
Ponad tysiąc kilometrów samotnej podróży kajakiem przez całą Wisłę, od ujścia Przemszy aż do Bałtyku. Takie wyzwanie podjął youtuber i podróżnik Łukasz Połczyński, którego wyprawę śledzą tysiące internautów. W piątym odcinku swojej relacji pokazał jeden z najbardziej wymagających etapów ekspedycji – przepłynięcie przez Płock i dalszą walkę z Zalewem Włocławskim. Jak sam przyznał, był to dzień, który zapamięta na długo.
Do Płocka Łukasz Połczyński dotarł po dziesięciu dniach od rozpoczęcia wyprawy. Za sobą miał już około 650 kilometrów, a każdego dnia pokonywał nawet 80 kilometrów. Choć wcześniejsze etapy również wymagały ogromnego wysiłku, właśnie odcinek pomiędzy Płockiem a Włocławkiem od początku budził w nim największy respekt.
„Jutro zrobię ORLEN”
Jeszcze wieczorem poprzedniego dnia podróżnik zatrzymał się około 10 kilometrów przed Płockiem. Był zmęczony walką z silnym wiatrem i zdecydował, że nie będzie ryzykował nocnego wpływania do miasta.
– Zostało mi około dziesięciu kilometrów do ORLENU, czyli Płocka. Za godzinę byłbym na miejscu, ale jest ryzyko, że nie znajdę noclegu. Rozkładam się więc pod Płockiem. Jutro rano zrobię ORLEN – mówił na nagraniu. Noc spędził na niewielkiej, trudno dostępnej plaży, a rano rozpoczął kolejny etap wyprawy, zapowiadając, że po uzupełnieniu zapasów wody ruszy w kierunku miejsca, przed którym ostrzegali go niemal wszyscy doświadczeni wodniacy.
Płock przywitał go spokojnie…
Do miasta dopłynął we wtorkowy poranek. Pogoda początkowo sprzyjała, a sam podróżnik pozdrowił mieszkańców Płocka, licząc, że uda mu się spotkać z osobami, które od kilku dni śledziły jego wyprawę w mediach społecznościowych.
Po drodze zatrzymał się przy płockim molo, gdzie dzięki pomocy przypadkowej kobiety uzupełnił zapasy wody, nie wychodząc nawet z kajaka. Chwilę później spotkał również swoich widzów. Dagmara wraz z rodziną od rana próbowała odnaleźć kajakarza.
– Szukaliśmy cię wszędzie. Byliśmy nawet na molo, ale nie mogliśmy cię znaleźć – mówiła podczas krótkiego spotkania. Na brzegu czekała na niego kawa, chwila rozmowy, wspólne zdjęcia i kilka minut odpoczynku przed dalszą drogą. Połczyński przyznał, że takie spotkania dodają mu energii, choć nie może pozwolić sobie na dłuższe postoje.
„To nie jest już rzeka”
Prawdziwe wyzwanie rozpoczęło się dopiero za Płockiem. To właśnie tutaj Wisła przechodzi w Zalew Włocławski – największy sztuczny zbiornik na rzece, utworzony po wybudowaniu zapory we Włocławku. Zbiornik ma około 58 kilometrów długości i przy silnym wietrze potrafi przypominać bardziej jezioro niż rzekę. Fale osiągają tam znaczne wysokości, a nurt praktycznie zanika.
Podróżnik od początku przygotowywał się na ten moment. Schował sprzęt elektroniczny, założył fartuch przeciwbryzgowy i wymienił kamerę na bardziej odporną na wodę.
– Zaczęło się robić niewesoło. Na falach tworzą się już bałwany. Chowam wszystko, co najważniejsze. To będzie najgorszy dystans całej wyprawy – mówił przed wypłynięciem. Cztery i pół godziny walki z wiatrem
Największym przeciwnikiem okazał się wiatr. Tam, gdzie wcześniej pomagał nurt Wisły, teraz trzeba było praktycznie cały czas wiosłować pod fale. Kajak poruszał się bardzo wolno, a każdy kilometr kosztował coraz więcej sił.
– Cztery i pół godziny wiosłowania non stop pod wiatr, a ja jeszcze nie jestem u celu – relacjonował wyczerpany. W pewnym momencie przyznał, że gdyby ktoś planował podobną wyprawę, właśnie ten odcinek najchętniej… ominąłby samochodem.
– Jak będziecie kiedyś chcieli przepłynąć Wisłę tak jak ja, to na etapie Płocka wyciągnijcie kajak na samochód i zawieźcie go dalej. To jest naprawdę karkołomne – mówił bez ogródek. Podkreślał również, że miał stosunkowo dobre warunki pogodowe.
– Jeżeli tutaj wieje jeszcze mocniej, to naprawdę nie da się płynąć – ocenił. Zalew, który budzi respekt
W swojej relacji wielokrotnie zwracał uwagę, że Zalew Włocławski nie przypomina klasycznej rzeki. Brak wyraźnego nurtu, ogromna szerokość akwenu oraz wysokie fale sprawiają, że kajakarze i żeglarze traktują ten fragment z dużym szacunkiem. Sam Połczyński przyznał, że wcześniej słyszał od wielu osób historie o trudnościach związanych z przepłynięciem tego odcinka.
– To nie wygląda jak Wisła. To wygląda jak ogromne jezioro – mówił, pokazując rozległe tafle wody i wyspy rozsiane po zalewie. Najtrudniejszy dzień całej wyprawy
Do śluzy we Włocławku dotarł dopiero wieczorem. Po przejściu procedury śluzowania przyznał, że był to zdecydowanie najbardziej wyczerpujący dzień od początku ekspedycji.
– W ogóle nie odpoczywałem. Gdy zobaczyłem, jak wygląda ten zalew, jedyne o czym myślałem, to jak najszybciej go pokonać – wspominał dnia. Zmęczenie było tak duże, że po rozbiciu namiotu niemal natychmiast zasnął, a rano przyznał, że walczy już nie tylko z bólem mięśni, ale także z niedoborem wody i energii w powerbankach zasilających sprzęt filmowy.
Mimo trudności, nie zamierzał jednak rezygnować. Kolejnym celem był Toruń, a później już ostatnie setki kilometrów prowadzące do ujścia Wisły w Gdańsku.
Wyprawa Łukasza Połczyńskiego od początku cieszy się dużym zainteresowaniem internautów. Każdy odcinek dokumentuje kolejne etapy samotnej podróży, pokazując nie tylko piękno najdłuższej polskiej rzeki, ale także codzienne wyzwania, z jakimi musi mierzyć się kajakarz płynący przez ponad tysiąc kilometrów w pojedynkę.
Źródło: PetroNews (Płock)