![MASONI: Tajne rytuały i władza nad światem. Co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami loży? [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fetbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co%2Fstorage%2Fv1%2Fobject%2Fpublic%2Farticle-imports%2Fwire%2Fwire-masoni-tajne-rytualy-i-wladza-nad-swiatem-co-naprawde-dzieje-sie-za-zamknie%2Fc908f8bdd78a960b.jpg&w=1920&q=75)
Wolnomularstwo od stuleci budzi skrajne emocje – od fascynacji po spiskowe teorie dziejów. Jak dawne rytuały radzą sobie w dobie sztucznej inteligencji? Czy masoni to architekci globalnego porządku, czy raczej wygodny kozioł ofiarny dla współczesnego świata? Mirosława Dołegowska-Wysocka – dziennika
Paweł Więzik: Wolnomularstwo od wieków operuje językiem symboli – cyrkla, węgielnicy. Jak ten wywodzący się z XVIII wieku rytuał radzi sobie w świecie zdominowanym przez algorytmy, sztuczną inteligencję i błyskawiczny przepływ informacji? Czy loża to dziś ucieczka od nowoczesności, czy wręcz jej awangarda?
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Odpowiedź jest niejednoznaczna – i tak, i nie, i jedno, i drugie. Nasze symbole sięgają starożytności – są starsze niż spekulatywna masoneria, która ukształtowała się w XVIII wieku. Im bardziej świat przyspiesza, tym bardziej ludzie odczuwają potrzebę zatrzymania się. I właśnie to daje loża. Zamykamy drzwi świątyni, stukamy młotkiem – bez chaosu, bez przekrzykiwania się. Jako masonka z 33-letnim stażem uważam, że ta funkcja staje się coraz cenniejsza. W rytuale istnieje przepiękna formuła: zostawiamy metale poza progiem świątyni. Oznacza to, że pozostawiamy za sobą wszystko to, o czym zapominamy w codziennym biegu – do pracy, do kuchni, na konferencję – i pozwalamy sobie wejść w głąb siebie. Odzyskujemy czas, który zwykle gubi się bezpowrotnie, niczym u Prousta. Nie jest to jednak droga dla wszystkich. Uczennica lub uczeń przez pierwszy rok w loży milczą. Proszę sobie wyobrazić profesora albo polityka, który po prostu musi milczeć, słuchać i rozważać. Nie każdy tę próbę przechodzi. Mnie inicjacja w Paryżu, trzydzieści trzy lata temu, otworzyła na coś, z czego – jak się okazuje – do dziś nie straciłam ani chwili.
Tomasz Szmagier: Masoneria jest dla mnie wszystkim – moim życiem, drogą i codziennym sposobem odkrywania świata. Mimo tylu lat w wolnomularstwie wciąż za każdym spotkaniem odkrywam coś nowego. Piszemy prace symboliczne i można by sądzić, że po raz trzydziesty piąty słysząc rozważanie o cyrklu i węgielnicy, trudno spodziewać się czegoś odkrywczego. A jednak zawsze jest coś nowego, bo każdy podchodzi do symboli inaczej – zgodnie z własnym światem wewnętrznym. Chemik, rzemieślnik, humanista – każdy z nich opisuje ten sam symbol zupełnie odmiennym językiem. I to jest właśnie piękno symbolizmu: symbol przemawia językiem duszy, nie językiem definicji. Symbole wolnomularskie przez trzysta lat tworzą pewien stały zbiór, lecz ich rozumienie zmieniało się niekiedy diametralnie. Co jednak pozostaje niezmienne – to relacje między symbolami. Symbolizm wolnomularski odnosi się właśnie do tych relacji: opisują one najbardziej fundamentalne więzi międzyludzkie i wewnętrzne. Dlatego nie da się po prostu wpisać do tabeli: cyrkiel oznacza to, węgielnica tamto. Symbol musi żyć. Gdy otrzyma jedną niezmienną definicję, przestaje być symbolem – przestaje oddziaływać na duszę.
dr Norbert Wójtowicz: Pozwolę sobie na perspektywę badacza patrzącego z zewnątrz – mogę co najwyżej próbować zajrzeć przez dziurkę od klucza. To, co powiedział Tomasz Szmagier o zmienności rozumienia symboli, jest bardzo istotne: pod tym samym hasłem często kryją się zupełnie różne punkty widzenia. Studiując materiały wolnomularskie, utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma jednej „masonerii” – są masonerie. W zależności od kontekstu historycznego i geograficznego, a tym bardziej od indywidualnego rozumienia, wolnomularze, których teksty analizowałem, mają zdumiewająco mało punktów stycznych. Jest też pewien paradoks zewnętrznej oceny. Krytycy zarzucają środowiskom masońskim nadmierny konserwatyzm – że świat idzie naprzód, a loże tkwią w starym schemacie. Tymczasem wolnomularstwo europejskie, szczególnie w XX wieku, konsekwentnie chciało być postrzegane jako awangarda. Obie te rzeczy zdarzają się równocześnie – wszystko zależy od tego, kto i skąd patrzy.
Paweł Więzik: Tytuł naszego spotkania nawiązuje do jednego z najpopularniejszych mitów: masońskiej władzy nad światem i absolutnej tajemnicy. Gdzie kończy się historyczna rzeczywistość wolnomularstwa, a gdzie zaczyna popkulturowy mit? Dlaczego ludzkość tak uparcie potrzebuje widzieć w masonach architektów globalnego porządku?
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Przypomina mi się profesor Janusz Tazbir, który pisał o spisku jezuickim – ten schemat jest niemal identyczny z tym, co potem przeniesiono na masonerię. U źródeł całej tej narracji stoi konkretna, wielotomowa księga księdza Barruela – jezuity, który po kasacji zakonu wyjechał do Wielkiej Brytanii i postanowił intelektualnie rozliczyć się z Rewolucją Francuską. Zwalił na masonów wszystko: to oni mieli wywołać rewolucję, to oni odpowiadali za jej rzeź i terror. Sto lat później narracja wzbogaciła się o szatana i orgie seksualne – za sprawą Leo Taxila, człowieka, który spędził pół roku w loży, potem został wyrzucony i stał się zawziętym antymasonem. Przez kilkanaście lat zarabiał fortunę, opisując spotkania z Belzebubem w Wielkiej Loży w Charlestonie, czarne msze i pewną Dianę Vaughan – „osobistą narzeczoną Lucyfera”. Przyjmował go sam papież Leon XIII. Azt w 1897 roku Taxil zwołał konferencję prasową w Towarzystwie Geograficznym Francuskim i oświadczył, że… wszystko zmyślił. Skandal wstrząsnął całą Europą. Jak podkreśla Tadeusz Cegielski, tezy Barruela i cały ten bestiariusz przeniknęły strumyczkami do kultury masowej i żyją w niej do dziś. W oficjalnym polskim obiegu tego nurtu już raczej nie ma, ale w świadomości masowej pozostał ślad. Co jakiś czas, niczym syczące węże, znów podnosi głowę. Prawdy w tym nie ma prawie wcale. A że masoni „spiskowali”? Owszem – twórcy Konstytucji 3 maja (trzech z czterech jej autorów należało do lóż), wolnomularz Łukasiewicz, Bolivar i całe ruchy wyzwoleńcze Ameryki Południowej. Tak, masoneria uczestniczyła w wielkich przemianach historycznych. Jednak orgii nie było – jako masonka z ponad trzydziestoletnim stażem zaświadczam to z całą stanowczością.
dr Norbert Wójtowicz: Człowiek od zawsze potrzebuje wroga – kogoś odpowiedzialnego za to, co mu się nie udaje. Patrząc na dzieje ludzkości od starożytności, widzimy ten mechanizm nieustannie. Widzimy Żydów obwinianych za nieszczęścia narodów, grupy oskarżane w późnym średniowieczu o roznoszenie zarazy. Zawsze musi być ktoś, kto pociąga za sznurki – najlepiej zbiorowo i w sposób trudny do zweryfikowania. Masoneria okazała się wyjątkowo wdzięcznym obiektem takich projekcji, ponieważ sami wolnomularze od chwili powstania skutecznie zadbali o to, by ich działalność otaczał nimb tajemniczości. Ten nimb przyciąga wtajemniczonych – ale dla przeciwników jest oczywistym dowodem winy: skoro coś ukrywają, nic dobrego za tym stać nie może. Wolnomularze poniekąd na własne życzenie stali się kozłem ofiarnym. Mit żyje zaś nadal – przekonałem się o tym osobiście w Rzymie, gdy siostry zakonne ostrzegały mnie, bym nie chodził pod pomnik Giordana Bruna, bo „tam spotykają się masoni, by czcić szatana”. Działo się to w XXI wieku.
Tomasz Szmagier: Wolnomularstwo ma jedną cechę, którą trudno przyjąć z zewnątrz: całe istnieje po to, żeby człowiek stał się lepszy. Tylko tyle i aż tyle. Wszystko – symbolizm, rytuał, struktura lożowa – służy temu celowi. Problem tkwi jednak w tym, że wolnomularstwo nigdzie nie definiuje, co oznacza słowo „lepszy”. Każdy musi ustalić to we własnym sumieniu. Stąd bierze się cała historyczna wieloznaczność. Wielu wolnomularzy podpisało Konstytucję 3 maja – ale wielu z nich podpisało też akt Targowicy. W ruchach niepodległościowych Ameryki Łacińskiej masoneria była po obu stronach barykady. I niemal za każdym razem, gdy któraś ze stron zwyciężała, jej pierwszym krokiem było zdelegalizowanie wolnomularstwa. Pewną ilustracją tej tajemniczo-absurdalnej historii jest epizod z iluminatami: o ich istnieniu świat dowiedział się tylko dlatego, że jednego z członków organizacji trafił piorun, gdy szedł przez Paryż. Dokumenty, które niósł, wpadły w ręce władz. Nawet siły wyższe – jak widać – bywają skutecznym narzędziem dekonspiracji.
Paweł Więzik: W swojej jubileuszowej książce stawia Pani fundamentalne pytanie: dlaczego do masońskiej triady – wolność, równość, braterstwo – nie dodać siostrzeństwa? Jak z perspektywy ponad trzech dekad ocenia Pani pozycję kobiet w lożach – w Polsce i na świecie?
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Do tradycyjnie liberalnego wolnomularstwa – weźmy Wielki Wschód Francji – nie da się po prostu dołączyć siostrzeństwa do hasła „wolność, równość, braterstwo”, bo to jest świętość Republiki, samo serce Rewolucji. Dla Francuza dodanie sororité jest herezją. Nasze obediencje kobiece tego w rytuałach nie czynią – Kolegium Rytów ma siedzibę w Paryżu i tego nie zmieni. Robimy to natomiast pozarytualnie, niejako nieoficjalnie – z pełną świadomością pewnej przekory. Czy wszystkim masonkom brak siostrzeństwa w rytuale przeszkadza? Nie. Jest wśród nas sporo sióstr, które nie czują się ani rewolucjonistkami, ani feministkami. Kiedy byłam młoda, byłam taka właśnie. Teraz, po 33 latach, jestem realistką – wiem, że dekretem niczego nie zmienię. Może to moja wnuczka, która już się szykuje i jest taka, jak ja byłam kiedyś, dokona tej zmiany. Warto też dodać, że w rytuale masońskim energie żeńska i męska – yin i yang – mają swoje wyraźne, istotne miejsce. Przez dziesięć lat prowadziłam blog poświęcony bogini Aszerze, żonie Boga Izraela, którą wypchnięto ze świątyni jerozolimskiej dwa tysiące osiemset lat temu. Za boginiami jestem do dziś. Choć po tych 33 latach wiem, że przebojem i dekretem nic się nie zrobi – ani w lożach, ani nigdzie indziej.
Paweł Więzik: Panie Tomaszu – jak wygląda liczebność kobiet w Wielkim Wschodzie Polski?
Tomasz Szmagier: Przyjmujemy kobiety i mężczyzn z jednakowym entuzjazmem i cieszymy się każdą nową osobą, którą uda nam się pozyskać dla wolnomularstwa. Kiedyś miałem okazję wysłuchać wykładu brata, profesora filozofii z Paryża, jednego z założycieli Wielkiej Loży Kultury i Duchowości. Organizacja ta powstała, ponieważ grupa braci z wysokimi stopniami wtajemniczenia uznała, że nie da się dłużej uprawiać wolnomularstwa bez kobiet – że ten podział powinien przejść do historii. Profesor ten był przekonany, że kobiety są przyszłością wolnomularstwa – że to właśnie ich obecność sprawia, iż europejskie loże utrzymują dobrą kondycję, podczas gdy wolnomularstwo amerykańskie odnotowuje wyraźny spadek liczebny. Wielki Wschód Polski przyjął kobiety w poczet członków w 2008 roku, wyprzedzając pod tym względem nawet Wielki Wschód Francji. Uważam, że była to znakomita decyzja. Loża mieszana ma zupełnie inny charakter – pełniejszy, bardziej codzienny, bardziej ludzki.
Paweł Więzik: W swojej książce podjął Pan rozważania o masońskich koncepcjach Boga i transcendencji. Czy z punktu widzenia teologii chrześcijańskiej istnieje jakakolwiek płaszczyzna dialogu z wolnomularstwem? Czy mamy tu do czynienia z fundamentalnym, ontologicznym konfliktem?
dr Norbert Wójtowicz: Wolnomularstwo nie jest religią. Najbliższe mi określenie znalazłem – z pewną ironią – w Wielkiej Encyklopedii Filozoficznej Związku Radzieckiego: „nurt religijno-filozoficzny”. Religijno – bo odwołuje się do transcendencji. Filozoficzny – bo od czasów Tomasza z Akwinu oddzielamy teologię od filozofii, a wolnomularstwo żyje właśnie na tym pograniczu. Jeśli zaś chodzi o dialog z Kościołem: po jednej stronie mamy monolit doktrynalny, po drugiej – nie ma jednego partnera, są masonerie. Podejmowano próby wzajemnego zrozumienia. Najbardziej znana to próba niemiecka, zakończona jednostronnym dokumentem strony kościelnej z 1980 roku. Konkluzja: rozbieżności doktrynalne w obrębie trzech pierwszych stopni wolnomularskich są zbyt duże. Jednak ten sam dokument wskazuje obszar, w którym porozumienie jest możliwe – katolicka nauka społeczna i działanie na rzecz dobra wspólnego. Nie doktryna, lecz praktyka. To realna przestrzeń do spotkania.
Tomasz Szmagier: Wolnomularstwo to zakon świecki – jak sama nazwa wskazuje. Nie jest ruchem religijnym, choć przenika się z różnymi religiami i z nich czerpie. Kluczowym argumentem jest tu różnorodność rytów. Nawet Wielki Wschód Polski, który nie jest organizacją wielką, praktykuje cztery różne ryty: ryt francuski, ryt szkocki dawny i uznany, ryt szkocki rektyfikowany oraz ryt Memphis-Misraim. Ryt francuski jest otwarty na agnostyków i ateistów. Ryt szkocki dawny i uznany buduje wszystkie alegorie na opowieściach biblijnych, traktowanych jako wiekami gromadzona encyklopedia wiedzy o człowieku. Ryt szkocki rektyfikowany jest na wskroś chrześcijański, wręcz – można by rzec – katolicki. Memphis-Misraim natomiast wywodzi się z tradycji egipskiej i prowadzi adeptów przez filozofię kolejnych wielkich religii świata, aż po 95. stopień wtajemniczenia. W takim gąszczu poszukiwanie jednego nurtu religijnego jest po prostu niemożliwe. Nawet pojęcie transcendencji – absolutnie kluczowe dla rytów biblijnych – w rycie francuskim jest nieoczywiste. A jednak i tam, bez choćby chwili refleksji nad własną transcendencją, żadne działanie społeczne nie nabierze głębszego sensu. Transcendencja istnieje wszędzie – trzeba ją tylko zdefiniować na własnych warunkach.
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Mogę potwierdzić to praktyką. Jako Czcigodna Mistrzyni loży Prometea przeprowadzałam pierwszą rozmowę z kandydatką – starszą panią, gorliwą katoliczką, która zbierała odzież dla potrzebujących i współpracowała z Caritasem. Poszła do swojego spowiednika z pytaniem, czy może wstąpić do masonerii – i ten ją odprawił z niczym. Poszła więc do innego kapłana, młodszego brata zakonnego, bodaj dominikanina. Ten zapytał spokojnie: „Siostro, czy robisz coś złego?” – Nie. „Czy pomagasz biednym?” – Tak. „A czy te masonki w loży robią coś złego?” – Nie. Pokiwał głową i powiedział: „To rób tak dalej, wstąp, a swemu spowiednikowi o tym po prostu nie mów”. I tak się stało. Kobieta ta w końcu została mistrzynią loży. W codziennej praktyce wielkich problemów teologicznych po prostu nie ma. W loży nie dyskutujemy o wierze – nie wiem, w co wierzą moje siostry. Kilka dni temu byliśmy razem na pogrzebie jednej z nich i dopiero na cmentarzu dowiedziałam się, że pochowano ją według obrzędu katolickiego. Mój mąż natomiast miał piękny pogrzeb z elementami masońskimi – przyszły delegacje z kilku obediencji, mówiono o nim jako o bracie i człowieku. Profesor Tadeusz Cegielski ujął to celnie: masoni to dobrzy ludzie, którzy pracując razem, chcą stać się odrobinę lepsi. W jednym wychodzi lepiej, w innym gorzej – ale per saldo świat wokół nas jest nieco lepszy.
Paweł Więzik: Wielki Wschód Polski wywodzi się z nurtu liberalnego i angażuje się w obronę laickości państwa. Gdzie przebiega granica między zaangażowaniem społecznym a ingerencją w politykę? Czy masoneria powinna zabierać głos w publicznej debacie?
Tomasz Szmagier: Mówię tu we własnym imieniu, jako wolnomularz z pewnym bagażem doświadczeń. Uważam, że wolnomularstwo jako instytucja nie powinno angażować się w działalność partyjną. W zachodnich Wielkich Wschodach zasada ta jest już traktowana jako anachronizm. Rozumiem ten pogląd – trudno jest bowiem wyraźnie oddzielić zagadnienia społeczne od politycznych, bo te dwie sfery nieuchronnie się przenikają. Zaangażowanie na rzecz laickości instytucji państwowych – owszem. Wystarczy włączyć telewizję, by zobaczyć, jak bardzo ta laickość jest dziś zagrożona. Realizujemy to zaangażowanie przez edukację i konferencje. Natomiast polityka partyjna – nie. Historia daje tu wyraźne ostrzeżenie. W 1907 roku powstały w Polsce pierwsze loże liberalne, powiązane z ruchem spółdzielczym, skupiające wspaniałych ludzi – Judymów tamtego pokolenia. Angażowały się jednak w sprawy patriotyczne i narodowościowe, pośredniczyły nawet przy staraniach o broń. Gdy Polska odzyskała niepodległość, loże zamieniły się w areny sporów politycznych o to, jaka powinna być wolna Polska. I po prostu się rozpadły. Najlepsi bracia przeszli do wolnomularstwa narodowego – ale i tam, po zamachu majowym, nastąpił rozłam wokół Piłsudskiego i Berezy Kartuskiej. Wielki Mistrz Andrzej Strug złożył urząd. Piłsudski wycofał oficerów z lóż. Historia ta jest przestrogą, którą warto mieć w pamięci.
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Chciałabym dopowiedzieć coś o stronie etycznej, bo Tomasz Szmagier mówił o stawaniu się lepszym człowiekiem. Profesor Cegielski ujmuje to tak: masoni to dobrzy ludzie, którzy pracując razem, chcą stać się odrobinę lepsi. W jednym wychodzi lepiej, w innym gorzej – ale per saldo świat wokół nich jest trochę lepszy. Kiedy przychodzi do mnie młoda adeptka, nie mówię już o wielkich sprawach ani o szerokich filozofiach. Mówię: bądź człowiekiem, uśmiechaj się, wybieraj dobre słowo zamiast złego. Jeżeli świat tuż wokół ciebie będzie o odrobinę lepszy, to tym jednym plusem przyczynisz się do tego, że cały wszechświat będzie miał tych plusów więcej. Brzmi prosto. Ale właśnie te najprostsze przesłania bywają najtrwalsze.
Paweł Więzik: Masoneria była zakazana dekretem z 1938 roku, a następnie tępiona przez reżim komunistyczny. Jak wyglądało trwanie polskiego wolnomularstwa w tamtym czasie? Czy komuniści widzieli w masonach realne zagrożenie dywersyjne, czy raczej wygodnego wroga?
dr Norbert Wójtowicz: Choć dekret z 1938 roku zakazał działalności lóż, pewne nieformalne kręgi spotkaniowe przetrwały jeszcze jakiś czas. Potem przyszła wojna i dodatkowe rozbicie środowisk. Po roku 1945 wolnomularstwa oficjalnie nie ma – ale w dokumentach aparatu represji masoni pojawiają się regularnie jako wróg. I to nawet wtedy, gdy lóż nie było i wolnomularze nie działali. Słowo „mason” stało się wytrychem: gdy kogoś trzeba było oskarżyć, a inne kategorie nie przystawały – pojawiało się to określenie. Piszący raport często sam nie umiał go zdefiniować. „Mason” w tych dokumentach mógł oznaczać przedwojennego wolnomularza, ale też kogoś związanego z organizacją ezoteryczną, z nurtem filozoficznym, a nawet kogoś, kto po prostu dostawał paczki zza granicy. Prawdziwe, ukierunkowane zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa pojawia się od lat siedemdziesiątych. Co najmniej trzy sprawy operacyjne dotyczyły wolnomularzy i ich kontaktów zagranicznych, przede wszystkim z Paryżem. Warszawa miała bowiem swoją lożę Kopernik – uśpioną w 1938 roku i przebudzoną w warunkach powojennych przez ostatnich żyjących przedwojennych wolnomularzy, którzy uznali, że jest to ostatnia chwila, by ciągłość zachować. Środowisko to pokrywało się ze środowiskiem rodzącej się opozycji – Jan Józef Lipski to jeden z bardziej znanych przykładów. Zachował się dokument, który doskonale ilustruje bezradność funkcjonariuszy. Oficer podsłuchiwał zebranie Kopernika i musiał je opisać w raporcie. Problem polegał na tym, że zebrani panowie raz zwracali się do siebie „proszę pana”, raz „bracie”, rozmawiali o kwestiach społecznych – żadnych rytuałów, żadnej konspiracji w potocznym rozumieniu. Raport kończy się znamienną bezradnością: autor nie wiedział, z czym właściwie miał do czynienia. Tajemnica zadziałała – skutecznie, choć zupełnie bezwiednie.
Paweł Więzik: W jednym ze swoich esejów, inspirując się Solaris Stanisława Lema, symbolicznie zaprasza Pani do loży sztuczną inteligencję. Czy AI będzie kiedyś inicjowana w loży masońskiej?
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Był to eksperyment myślowy – celowa prowokacja. Mam postępową córkę, która przy pierwszych chatbotach natychmiast zaproponowała: mamo, zapytajmy sztuczną inteligencję, niech napisze podanie do loży. I AI napisała – zaskakująco przekonująco – dlaczego uważa, że byłaby użyteczna w pracach lożowych. Kiedy pisałam o loży, o jakiej marzę, nadałam jej imię Solaris – za Lemem. Miała być ekumeniczna, wolna od podziałów na kobiety i mężczyzn, otwarta zarówno na wolnomularzy liberalnych, jak i konserwatywnych. I tam właśnie wplotłam owo AI-owe podanie. Słyszałam, że na ostatnim konwencie Wielkiego Wschodu pojawił się temat, czy wolnomularz może skorzystać ze sztucznej inteligencji przy pisaniu deski masońskiej – podobnie jak Olga Tokarczuk przyznała publicznie, że używa ChatGPT jako narzędzia pisarskiego. W lożach zaledwie dotykamy tego zagadnienia – nie jest ono jeszcze ani opracowane, ani uregulowane. Narzędzie już jednak jest i sekretarze lożowi z pewnością już po nie sięgają. Sama przez lata pełniłam tę funkcję w trzech lożach – wiem dobrze, ile tam jest pisania.
Tomasz Szmagier: Sztuczna inteligencja jest narzędziem – i to jedyna właściwa perspektywa. Jeśli ktoś korzysta z niej przy pisaniu deski masońskiej, musi tę pracę dokładnie przeczytać i albo się z nią identyfikować, albo nie. To analogia do dawnego sporu w lożach: czy deska musi być napisana odręcznie, czy może mieć inną formę? Zawsze stałem na stanowisku, że jeśli ktoś skomponuje utwór muzyczny i jest w stanie obronić go jako wyraz własnego rozumienia omawianego tematu, to jest to wartość równoprawna z pisaną pracą. Jeśli ktoś zamiast słów maluje – dlaczego nie? I tak samo ze sztuczną inteligencją. Nie ma sensu ani jej demonizować, ani fetyszyzować. To kolejne narzędzie w długiej historii narzędzi, które wolnomularstwo przyswajało i przetwarzało.
dr Norbert Wójtowicz: Wolnomularstwo przez trzysta lat adaptowało kolejne języki i narzędzia do przekazywania tego, co w jego systemie symbolicznym niezmienne. Sztuczna inteligencja nie jest pierwszą rewolucją, z którą musi się zmierzyć. Pytanie nie brzmi: czy AI wejdzie do lóż – bo wejdzie, jak każde użyteczne narzędzie. Pytanie brzmi: czy zdoła odtworzyć to, co symbol robi z człowiekiem w sposób emocjonalny i niewerbalny, w intymności spotkania lożowego. Na to odpowiedź jest – przynajmniej na razie – negatywna.
Paweł Więzik: Na czym dokładnie polega symboliczny język loży? Co oznaczają narzędzia, które widzimy na przedstawieniach masońskich – młotek, cyrkiel, węgielnica? I skąd bierze się tak silne przywiązanie wolnomularstwa do symboli?
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Cyrkiel i węgielnica znajdują się w każdej loży i ich wzajemne ułożenie przekazuje natychmiastową, rytualną informację. Gdy ramiona cyrkla są rozłożone nad węgielnicą – jesteśmy w loży uczniowskiej. Gdy jedno ramię jest ukryte, drugie odkryte – to loża czeladnicza, drugi stopień. Gdy cyrkiel spoczywa na węgielnicy – loża mistrzów. W centrum widnieje litera G: gnoza, Bóg, głębia – ta sama transcendencja, o której mówił Tomasz Szmagier, pod którą każdy może podłożyć własne rozumienie: boska zasada, wszechświatowa energia, coś, co człowieka przekracza. Bardzo ważna jest mozaika – podstawowy symbol każdej loży, przynajmniej w rycie szkockim dawnym. Czerń i biel, dobro i zło – od tego fundamentalnego dualizmu wychodzi każdy człowiek. Zadanie polega na tym, by nauczyć się wychodzić poza ten schemat: nie zatrzymywać się na opozycji, nie być ani wyłącznie czarnym, ani wyłącznie białym. Teza, antyteza, synteza. Oko opatrzności – wbrew popkulturowym interpretacjom – nie jest symbolem Lucyfera. To Wszechwiedzące Oko, umieszczone na wschodzie każdej świątyni, ponad czcigodnym mistrzem, słońcem i księżycem. Słyszałam kiedyś deskę z interpretacją, która mnie poruszyła: to oko nie tylko patrzy na nas z kosmosu, ale jest jednocześnie naszym wejściem w kosmos. Śkat świątynia łączy ziemię z niebem, ciało z duchem, a oko opatrzności otwiera ten horyzont. Każdy rozumie ten symbol na takim etapie, na którym się aktualnie znajduje – i to jest właśnie jego siła.
Tomasz Szmagier: Podstawowym hasłem wolnomularstwa jest wolność, równość i braterstwo. Większość nowicjuszy, gdy zaczyna pisać pierwsze deski, rozpisuje się obszernie na temat tych pojęć. Tymczasem istotą całej pracy lożowej nie są same pojęcia – lecz relacje między nimi. W wolnomularstwie chodzi o to, by zrozumieć, jak moje pojęcie wolności ma się do mojego pojęcia równości i braterstwa, i jak te trzy wartości mogą współistnieć bez wzajemnego naruszania. Wolność w loży możliwa jest tylko wtedy, gdy każdy rozumie, że może czuć się wolny, jednocześnie nie wkraczając w przestrzeń drugiej osoby. Równość oznacza, że niezależnie od tego, kim jestem poza lożą – w jej wnętrzu stoję na równi z każdym innym. A braterstwo rodzi się właśnie z połączenia wolności i równości. To jest działanie systemu symboli – buduje on wiedzę o relacjach, nie o izolowanych pojęciach. Proszę sobie wyobrazić mistrza na placu budowy gotyckiej katedry, który przyjmuje nowych kamieniarzy. Daje im w ręce młotek i dłuto i każe ociosywać kamień. I żeby uczyć ich nie tylko rzemiosła, ale i życia – mówi: możesz uderzyć za mocno, za lekko albo nie w tym miejscu. Każde uderzenie ma swoje konsekwencje. Tak właśnie działają symbole wolnomularskie. Człowiek ma 33 kości kręgosłupa i jest 33 stopni wtajemniczenia – gdy zdobędziesz najwyższy, twój filozoficzny kręgosłup jest gotowy.
Mirosława Dołegowska-Wysocka: Wolnomularze nie budują świątyń z kamienia – budujemy świątynię duchową. Jaka ona jest? Dokładnie taka, jaką każdy człowiek zdolny jest zbudować w sobie i wśród bliźnich. Po 33 latach widzę, że ta praca nie ma końca. I bardzo dobrze.
Tomasz Szmagier: Masoneria jest dla mnie wszystkim. Jest moją drogą, moim sposobem rozumienia i odkrywania świata – i po tylu latach wciąż codziennym zaskoczeniem. To zupełnie wystarczy.
dr Norbert Wójtowicz: Patrząc z zewnątrz, widzę instytucję, która przetrwała trzysta lat, rewolucje, zakazy, demonizację i próby instrumentalizacji politycznej. Przetrwała, ponieważ odpowiada na coś trwałego w naturze ludzkiej: potrzebę wspólnoty, sensu i pracy nad sobą. Niezależnie od tego, co myślimy o symbolach i rytuałach – samo to jest godne uwagi.
Źródło: Beskidzka24 / Kronika Beskidzka