jej trwania. Najwidoczniej nasze życie niewiele się zmieniło w tym czasie – do momentu mordów banderowskich.
Ojciec pani Marii pochodził z sąsiedniej wsi - Palikrowy. O rzezi polskiej ludności tej wsi wiadomo wiele tragicznych szczegółów. Doszło do niej 12 marca 1944 roku. Banderowcy zajęli wieś i spędzili wszystkich mieszkańców na olbrzymią łąkę. Potem padł rozkaz, żeby Polacy przeszli na jedną stronę, a Ukraińcy na drugą. Po takim podziale kazano Ukraińcom wracać do domu, a Polakom… kazano wykopać dół i rozstrzelano wszystkich z karabinów maszynowych. Dobijano tych, którzy jeszcze jakimś cudem przeżyli. Ocalało zaledwie kilka osób.
Według relacji ocalonych po egzekucji banderowcy obdarli trupy z ubrań i butów. Obrabowano także polskie zagrody, a resztę spalono.
Wiele nocy poprzedzających zbrodnię w sąsiednich Palikrowach pani Maria spędziła z mamą i z siostrą w klasztorze dominikanów w swoim rodzinnym Podkamieniu. O tym, że jest niebezpiecznie wiedzieli od dawna. - Wszyscy Polacy z miasteczka tak robili – dodaje nasza rozmówczyni.
Oficjalne źródła mówią, że w końcu 1943 roku było to już łącznie ok. 2000 osób. Przychodzili tutaj nie tylko mieszkańcy Podkamienia, ale także ci Polacy, którym udało się uciec przed banderowcami z różnych okolicznych miejscowości. W samym klasztorze również zorganizowano samoobronę.
Według świadectwa świadków pod mury klasztoru w marcu 1944 roku dotarły oddziały UPA, które zażądały wpuszczenia do klasztoru oraz wydania żywności.
Dowodzący obroną klasztoru spuścili posiłek na linach i jednocześnie wzmocniono dojście do klasztoru. Pod osłoną nocy część ludności wymknęła się z klasztoru.
Kolejnego dnia sytuacja się powtórzyła, ale tym razem żądano otwarcia bram. Po odmowie zaczęto ostrzeliwać zakon i rąbać siekierą furtę. Zaprzestano tego, gdy zaczęły padać strzały samoobrony polskiej. Wtedy banderowcy mieli zażądać opuszczenia budynków przez wszystkich ukrywających się tam Polaków, z wyjątkiem zakonników, obiecując wypuścić ich wolno. Kiedy Polacy zaczęli wychodzić z klasztoru zbrodniarze otworzyli ogień. Powstało ogólne zamieszanie, w którym napastnicy przedarli się do wnętrza klasztoru.
Szacuje się, że w samym zakonie zabito ok. 100 Polaków, ale ofiar naszych rodaków było więcej, bo zabijano także tych, którzy znajdowali się poza murami klasztoru. Ciała ofiar były porzucane w miejscu zabójstwa lub wrzucane do klasztornej studni. Mienie klasztorne, w tym dzieła sztuki zostały rozkradzione, a po wojnie władza stalinowska przeznaczyła klasztor na szpital psychiatryczny.
Jak ten mord wyglądał z perspektywy małej Marysi? - Którejś nocy nasz tata został sam w domu, bo miała ocielić się nasza krowa. Przyszedł wtedy do niego któryś z naszych sąsiadów i zapytał gdzie jest rodzina. Kiedy usłyszał od ojca, że żona i córki są w klasztorze powiedział, żebyśmy tam jutro pod żadnym pozorem nie szli, bo będzie atak. Polecił także, aby tato przekazał to jak największej ilości sąsiadów i znajomym. I tak też się stało – my rano wróciłyśmy, tato przekazał ostrzeżenie sąsiadom, ale nikt go nie posłuchał. Wszyscy wieczorem wrócili do klasztoru myśląc o bezpiecznym noclegu – mówi pani Maria. Zaraz też dodaje. – Być może dzięki temu, że tato uwierzył temu człowiekowi przeżyliśmy. Opowieści o mordzie były potworne. Wiem, że ofiary banderowców z klasztoru zostały pochowane w jednym wspólnym dole na cmentarzu. Wieści niosły, że jeszcze przez trzy dni ziemia oddychała, bo nie wszyscy od razu zostali zabici – umierali w mękach od poniesionych ran. Z tej masakry ocalała moja ciocia, która była w ciąży. Nie znam szczegółów tego ocalenia, ale na szczęście nie tylko ocalała, ale też urodziła i wychowała córkę. Z kolei brat mamy, kiedy wrócił z wojska poszedł na cmentarz, żeby zobaczyć ten wspólny grób mieszkańców Podkamienia. Na cmentarzu dopadli go jednak banderowcy i zadali 40 ran - dodaje.
Rodzinie pani Marii udało się ocalić życie. - Wywieźli nas do Krzemieńca, gdzie przyjęła nas Ukrainka, która wyszła za mąż za Polaka. Zanim tam dotarliśmy ojciec zakazał mnie i siostrze odzywać się do kogokolwiek, żeby nikt nie usłyszał, że mówimy po polsku - wspomina.
W 1945 roku rodzina pani Marii przyjechała na Śląsk w bydlęcych wagonach pełnych wesz. – Nasza droga była długa - gdzie zatrzymał się pociąg tam wysiadali ludzie, by zapalić ognisko, żeby zagotować wodę czy ugotować jakąś biedną zupkę i oczywiście nakarmić zwierzęta, które ze sobą zabrali - mówi.
Rodzina pani Marii dotarła do Krzyżowic pod Głubczycami. - Przydzielono nas do domu, w którym jeszcze mieszkali Niemcy, a w zasadzie polsko-niemieckie małżeństwo. Przez pewien czas mieszkaliśmy razem. Mieli dwie córki. Jedna była już mężatką i miała córkę w moim wieku, a więc razem się bawiłyśmy. Potem zabrali ich do Niemiec. Po latach przyjechali do nas, oglądali dom, obejście - także ta moja mała niemiecka koleżanka. Tato wziął ten niewielki domek na końcu wsi, bo cały czas żył w przekonaniu, że zaraz wrócimy do siebie, do Podkamienia – dodaje pani Maria.
Czy kiedykolwiek była w tamtych stronach? Czy istnieje dom rodzinny pani Marii? - Kiedy wyjechaliśmy wprowadził się do niego przyrodni brat mojego ojca - tłumaczy. - Mój dziadek bowiem zmarł, kiedy tato miał zaledwie trzy miesiące. Babcia wyszła drugi raz za mąż - za Ukraińca, z którym miała dwie córki i właśnie wspomnianego syna. W naszym domu był po wojnie mój tata i wnuczka. Ja nigdy nie zdecydowałam się na podróż na wschód. Tak bardzo ta trauma osiadła w moim sercu – dodaje pani Maria.
O tragedii klasztoru w swojej opowieści wspomina Henryk Dendewicz z Czarnolasu. Jego rodzina – ze względu na tragiczne wspomnienia mamy, która zmarła w tamtym roku i babci, która została zabita na Ukrainie w 1985 roku – żyła i żyje tym co spotkało najbliższych na wschodzie.
Jak już było wspomniane mama pana Henryka - Stefania Dendewicz z domu Chudzik odeszła w minionym roku. Jej opowieści będą żywe w pamięci jej najbliższych. Widać to po wzruszeniu z jakim pan Henryk przytacza słowa swojej mamy. - Mama pochodziła z Czernicy koło Brodów. Nasza rodzina mieszkała tam od pokoleń. Mój dziadek był wcielony do wojska austriackiego, a w cywilu był wziętym kowalem. Robił różnorodne maszyny rolnicze. Ze względu na to, że służył w wojsku austriackim dobrze mówił po niemiecku. Fakt, że się do tego przyznał przed niemieckimi okupantami potem go zgubił. Kiedy do wsi weszli Niemcy szukali kogoś kto przetłumaczył ich komunikaty do ludności. Dziadek się zgłosił, a kiedy po Niemcach weszli Rosjanie orzeczono, że dziadek był… kolaborantem. Ruscy przyjechali pod dom, wrzucili go na pakę samochodu, ręce skrępowali drutem kolczastym i pewnie rozstrzelaliby go strzałem w tył głowy. Dziadek był jednak żołnierzem - sprytnym, sprawnym fizycznie i zdołał uciec. Nie wrócił jednak do domu tylko ukrywał się u sąsiadów, bo wiedział, że przecież będą go szukali w domu. Przez sąsiadów dał też znać rodzinie, żeby sami uciekali, bo pewnie będą go szukali. To wszystko musiało na nim się odbić, bo dostał jakiegoś zapalenia i wkrótce zmarł osierocając dwie córki i nastoletniego syna – opowiada pan Henryk.
Brak ojca sprawił, że rodzinie żyło się bardzo trudno. - Moja mama urodziła się w 1930 roku, a więc już dobrze pamiętała ten horror, który zgotowali banderowcy Polakom, w tym także naszej rodzinie – opowiada dalej pan Henryk. - Ukraińcy zabili bowiem bestialsko brata mamy i to na oczach jej i naszej babci!
Pan Henryk przypomina słowa zasłyszane od mamy ze łzami w oczach, m.in. o tym co pojawia się przy każdym wspomnieniu Polaków, którzy przeżyli ludobójstwo na Wołyniu. - Banderowcy wieczorami grasowali po wsiach, osady paliły się jedna po drugiej. Rodzina mamy miała kilka koni. Wujek, jako szesnastoletni chłopak pojechał na jednym z nich na łąkę, gdzie pasły się te zwierzęta. Banderowcy go tam wyczaili, zawiązali sznur na szyję i tak jak psa przyprowadzili pod dom. Kiedy byli pod bramą zawołali z drwiną mamę i babcię. Kiedy one zobaczyły brata i syna przez okno były w rozpaczy. Jak mogły mu pomóc dwie kobiety stając przeciwko zgrai uzbrojonych zwyrodnialców?! Wiadomo co banderowcy robili kobietom… A oni długo nie czekali. Powiesili tego młodego chłopaka - na tej bramie! – ze łzami w oczach wspomina los wuja pan Henryk. – Mama opowiadała, że on tak głośno krzyczał, prosił, żeby tego nie robili. Co im zawinił?! Zginął tylko dlatego, że był Polakiem. Mama widząc to co robią z bratem wybiegła z domu nie zważając na to co może ją czekać od oprawców. Oni ją złapali, ale zdołała się wyrwać. Jeszcze przez długi czas stali z boku i czekali na kogoś kto chciałby zdjąć ciało, albo podejść bliżej. Po długim czasie ustąpili, a sąsiad - pół Ukrainiec – pół Polak - zbił z desek trumnę, w której pochowali wujka. Jego grobu oczywiście już nie ma. Nie ma nawet grobu babci z połowy lat osiemdziesiątych, bo wszystko co ma wartość jest rozkradane. A jak zobaczyli na pomniku babci polskie nazwisko to tym bardziej.
Babcia, ciocia i mama nie miały już spokoju w swoim domu. Ukraińcy cały czas przychodzili pod ich własność. - One praktycznie w domu nie spędzały żadnej nocy – spędzały je w okopach, w lasach, na polach, strychach, stodołach. Ukrywały się jak Żydzi. Tylko, że Ukraińcy mówili, że Niemcy na Żydów dali im naboje, a na Polaków to oni mają widły, kosy, sierpy, siekiery…
Pan Henryk dodaje zaraz, że któregoś razu banderowcy złapali siostrę mamy. - To była silna, duża kobieta i odepchnęła banderowca, ale nie można wykluczyć, że zrobili jej krzywdę. O tym po prostu się nie mówiło… Sam fakt, że ciocia już nie wytrzymywała i wyjechała do Polski wcześniej – w 1945 roku. Wiem tylko, że miała ranę od bagnetu – wspomina pan Henryk.
Banderowcy do domu dalszych członków rodziny państwa Dendewiczów wrzucając granat. Żywa wyszła z tego tylko jedna osoba, która akurat w tym momencie była za kuchennym piecem. - Mama opowiadała też, że we wsi znany był potężny Ukrainiec, który miał dobrze ponad 2 metry wzrostu. Wieczorami czaił się na drodze nosząc ze sobą naoliwiony sznur. Kiedy natknął się na polskie dziecko lub kobietę to zakładał im je na szyję i zaciągał. Mówili, że mieli też drut, którym rzucali w twarz i wyciągali gałki oczne.
I tu pojawia się także wątek, który znalazł miejsce w opowieści pani Marii Kluski – tragedii ludzi z klasztoru w Podkamieniu. O nim także opowiadała mama pana Henryka. - W tym klasztorze zabarykadowali się Polacy. Kiedy rozwścieczeni banderowcy wpadli do środka to ściany były czerwone od polskiej krwi. A dzieci, które złapali wrzucali do studni! Studnia pełna dzieci! Czy można sobie wyobrazić takie okrucieństwo jak ponad trzysta innych tortur, których dopuścili się banderowcy na Polakach! Mój dalszy kuzyn opowiadał, że w ich wsi zakopywali żywcem w polu ludzi, ale tak, żeby głowy wystawały, a potem jechali końmi z pługiem, który ścinał im głowy! Przecież tak mogły zrobić tylko potwory, bo na pewno nie ludzie!
Pan Henryk zauważa, że wielu banderowców wyjechało pod koniec wojny m.in. do Polski. Tu wstąpili do partii i często dostali wysokie stanowiska urzędnicze. – Tak było w Głubczycach, gdzie banderowiec – urzędnik w polskich strukturach został rozpoznany przez Polaka, który widział jakich okrucieństw się dopuszczał względem naszych rodaków. Banderowca szybko jednak przeniesiono, żeby sprawę uciszyć. Ale pewnie dlatego w naszym kraju do dzisiaj tylu polityków jak np. Paweł Kowal, zakłamuje prawdziwą historię ludobójstwa Polaków, którego dopuścili się Ukraińcy na Wołyniu. Czy tacy ludzie rozumieją hasło: „Chwała Ukrainie!”. Kiedy ja go słyszę dzisiaj z ust polskich polityków to jest to dla mnie bulwersujące! Przecież to hasło słyszeli nasi rodacy na moment przed torturami lub śmiercią, więc jak oni mogą posługiwać się takimi słowami! Nie wolno zapominać tego co spotkało Polaków ze strony Ukraińców, nie wolno zamiatać tego pod dywan, bo taka jest prawda!
Mama pana Henryka w 1957 roku – nadal nie czując się bezpiecznie wyjechała do Polski. Jej siostra Janina była tutaj już od 1945 roku. – Mama szybko wyszła za mąż. Babcia pana Henryka jednak nie dała się namówić na wyjazd – została na Wschodzie sama. To miejsce traktowała jako swój dom, chociaż wiązało się to z tyloma traumatycznymi przeżyciami. Aby pokazać pełnię tragizmu rodziny państwa Dendewiczów przenieśmy się aż do połowy lat osiemdziesiątych. Pan Henryk dodaje, że jego babcia padła ofiarą Ukraińców właśnie w tym roku! To był rok osiemdziesiąty piąty. Jej córki nigdy nie wróciły na ojcowiznę, a ona została zabita w swoim domu! - Policja się w ogóle tą sprawą nie zajęła. Stwierdzono tylko, że babcia się broniła. W całym domu była krew, a tam gdzie babcia przechowywała cenniejsze rzeczy nie było nic. Nawet w skrytkach, o których my jako rodzina wiedzieliśmy… - dodaje pan Henryk.
Źródło: Nowiny Nyskie