RAK
    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża #2: Uwolnienie

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża #2: Uwolnienie

    3199 odsłon
    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża #2: Uwolnienie

    Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy św. Jan od Krzyża. Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża . Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikuj

    Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy św. Jan od Krzyża.

    Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża . Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła.

    Jarosław Dudała: Uwolnienie w kontekście życia duchowego kojarzy się najczęściej z uwolnieniem od grzechu, nałogu czy choroby. Czy o takie uwolnienie chodziło św. Janowi od Krzyża?

    O. prof. Marian Zawada: Św. Jan zwraca uwagę na coś, bez czego nie można wyruszyć na Górę Karmel: na wolność od tego, co stworzone. Chodzi o wolność od rzeczy, od przyziemności, od siebie, od innych, od fałszywego obrazu Boga.

    Czyli: gdy Jan mówi o uwolnieniu, chodzi o zrzucenie obciążeń przeszkadzających w duchowym marszu?

    Tak! Bo człowiek ma skłonność do przylegania do ziemskiej doczesności. Klei się do tego, co jest w jego zasięgu, a to go wiąże i ogranicza.

    A konkretnie: do człowiek czego lgnie? Do rzeczy materialnych?

    Nie tylko. To są także nasze przyzwyczajenia, nasze stereotypy, schematy zachowań. To impulsywne, dzikie pragnienia, namiętności, np. namiętność posiadania czy kupowania. Albo wyrachowanie: człowiek ciągle coś kalkuluje, a to go wprowadza w mentalność, która wiąże go z tą ziemią, z doczesnością. W tym właśnie tkwi problem, wolność względem rzeczy doczesnych jest potrzebna, żeby ściślej obcować z Bogiem. Można to nazwać opcją na rzecz nieba.

    Czasem człowiek jest duchowo związany poprzez radość.

    Radość?!

    Tak. Ona – po pierwsze – bywa w niektórych przypadkach generalnie kiepska, bo osadzona w złośliwości czy jakimś szyderczym stylu. Ale nawet jeśli nie ma w niej szyderstwa, to często jej napędem jest siła zmysłów. Lubimy to, co sprawia nam radość i przyjemność. Mamy więc radość widzenia, radość słuchania, radość dotykania, smakowania życia.

    No, ale gdzie tu jest problem?

    Problem w tym, że taka radość wytwarza swoistą grawitację: człowieka coraz bardziej ciągnie do tej radości. Szuka jej. Te doświadczenia powielamy i się od nich uzależniamy. To rodzi przyzwyczajenia, np. oglądanie seriali, uczestniczenia w jakiejś banalnej kulturze.

    Czyli: „jeśli chcesz iść za św. Janem od Krzyża, musisz zrezygnować z Netflixa”?

    To by było zbyt proste. Chodzi raczej o to, żeby tę swoją radość uzdrowić, tzn. związać ją przede wszystkim z rzeczami duchowymi: byciem z Bogiem, z sakramentami. To jest moment kluczowy – zmienić źródła mojej radości.

    Chyba najtrudniejsze jest to, że sama w sobie radość z drobnych rzeczy doczesnych nie jest zła, ale przywiązanie do niej jest już problemem. Istnieje bardzo subtelna granica pomiędzy odnoszoną do Boga radością z rzeczy doczesnych, która nas buduje a taką, która w dalszej perspektywie jakby zawiesza nas w doczesności, czyni ślepymi na rzeczywistość duchową. W praktyce jednak trudno je odróżnić.

    Jeżeli człowiek rozwija radość duchową: radość bycia z Bogiem, z modlitwy, z adoracji, podziwia przyrodę, która staje się wtedy dla niego językiem Boga. Z drugiej strony, możemy podziwiać piękno w sposób czysto zmysłowy, namiętny. Człowiek wtedy pożąda czegoś. Dominuje w nim chęć posiadania, zawładnięcia pięknem.

    I nie chodzi wyłącznie o pożądanie czy posiadanie seksualne?

    Chodzi o coś znacznie szerszego: o zasadniczą chęć posiadania tego, co mi się podoba.

    Inną rzeczą, która nas wiąże duchowo, są nasze nadzieje. Nadzieje banalne – jak by powiedział Jan od Krzyża. Mamy w języku polskim takie wyrażenie: wiązać nadzieje z czymś. To jest klucz do zrozumienia, o co chodzi: jeżeli wiążemy nadzieję z osobami, rzeczami, zasobami czy wyobrażeniami o nas samych, to nasza nadzieja nadprzyrodzona (w odniesieniu do Boga, szczęścia wiecznego) w ogóle nie funkcjonuje. Człowiek tak wtedy rozbudowuje nadzieje związane z doczesnością, że na niebo albo nie ma już miejsca, albo nie ma siły, albo to niebo jest dla niego dalekie. Dlatego pozostaje przy tych swoich małych nadziejach – i one go wiążą.

    A lęki?

    A lęki, obawy o utratę czegoś, traumy, różne małe czy większe koszmary paraliżują nas. Kto jest uwięziony w lękach, nie potrafi kochać. Człowiek żyjący pod wpływem lęku nie rozwija się duchowo.

    Co wtedy zrobić?

    Zastąpić lęk bojaźnią Bożą, czyli unikaniem tego, co mnie oddala od Boga.

    Kolejna rzecz, od której trzeba się uwolnić, to smutek. Trzeba się zastanowić, co mnie zasmuca. Ogólnie rzecz biorąc, smutek rodzi się z jakiegoś braku. Bywają smutki nieokreślone, ale one też wynikają z jakiegoś braku.

    Mówi Ojciec, że obciążeniem duchowym jest smutek, a chwilę wcześniej tak samo opisywał Ojciec radość.

    Tak, to są dwie, a właściwie nawet cztery przeciwstawne twarze Światowida: smutek i radość, nadzieja i lęk.

    Jest też kolejny obszar, w którym potrzebujemy uwolnienia: trzeba przestać bać się stracić siebie. To jest właśnie ten moment, w którym Chrystus mówi nam, że kto nie wyrzeka się wszystkiego, ten nie może być Jego uczniem. Albo też: „kto chce zachować swoje życie, ten je straci”. I jeszcze: „kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Jest to duchowa zależność, którą trzeba odkryć, bo człowiek lubi bezpieczeństwo, chce ocalić siebie.

    Co wtedy?

    Trzeba więc dokonać pewnego wyboru. Mały format życia, który pojawia się na skutek postaw, o których mówiłem, powoduje, że człowiek jest zmęczony czy przebodźcowany. Te wszystkie przywiązania rodzą niepokój, bo one w człowieku krzyczą, że chcą być zaspokajane. Każdy ma jakieś swoje przyzwyczajenia czy uzależnienia.

    Na przykład?

    Np. uzależnienie od muzyki, albo od hałasu. Cisza może być wtedy czymś przerażającym, jak nieistnienie. Może to być uzależnienie od plotek, newsów, bycia na bieżąco. Czy przymus kontrolowania. U podstaw tego wszystkiego jest marnowanie czasu, nastawienie na banał, trywialność. Chłoniemy to wszystko bez większej refleksji – i staje się to dla nas wielkim obciążeniem.

    Czy my sami musimy się uporać z tym całym bagażem, czy to Pan Bóg nas od tego uwalnia? A może potrzebne jest i jedno, i drugie?

    Pan Bóg daje nam sytuacje, które nas uczą. Może to być np. przykrość, rozczarowanie, klęska, upadek jakiegoś projektu na życie. Bóg przez nie uczy nas, że powinniśmy zmienić wartościowanie i że jesteśmy za bardzo uzależnieni od opinii innych. Tymczasem my jesteśmy tak przesterowani, że obawa o to, co powiedzą inni, budzi w nas przerażenie. A przecież mam prawo do swojej opinii i mogę ją wyrażać. Może się to komuś podobać albo nie, ale to powinien być standard. A my się boimy, że ktoś zmarszczy brwi. Uważamy to za hejt, odrzucenie, czy swoją porażkę.

    Wracając jednak do Jana od Krzyża: chodzi o to, żeby nie zadowalać się okruszynami, ale sięgać po rzeczy wielkie, rzeczy boskie. – Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy Jan.

    To brzmi dumnie.

    I słusznie, bo człowiek w głębi serca nie chce marnować swojego potencjału, nie chce być produktem. Nie chce płycizny, pospolitości, tuzinkowości, ale chce związać się z Bogiem i to właśnie jest dla niego kluczowe. Dlatego trzeba nabrać dystansu do tego, co widzimy, słyszymy i czujemy. Jan od Krzyża idzie nawet dalej i mówi, że trzeba to odrzucić. Nie zajmować się tym. Nie jest to łatwe, bo nasza natura ciągle zajmuje się sobą. Kieruje potencjał życia na tanie, bezwartościowe realizacje, sycenie siebie. Jan idzie tu drogą odmowy. Tu właśnie leży klucz do drogi na Górę Karmel – drogi, którą on nazywa drogą „nic”.

    Co to znaczy?

    To znaczy, że to, co napotykam, co jest stworzone, nie ma żadnej proporcji czy podobieństwa do tego, kim jest Bóg. Rezygnuję z tego, by zająć się Bogiem, a nie tym, co On stworzył. Na tym polega pewien rodzaj uwielbienia Boga, że to On jest dla mnie najważniejszy. Trzeba to odkryć.

    Jak?

    Trzeba narodzić się na nowo. A żeby się narodzić na nowo, trzeba umrzeć. Stracić siebie. To bardzo trudny proces duchowy, ponieważ człowiek realnie traci siebie, ale zyskuje nową podmiotowość w Bogu. Jan od Krzyża używa nawet takiego okrutnego słowa: ogołocenie.

    Rzeczywiście, brzmi to strasznie.

    Ale to znaczy: strząśnij z siebie wszystkie ozdobniki, makijaże, bądź prawdziwy, wolny i boski!

    Jest taka znana, ale trudna fraza Jana od Krzyża: „By dojść do smakowania wszystkiego, nie chciej smakować czegoś w niczym. By dojść do posiadania wszystkiego, nie chciej posiadać czegoś w niczym”. Co to właściwie znaczy?

    To znaczy: żeby dojść do smakowania/posiadania wszystkiego, nie chciej smakować/posiadać czegoś szczegółowego. Po prostu idź na samą górę i mijaj to, co napotkasz. Nie pozwól się temu zatrzymać.

    Jan mówi też rzecz podobną: żeby dojść do poznania wszystkiego, nie chciej poznawać czegoś szczególnego – czegoś, co człowiek może ogarnąć – bo idziesz poznać Kogoś, kto jest nie do ogarnięcia.

    Dlatego trzeba uwolnić serce od spraw doczesnych, panować nad doczesnością, a nie być jej niewolnikiem. Nie zawłaszczać osób i rzeczy, ale uczyć się je tracić. Przylgnąć za to do nieba, do Boga żywego – czyli zmienić hierarchię wartości.

    To jest przewrót kopernikański...

    Tak, to jest odwrócenie porządku. Jan od Krzyża często powtarza, że dla człowieka duchowego najbardziej pożądane są rzeczy duchowe. Natomiast dla człowieka zmysłowego najważniejsze i najbardziej godne pożądania są rzeczy zmysłowe. Taki jest światowy standard. Św. Paweł tłumaczy w Pierwszym Liście do Koryntian, że człowiek zmysłowy nie pojmuje tego, co jest z Ducha Bożego i jest to dla niego głupstwem. Taki np. dzielny, przedsiębiorczy gość widzi kogoś, kto przychodzi do kościoła, adoruje, modli się, poświęca czas Bogu, jedzie na rekolekcje – a dla niego to jest głupota, marnowanie czasu, życia, okazji. Uważa, że lepiej byłoby wyskoczyć na weekend i przeżyć coś fajnego. Tymczasem chodzi o to, żeby uwolnić się od takiego banału. Uwolnić się od przyziemności i odkryć wielką tajemnicę ducha, którą człowiek w sobie nosi. Odkryć cel, dla którego dostał życie i ku któremu zmierza.

    Byłoby wielkim dramatem, gdyby w momencie śmierci okazało się, że jesteśmy zaskoczeni, że jesteśmy bankrutami, bo nie pracowaliśmy dotąd w rzeczywistość duchowej. Ona nie miała dla nas żadnego znaczenia, a tu nagle wyrasta przed nami duchowa wieczność – a więc stan niezmienny.

    Zakonnikom jest łatwiej?

    Ideał Jana od Krzyża trudno jest realizować także w ramach życia zakonnego. Wprawdzie to środowisko życia sprzyja zajmowaniu się sprawami Bożymi, ale wiadomo, że natura potrafi nas rozegrać i w efekcie wspólnoty zakonne stają się czasem dobrze prosperującymi małymi firmami. Działają sprawnie, ale może być w tym mało rzeczywistości Bożej i miłości do Boga, a jedynie funkcjonowanie w doczesnych kryteriach sprawności, osiągów, statystyk, zasięgów itd.

    Jarosław Dudała Dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.


    Źródło: Gość Opolski (opole.gosc.pl)

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era