
Z Damianem Łapaczem, jedynym zawodnikiem z powiatu garwolińskiego, który ukończył tegoroczny ultramaraton Wisła 1200, rozmawiamy o tym, jak trasa wielkiego wyścigu przecięła jego rodzinne strony.
Trasa Wisły 1200 przechodzi przez powiat garwoliński. Pamiętasz moment, w którym wjechałeś „na swoje”?
Pewnie, że pamiętam. Zrobiłem nawet zdjęcie przy znaku „Maciejowice 9, Warszawa 85” i podpisałem je: „Powiat garwoliński!”. Człowiek od razu inaczej pedałuje, kiedy wie, że jest u siebie. Na tym odcinku wszędzie jest się trochę swoim - a wiem, że śledziło mnie sporo osób z różnych miejscowości w powiecie.
A jak wygląda ta trasa u nas?
U nas to jeszcze pierwsza, szybsza część wyścigu. Jedzie się głównie wzdłuż Wisły, w dużej części koroną wału. Akurat te okolice znam, bo po nich trenowałem, więc czułem się pewnie. Dużo gorzej było później, na północy — tam dołożył się boczny wiatr i deszcz, i to właśnie druga połowa zabrała mi najwięcej czasu.
W Wildze, mniej więcej na półmetku, jest bar u Zosi. Co to za miejsce?
To kultowy punkt na naszym powiecie, wśród rowerzystów wręcz legendarny. Kiedy jest Wisła 1200, pani Zosia specjalnie przedłuża otwarcie baru dla zawodników, dla „Wiślaków”. Prawie każdy się tam zatrzymuje. Ja rok temu, jeszcze zanim w ogóle się zapisałem, pojechałem do tego baru pogadać z uczestnikami poprzedniej edycji. I właśnie tam podjąłem decyzję, że na sto procent jadę.
Kto czekał tam na Ciebie w tym roku?
Rodzina, narzeczona, byli też chłopaki ze Sprzęgła Sosnowiec, moi ludzie z okolicy. Miałem już za sobą jakieś 600 kilometrów, praktycznie bez snu. Usiedliśmy, coś zjadłem, kilkadziesiąt minut z najbliższymi i to wystarczyło, żeby nabrać sił. Na trasę wróciłem koło trzeciej nad ranem.
W powiecie spotykałeś innych znajomych.
W naszych stronach spotkałem ekipę z Maciejowic i rodzinę. To naprawdę dodaje skrzydeł, kiedy w środku takiego wyścigu widzisz znajome twarze. Na takich lokalnych wyścigach najważniejsi są właśnie ludzie, których spotykasz po drodze.
Jak się jedzie ze świadomością, że cały powiat śledzi Twoją „kropkę” na mapie?
Czułem ten doping. Najbliżsi śledzili mnie całą noc — jak tylko gdzieś się zatrzymywałem, zaraz miałem telefon, bo wiedzieli, że wtedy można dzwonić. Narzeczona Weronika pierwszej nocy prawie w ogóle nie spała, strasznie się stresowała. Powiem tak: czułem doping tych wszystkich osób, które tę moją kropkę pchały do celu.
Ten doping pomagał w gorszych momentach?
Bardzo. W najtrudniejszych chwilach, kiedy w nocy odechciewało się wszystkiego, świadomość, że tylu ludzi z okolicy siedzi i patrzy na tę kropkę, po prostu nie pozwalała odpuścić. Nie chciałem ich zawieść.
A na mecie, nad Bałtykiem, kto się pojawił?
Znowu Weronika i przyjaciele ze Sprzęgła Sosnowiec. Podniosłem rower nad głowę, wszedłem do wody — takie zdjęcie po prostu musiało być. To był mój sposób na domknięcie całego marzenia. Zdjęcie z rowerem nad głową obiegło potem znajomych z całego powiatu.
Wróciłeś jako gwiazda powiatu. Co dalej?
Gwiazda to za dużo powiedziane, ja jestem skromny człowiek. Najpierw ślub z Weroniką, potem kończymy dom w Maciejowicach — chcemy zostać u siebie, w powiecie. A powiem szczerze: najbardziej cieszę się z tego, że tyle osób z okolicy przeżywało ten wyścig razem ze mną. To był też trochę ich sukces. Bez nich nie byłoby tak samo.
"Za sam serwis roweru zapłaciłem tyle, co ludzie płacą za miejski rower" - przeczytaj tekst o tym, ile kosztują przygotowania do ultramaratonu
W wydaniu "Twojego Głosu", które od dziś pojawiło się w punktach sprzedaży, przeczytasz wcześniej nie publikowane szczegóły z trasy i sylwetkę Damiana
Źródło: eGarwolin.pl (gazeta Twój Głos)