
„Nie pozwólcie, aby waszymi decyzjami kierowały wyłącznie względy ekonomiczne. Pamiętajcie przede wszystkim o człowieku” – apeluje w wywiadzie dla EWTN/CNA Deutsch profesor nauk o komunikacji na Uniwersytecie Johna Carrolla w Cleveland (Ohio, USA) ks. Maurice Nkemefuna Emelu. O wyzwaniach związanych z technologiami sztucznej inteligencji rozmawiał z nim Christian Peschken.
Autor wywiadu podkreśla, że pochodzący z Nigerii kapłan diecezji Orlu zalicza się on do grona najbardziej znanych na arenie międzynarodowej katolickich ekspertów w dziedzinie mediów cyfrowych, komunikacji oraz wyzwań etycznych związanych ze sztuczną inteligencją. Od dawna opowiada się za konsekwentnym, zorientowanym na człowieka rozwojem nowych technologii.
Jego najnowsza analiza naukowa dyskursu papieża Leona XIV na temat sztucznej inteligencji należy do pierwszych systematycznych ujęć nauczania papieskiego i czyni go jednym z czołowych katolickich głosów w aktualnej debacie na temat sztucznej inteligencji, godności ludzkiej i etyki cyfrowej.
Christian Peschken, EWTN/CNA Deutsch: Na długo przed tym, zanim sztuczna inteligencja stała się głównym tematem w Watykanie, argumentował Ksiądz Profesor, że prawdziwe pytanie nie brzmi: co potrafi sztuczna inteligencja, ale co ona robi z człowiekiem. Jakie jest Księdza zdaniem obecnie największe zagrożenie antropologiczne związane ze sztuczną inteligencją?
Maurice Nkemefuna Emelu: Bardzo dziękuję za zaproszenie do zabrania głosu w tej ważnej sprawie.
Na wstępie chciałbym podkreślić, że sztuczna inteligencja była przedmiotem licznych dyskusji w Watykanie jeszcze przed opublikowaniem przez papieża Leona XIV najnowszej encykliki. Jednak dzięki Magnifica humanitas zagadnienie to nabrało wyjątkowej wagi i stało się jednym z kluczowych tematów współczesnej refleksji Kościoła.
Odpowiadając na Pańskie pytanie: największym zagrożeniem nie jest to, że maszyny zaczną myśleć. Prawdziwym zagrożeniem jest to, że my zapomnimy, co stanowi o człowieczeństwie.
Na określenie tego zjawiska ukułem termin „toolification”. Wprowadziłem go już w 2024 roku w artykule przygotowanym na zlecenie Katolickiego Stowarzyszenia Teologicznego Nigerii. Początkowo posłużył mi do opisania przemiany kulturowej i psychologicznej, w której coraz częściej definiujemy własne życie przez pryzmat narzędzi, które posiadamy i których używamy. Coraz bardziej przedkładamy proces nad sens. Doskonalimy umiejętność posługiwania się technologią, podczas gdy nasza zdolność do samodzielnego, twórczego myślenia i działania stopniowo zanika.
Człowiek poddany procesowi toolification nie jest przeciwnikiem technologii. Przeciwnie – jest jej entuzjastycznym użytkownikiem. Nieustannie rozbudowuje swój arsenał cyfrowy, aż w końcu pozwala, by to narzędzia zaczęły określać jego tożsamość. Nieprzypadkowo generatywna sztuczna inteligencja, w postaci, jaką znamy dzisiaj, mogła powstać wyłącznie dzięki uznaniu danych za jej podstawowy budulec.
W epoce sztucznej inteligencji obserwuję, jak proces ten osiąga swoje logiczne zwieńczenie. Towarzyszy mu drugie zjawisko, które określam mianem „absolutyzacji danych”. Jest to założenie leżące dziś u podstaw znacznej części rozwoju technologicznego: przekonanie, że cała rzeczywistość – również człowiek – jest ostatecznie niczym innym jak zbiorem danych. Że prawdziwe jest tylko to, co można zmierzyć, a to, czego zmierzyć się nie da, zostaje uznane za pozbawione znaczenia.
Połączenie tych dwóch procesów rodzi najgłębsze zagrożenie naszych czasów. I właśnie na nie wskazuje również Ojciec Święty. Człowiek sam zostaje przekształcony w narzędzie – kształtowany przez logikę danych i oceniany nie ze względu na to, kim jest, lecz przez pryzmat tego, co można z niego wydobyć, obliczyć lub przewidzieć.
Każdy system sztucznej inteligencji zawiera w sobie odpowiedź na fundamentalne pytanie: „Czym jest człowiek?” Jeśli na to pierwsze pytanie udzielimy błędnej odpowiedzi, wówczas – niezależnie od tego, jak zaawansowana i imponująca będzie sama technologia – zautomatyzujemy jedynie błędną odpowiedź na jedyne pytanie, które ma naprawdę zasadnicze znaczenie.
Dlatego papież Leon XIV trafił w samo sedno współczesnej debaty, czyniąc pytanie o istotę człowieka punktem wyjścia swojej refleksji nad sztuczną inteligencją.
Współczesne społeczeństwa przywiązują coraz większą wagę do szybkości, optymalizacji i wydajności. Chrześcijaństwo natomiast mówi o spotkaniu, kontemplacji i relacji. Czy sztuczna inteligencja prowadzi ludzkość do takiego rozumienia życia, które zasadniczo zaprzecza Ewangelii?
Nie da się przecież zoptymalizować prawdziwego spotkania. Nie da się przyspieszyć kontemplacji, nie niszcząc jej istoty. Miłości, żałoby, przebaczenia czy oddawania czci Bogu nie można uczynić „bardziej wydajnymi” — każda próba podporządkowania ich wyłącznie tej logice prowadzi do przekształcenia ich w coś zupełnie innego.
W moich własnych badaniach nad platformami społecznościowymi obserwowałem, jak ten proces wpływa również na obrzędy religijne. Modlitwa zaczyna być traktowana jako forma „zaangażowania”, a wspólnota jako mierzalny wskaźnik. To, co święte, stopniowo zostaje przekształcone tak, aby odpowiadało wymaganiom platform: zwięzłości, atrakcyjności i łatwości udostępniania. Proces ten nazwałem „banalizacją tego, co święte”. Zewnętrzna forma obrzędu może pozostać zachowana, ale jego wewnętrzna głębia zostaje osłabiona lub utracona.
Czy zatem sztuczna inteligencja prowadzi ludzkość ku takiemu rozumieniu życia, które pozostaje w sprzeczności z Ewangelią?
Może się tak stać — i w wielu przypadkach już obserwujemy podobne tendencje. Nie dzieje się to jednak zazwyczaj poprzez otwarte odrzucenie wiary, lecz poprzez subtelną zmianę środowiska, w którym wiara jest przeżywana. Spotkanie, cierpliwość i autentyczna obecność zaczynają wydawać się nieefektywne, a przez to coraz mniej potrzebne.
Co więcej, niektóre zastosowania sztucznej inteligencji mogą prowadzić do przesunięcia podstaw naszego myślenia, sugerując, że najgłębsze ludzkie pytania o sens życia, prawdę i wiarę są jedynie problemami do rozwiązania albo kwestiami pozbawionymi większego znaczenia. Nie oznacza to, że sztuczna inteligencja rzeczywiście jest w stanie odebrać tym pytaniom ich wartość. Oznacza jednak, że takie przesunięcie kulturowe może stać się jednym z kierunków rozwoju współczesnych technologii.
Ewangelia natomiast przypomina, że wartość człowieka nie wynika z jego produktywności, skuteczności czy oceny dokonywanej przez innych. Człowiek jest rozpoznawany przede wszystkim przez to, że jest kochany. To właśnie stanowi zasadniczą przeciwwagę wobec logiki współczesnej kultury. I być może nigdy wcześniej ta perspektywa nie była tak bardzo kontrkulturowa jak dzisiaj.
W swojej najnowszej analizie dyskursu papieża Leona XIV na temat sztucznej inteligencji, którą opublikował jeszcze przed wydaniem jego encykliki, wskazuje Ksiądz na kluczowe tematy, takie jak godność człowieka, antropologia relacyjna i wychowanie moralne. W jakim stopniu papież rzeczywiście wnosi coś nowego, a w jakim stopniu podejmuje kwestie, które naukowcy tacy jak Ksiądz Profesor reprezentują już od lat?
Kilka miesięcy przed publikacją encykliki przedstawiłem podczas dorocznej konferencji Broadcast Education Association w Las Vegas nagrodzoną pracę naukową, która następnie ukazała się w Journal of Media and Religion . W artykule tym przeanalizowałem pierwsze sześć miesięcy wypowiedzi papieża Leona XIV dotyczących sztucznej inteligencji oraz mediów cyfrowych.
Opierając się wyłącznie na jego wczesnych przemówieniach, orędziach i homiliach – a więc jeszcze przed ogłoszeniem fundamentalnego dokumentu nauczania – próbowałem uchwycić tematy, które już wówczas kształtowały jego refleksję, a także sposób argumentacji, za pomocą którego przekazywał swoje przesłanie światu.
Wyróżniłem pięć zasadniczych wątków: troskę o emocjonalną i relacyjną strukturę ludzkiego życia; krytykę tego, co określiłem mianem mediatyzacji algorytmicznej opartej na danych; przekonanie, że technologia powinna pozostawać podporządkowana etycznemu rozumieniu człowieka, a nie próbować go zastępować; pierwszeństwo edukacji i formacji osoby przed samą regulacją prawną; oraz – jako fundament wszystkich pozostałych kwestii – pierwszeństwo antropologii relacyjnej i nienaruszalnej godności osoby ludzkiej.
Szczególnym przywilejem dla mnie – i używam tego słowa świadomie – było to, że opublikowana później encyklika Magnifica humanitas w niezwykły sposób rozwinęła właśnie te zagadnienia.
Antropologia relacyjna, którą wcześniej dostrzegłem w rozproszonych wypowiedziach papieża, stała się jednym z fundamentów systematycznego nauczania. Moja obserwacja dotycząca narastającej mediatyzacji opartej na danych znalazła swoje odzwierciedlenie w papieskim ostrzeżeniu przed redukowaniem człowieka do „danych i wyników”. Natomiast przekonanie, że edukacja i formowanie osoby powinny poprzedzać samą regulację technologiczną, stało się jednym z kluczowych argumentów encykliki.
Dla badacza niezwykłym doświadczeniem jest rozpoznanie pewnych tematów już na wczesnym etapie, a następnie obserwowanie, jak rozwijają się one w spójną wizję nauczania. Zazwyczaj nauka zajmuje się interpretacją przeszłości. W tym przypadku niektórzy z nas mogli dostrzec kierunek rozwoju tej refleksji, zanim jej pełny kształt stał się widoczny.
Chciałbym jednak wyraźnie zaznaczyć, co to oznacza – i czego nie oznacza. Nie oznacza to, że papież podążał za czyjąś myślą ani że jego nauczanie było inspirowane pojedynczymi głosami z zewnątrz. Czerpał on z bogatego dziedzictwa tradycji Kościoła i formułował swoje wnioski w oparciu o własny autorytet. Jak sam wielokrotnie podkreślał w swoich przemówieniach i pismach, „słuchał” – nie tylko konkretnych osób, lecz także doświadczeń ludzi reprezentujących różne dziedziny życia, w tym świata nauki i technologii.
Oznacza to jedynie, że problemy te stały się tak rzeczywiste i tak wyraźnie dostrzegalne, iż wielu badaczy pracujących niezależnie od siebie na uniwersytetach doszło do podobnych obserwacji.
Moje własne zainteresowanie tą tematyką sięga roku 2020. Wówczas mechanizmy manipulacji oparte na danych i algorytmach, stosowane przez największe firmy technologiczne, przerwały moją wcześniejszą obojętność wobec tych zagadnień. Od tamtej pory zajmuję się analizą tych zagrożeń w publikacjach naukowych i wystąpieniach.
W ekspertyzie przygotowanej w 2024 roku na zlecenie Katolickiego Stowarzyszenia Teologicznego Nigerii (CATHAN) wprowadziłem termin „toolification” – określający proces sprowadzania człowieka do roli narzędzia, kształtowanego przez logikę cyfrowych urządzeń i platform. W analizie dotyczącej firmy Meta, opublikowanej w Nigerian Journal of Theology , przekonywałem, że współczesne platformy cyfrowe stały się zrytualizowanymi systemami władzy, w których „dane stają się najwyższą wartością”, a użytkownik – zamiast być klientem – staje się „towarem, który jest sprzedawany”.
Dlatego gdy w encyklice przeczytałem ostrzeżenie, że człowiek może zostać sprowadzony do roli zwykłego środka, „zasobu, który można wykorzystywać i wyzyskiwać”, nie odebrałem tego jako diagnozy całkowicie nowej. Usłyszałem raczej – tym razem wypowiedziane z autorytetem Kościoła – intuicje, które wielu badaczy i duszpasterzy od lat próbowało nazwać.
Prawdziwa nowość nie polega więc na samej diagnozie. Nowością jest głos: głos duszpasterski i systematyczny, który nadał tej refleksji szerszy zasięg i przeniósł debatę z auli uniwersyteckich oraz specjalistycznych publikacji do przestrzeni życia całego Kościoła.
Jest jednak jeszcze jeden aspekt encykliki, który zrobił na mnie szczególne wrażenie – mniej widoczny niż zawarte w niej ostrzeżenia, ale równie istotny: spokojny i konsekwentny sposób, w jaki papież osadza problem technologii w ramach katolickiej nauki społecznej.
W pierwszych rozdziałach ukazuje rozwój tej tradycji – od Leona XIII i Rerum novarum aż po współczesność. Następnie odnosi ją do kwestii danych, ludzkiej godności, pracy oraz władzy – tematów, które do tej pory często pozostawały domeną środowisk akademickich i interdyscyplinarnych czasopism specjalistycznych.
Papież nie stworzył tych debat od podstaw. Uczynił jednak coś równie ważnego: zakorzenił je w żywej tradycji moralnej, a dzięki podejściu duszpasterskiemu nadał im język, który pozwala przekształcić specjalistyczną refleksję w publiczną rozmowę dotyczącą każdego człowieka.
Wielokrotnie podkreślał Ksiądz Profesor, że same regulacje etyczne nie wystarczą, a nasze społeczeństwa potrzebują wychowania moralnego i duchowego. Jak konkretnie wygląda taka „etyka oparta na formacji” (formation-based ethics) w przypadku rodziców, nauczycieli, osób sprawujących odpowiedzialność w Kościele oraz młodych ludzi, którzy dorastają w otoczeniu sztucznej inteligencji?
Współczesna etyka sztucznej inteligencji opiera się w dużej mierze na tym, co określam mianem etyki zasad ( principlism ). Jej istotą jest tworzenie coraz dłuższych katalogów ogólnych reguł, takich jak sprawiedliwość, przejrzystość czy odpowiedzialność. W jednym ze znanych badań zidentyfikowano około 47 różnych zasad obecnych w najważniejszych wytycznych etycznych dotyczących sztucznej inteligencji. Zasady te są potrzebne i pełnią ważną funkcję. Problem polega jednak na tym, że wciąż zbyt rzadko przekładają się na rzeczywistą praktykę.
W artykule opublikowanym w czasopiśmie AI and Ethics wskazywałem, że zaczynamy już rozumieć przyczyny tego zjawiska. Zasady mówią nam, jaki powinien być dobry rezultat, ale nie kształtują ludzi, którzy będą w stanie konsekwentnie do takiego rezultatu dążyć.
Zasadę można poznać i zapamiętać. Cnotę natomiast trzeba w sobie wykształcić.
Wśród tysięcy codziennych decyzji, które faktycznie wpływają na kształt systemów sztucznej inteligencji – od pierwszej koncepcji, przez projektowanie i prototypowanie, aż po wdrożenie produktu – bardzo niewiele osób zatrzymuje się, aby każdorazowo odwołać się do abstrakcyjnej zasady etycznej. Ludzie działają przede wszystkim zgodnie z charakterem, który w sobie wcześniej ukształtowali. Dlatego technologia jest ostatecznie na tyle etyczna, na ile osoby, które ją projektują, rozwijają i wdrażają.
Etyka oparta na formacji, w rozumieniu, które proponuję, nawiązuje do klasycznej tradycji etyki cnót. Zakłada ona, że zdolność moralnego osądu rozwija się poprzez praktykę – przez powtarzalne działanie podejmowane w czasie i pod kierunkiem osób posiadających już praktyczną mądrość, którą Arystoteles określał mianem phronesis .
Nie stajemy się sprawiedliwi przez samo zapamiętanie definicji sprawiedliwości. Stajemy się sprawiedliwi poprzez wykonywanie sprawiedliwych czynów – aż sprawiedliwość stanie się trwałą częścią naszego charakteru.
Z tej perspektywy etyka przypomina nie tyle naukę zbioru reguł, ile naukę rzemiosła. Albo, używając języka św. Tomasza z Akwinu, chodzi o kształtowanie odpowiednich habitus (sprawności) – trwałych dyspozycji moralnych. Etyka ma więc nieodłączny wymiar pedagogiczny. Charakteru trzeba nauczyć, ukazać go własnym przykładem i rozwijać poprzez praktykę. W przeciwnym razie po prostu się nie ukształtuje.
Takie rozumienie etyki zmienia również sposób pojmowania odpowiedzialności różnych grup społecznych.
Dla rodziców wychowanie oznacza przede wszystkim stworzenie pierwszej szkoły człowieczeństwa. Chodzi o ochronę rzeczy pozornie prostych: nieplanowanego czasu spędzanego razem przy rodzinnym stole, chwil nudy, z których może narodzić się wyobraźnia, a przede wszystkim doświadczenia bycia kochanym dla samego siebie – nie za osiągnięcia, sukcesy czy użyteczność. To właśnie w takich doświadczeniach dziecko rozwija poczucie własnej wartości, zanim jakakolwiek platforma cyfrowa spróbuje zaoferować mu zastępcze poczucie znaczenia.
Dla nauczycieli oznacza to zasadniczą zmianę perspektywy. Przez całe pokolenie koncentrowaliśmy się przede wszystkim na kompetencjach cyfrowych – czyli na umiejętności posługiwania się narzędziami. Tymczasem prawdziwa edukacja wymaga czegoś więcej: mądrości cyfrowej, czyli wyćwiczonej zdolności zadawania fundamentalnych pytań:
Kto stworzył ten system?
Jakiego zachowania ode mnie oczekuje?
Jaki obraz człowieka zakłada?
Kto w rzeczywistości kontroluje kogo?
Edukacja ograniczona do przekazywania umiejętności technicznych tworzy sprawnych użytkowników, ale pozostawia ich – w moim rozumieniu – jedynie „narzędziowcami”. Dopiero edukacja, która kształtuje całego człowieka, tworzy wolne osobowości, które panują nad narzędziami, a nie być nimi opanowane. Dla osób odpowiedzialnych za życie Kościoła edukacja oznacza przede wszystkim odporność na przejmowanie logiki platform cyfrowych. Nie wolno mierzyć powodzenia misji Kościoła wyłącznie zasięgami, liczbą kliknięć czy poziomem zaangażowania użytkowników – czyli według kryteriów, które same platformy ustanowiły.
Wspólnota, która za wszelką cenę zabiega o popularność w przestrzeni cyfrowej, może niepostrzeżenie zostać ukształtowana przez logikę inną niż Ewangelia. Musimy odrzucić przekonanie, że skuteczność misji można sprowadzić do pytania: „Ilu mamy obserwujących na TikToku lub Facebooku?”. Taka miara nie może stać się kryterium autentycznej ewangelizacji. Przyjęcie tej logiki oznaczałoby wzmacnianie właśnie tej formy dominacji opartej na danych, przed którą przestrzega Ojciec Święty.
Dla młodych ludzi edukacja oznacza natomiast stopniowe i świadome, często kontrkulturowe odzyskiwanie życia wewnętrznego – przestrzeni, która nie jest przeznaczona na pokaz i publiczną ocenę. Oznacza zdolność do bycia niezauważonym, modlitwę bez potrzeby dokumentowania jej w mediach społecznościowych oraz przeżywanie doświadczeń, które zachowują pełnię wartości nawet wtedy, gdy nikt ich nie obserwuje.
Chciałbym dodać jeszcze jedną kwestię, ponieważ dostrzegam w niej jedno z największych współczesnych zagrożeń. W tej samej pracy zwróciłem uwagę na kategorię etyczną, która dotychczas pozostawała niedostatecznie zauważana: koszty alternatywne. Chodzi o moralne i intelektualne zdolności, które tracimy, gdy pozwalamy systemom technologicznym podejmować decyzje za nas, oceniać nas lub nieustannie optymalizować nasze działania.
Za każdym razem, gdy przekazujemy maszynie swoją zdolność osądu, tracimy jednocześnie małą możliwość rozwijania tej zdolności w sobie. Jeśli proces ten zachodzi na masową skalę i obejmuje całe pokolenie, może powstać społeczeństwo niezwykle wydajne, lecz coraz słabiej ukształtowane: społeczeństwo dysponujące ogromną mocą obliczeniową, ale coraz mniejszą zdolnością do samodzielnego, dojrzałego rozeznania.
Właśnie dlatego same regulacje nigdy nie będą wystarczające. Regulacje mogą chronić określone rezultaty. Edukacja natomiast chroni człowieka.
A ostatecznie to właśnie człowiek – nie
Źródło: Gość Opolski (opole.gosc.pl)