Fot. archiwalane/ RK
Jak się czujesz? Powiedz, jaka panuje obecnie atmosfera w zespole? Czy jest już u was ten głód Ekstraklasy, biorąc pod uwagę, że rusza ona za około dwa tygodnie?
- Może po kolei. Jeśli chodzi o samopoczucie, czuję się bardzo dobrze przygotowany na ten moment. Myślę, że wielu chłopaków ma podobne odczucia. Od samego początku okresu przygotowawczego pracujemy bardzo mocno i zmęczenie jest na pewno odczuwalne. Jednak jeśli chodzi o mecze kontrolne, pomimo tego zmęczenia naprawdę dobrze wyglądaliśmy i potrafiliśmy przejmować inicjatywę. Nasza gra, zarówno z piłką, jak i w poruszaniu się bez niej, wygląda żywo i dynamicznie. Głód Ekstraklasy? Oczywiście, że jest. Chcemy w tym roku pokazać się z jak najlepszej strony i udowodnić swoją wartość. Myślę, że z pewnością możemy zaskoczyć.
Masz w głowie taki jeden konkretny mecz, na który czekasz tak mocno, że aż masz ciarki na plecach?
- Na pewno są to derby. Tego najbardziej brakowało Wiśle i samym kibicom w Krakowie podczas naszej nieobecności w Ekstraklasie. Zdecydowanie na ten mecz czekam najbardziej.
Z tych prawie 50 meczów, które rozegrałeś do tej pory w Wiśle Kraków, który dał ci największą satysfakcję i przyniósł największe emocje?
- Myślę, że mecz z Ruchem Chorzów, w którym strzeliłem swoją pierwszą bramkę na Stadionie Śląskim. Wyróżniłbym też to spotkanie, w którym przypieczętowaliśmy nasz awans do Ekstraklasy. Emocje wewnętrzne i wszystko, co działo się dookoła, sprawiły, że to było coś absolutnie niesamowitego.
Jesteś świetnym przykładem zawodnika, który do pierwszego składu dobijał się od samego dołu, przez wszystkie struktury Akademii. Opowiedz trochę, jak to wyglądało. Jesteś z Małopolski, urodziłeś się w Nowym Sączu. Od początku kibicowałeś Wiśle, czy po prostu tak się złożyło, że trafiłeś do Akademii?
- Tak, pochodzę z Małopolski. Mój świętej pamięci dziadek był wielkim kibicem Wisły Kraków i to on jako pierwszy opowiadał mi o tym klubie. Później potoczyło się to tak, że skauci wypatrzyli mnie na różnych turniejach i meczach ligowych. Ostatecznie trafiłem do Wisły w wieku 13 lat, przeszedłem przez wszystkie szczeble Akademii i ostatecznie dostałem się do pierwszej drużyny.
Czyli można powiedzieć, że od 13. roku życia mieszkasz w Krakowie, więc jesteś już prawie w połowie krakusem. Domyślam się, że mieszkałeś w internacie?
- W internacie mieszkałem do 19. roku życia. Zdałem maturę i niedługo potem przeprowadziłem się na swoje. Życie w internacie było naprawdę szalone. Mieszały się tam różne roczniki. Przychodziłem jako najmłodszy, a niektórzy chłopacy byli ode mnie starsi o cztery, pięć lat, więc pod względem rozwojowym czy intelektualnym ten przeskok był ogromny. Było to wymagające środowisko, bo trzeba było szybko nauczyć się samodzielności. Zakupy na kolejny dzień, robienie prania, przygotowywanie posiłków – nikt tego za ciebie nie robił. Bardzo mnie to rozwinęło i dziś na pewno pomaga mi w codziennym życiu. Mam z tamtego czasu wiele świetnych, zabawnych wspomnień.
Kiedy poczułeś tak definitywnie: Będę zawodowym piłkarzem, to mi da chleb?
- Prawda jest taka, że w piłce nigdy do końca nie da się tego przewidzieć. Jednego roku wydaje ci się, że wszystko idzie świetnie, a w kolejnym możesz mieć słabszy sezon i słuch o tobie ginie. Ale taki moment, w którym poczułem, że faktycznie mogę zaistnieć w profesjonalnej piłce, nadszedł, gdy zacząłem regularnie trenować z pierwszą drużyną, jeździć na mecze i w końcu dostałem szansę debiutu. Pomyślałem sobie wtedy: okej, debiut to nie jest wszystko. Pracujemy dalej, bo chcę grać i dostawać więcej minut. Nastawiłem się mentalnie, że jestem już pełnoprawną częścią tej drużyny i po prostu chcę więcej.
Co pamiętasz ze swojego oficjalnego debiutu w Wiśle Kraków?
- Szczerze mówiąc, niewiele. Było we mnie wtedy bardzo dużo pozytywnych emocji, ale też obaw. Graliśmy pierwszy mecz po przerwie zimowej ze Stalą Rzeszów. Pamiętam, że przez dwa tygodnie trenowałem z zespołem na środku obrony, a w meczu wszedłem na ostatnie 15 minut na pozycję numer sześć. Główne, co z tego pamiętam, to euforia z tego, że to był udany debiut, bo wygraliśmy ten mecz po bramce Eneko w doliczonym czasie gry.
Skoro sam to wywołałeś – jesteś bardziej stoperem czy szóstką? Jak ty sam się czujesz?
- Zdecydowanie stoperem. Nawet jak grałem u trenera Rude, to więcej trenowałem na środku obrony. U trenera Sobolewskiego bywało różnie, czasem na środku obrony, czasem na szóstce. Prawda jest taka, że od kategorii U-13 do U-17 grałem na stoperze. Potem w U-19 zacząłem grać na szóstce, bo taka była potrzeba. Zdecydowanie najlepiej czuję się w obronie, bo daje mi to możliwość wprowadzania piłki, budowania akcji i kontrolowania tempa gry. Trenerzy w Akademii również uznali, że właśnie do tego mam najlepsze predyspozycje.
Rozmawiałem niedawno z Mariuszem Jopem o waszych przygotowaniach. Wspominał, że będziecie teraz o te 15-20 procent ciężej trenować. Czujecie to w kościach?
- Powiem tak: słabsze kości może i pękają, ale ogólnie to są mikrourazy, które są naturalne. Przygotowania celowo są tak mocne i intensywne, abyśmy potem, w trakcie sezonu, byli w stanie utrzymać najwyższe obroty i nie odczuwali tak mocno trudów ligi.
Widzowie często domagają się konkretów zza kulis. Opowiedz trochę o samej specyfice treningów w pierwszej lidze czy teraz przed Ekstraklasą. Na czym to polega? Macie dłuższe serie, więcej powtórzeń?
- Chodzi przede wszystkim o specyfikę samej pracy. Mamy wydłużony czas trwania niektórych ćwiczeń. Jeśli jakaś pozycja wymaga, by włożyć w nią dodatkowe sekundy ciężkiej pracy bez piłki, to dokładnie to robimy. Same serie są dłuższe, jest w nich więcej powtórzeń. W pierwszych dniach obozu skupialiśmy się mocno na objętości, treningi były dłuższe. Mieliśmy jasno wyznaczone parametry, na przykład dystans do przebiegnięcia w konkretnym tempie sprinterskim czy interwałowym. Sztab kładzie na to ogromny nacisk.
Należysz do grona zawodników, którzy lubią po meczu czy treningu analizować swoje parametry motoryczne, czy jednak uważasz, że najważniejsze, żeby to piłka cię szukała?
- Zdecydowanie piłka jest najważniejsza, to nie ulega wątpliwości. Ale z drugiej strony, w dzisiejszym futbolu parametry motoryczne są bardzo ważne, same wręcz zwracają na siebie uwagę. Dodatkowo współpracuję z trenerem motorycznym, więc regularnie śledzę moje postępy. Sprawdzam, jaki dystans przebiegłem, w jakim tempie, z jaką maksymalną prędkością biegałem podczas sprintów. Widzę po sobie, że z roku na rok – im więcej pracy w to wkładam – tym lepiej czuję się na boisku. Jestem szybszy, zwinniejszy i pewniejszy w starciach fizycznych.
Kończysz intensywny mecz ligowy – jesteś w stanie określić, na jakim średnim tętnie grasz przez te 90 minut? Są to skoki w okolicach 180 do 190 uderzeń?
- Oczywiście bywają momenty bardzo intensywne, gdzie tętno skacze wysoko i zbliża się do tych 180 do 190 uderzeń, zwłaszcza podczas szybkich zrywów czy powrotów. Ale myślę, że średnie tętno, patrząc na przekrój całego spotkania, to zazwyczaj przedział 160 do 170 uderzeń na minutę.
Patrząc na mistrzostwa świata czy Europy, widać, że zespoły grają na niesamowitej intensywności – do momentu, w którym fizycznie nie opadną z sił, trzymają potężny rygor i presję. Przygotowanie fizyczne to dzisiaj fundament piłki?
- Zdecydowanie tak. Ewolucja przygotowania motorycznego w ostatnich pięciu, 10 latach w piłce nożnej jest ogromna. Widać to nawet po treningach, jakie my mieliśmy kiedyś w juniorach, a jakie są dzisiaj. Teraz w młodszych rocznikach zwraca się na to o wiele większą uwagę, a obciążenia i samo skupienie na motoryce są znacznie większe.
Jesteś na urlopie. Musisz wyjść zrobić tak zwaną tlenówkę, żeby utrzymać bazę. W jakim tempie biegasz taki kilometr?
- To zależy, bo wiadomo, że mamy dedykowane rozpiski od trenerów przygotowania motorycznego, a oni mają różne metody i podejścia. Ja akurat mam z natury duże predyspozycje wydolnościowe, więc moje średnie tempo w takich biegach to zazwyczaj 3 minuty 20 sekund do 3 minut 30 sekund na kilometr. W tym przedziale pracujemy nad tą bazą tlenową.
Czy zgodzisz się z twierdzeniem, że koszulka z Białą Gwiazdą waży więcej? Czy odczuwasz tę specyficzną presję oczekiwań?
- Bez wątpienia. Koszulka z Białą Gwiazdą na piersi swoje waży. Wiemy, w jakim klubie jesteśmy i jakie są wobec nas oczekiwania – oczekiwano od nas wyników i awansu. Oczywiście ta presja z zewnątrz jest spora, ale z drugiej strony to my sami w szatni narzucamy na siebie największą presję. Wymagamy od siebie gry na najwyższym poziomie. A kibice są wspaniali, dają nam ogromne wsparcie – to zdecydowanie jedni z najlepszych kibiców w Polsce, o ile nie najlepsi.
Jesteś zapisanym w historii zawodnikiem, z którym Wisła w końcu wywalczyła powrót i świętowała awans. Oczywiście ten spadek w ogóle nie powinien mieć miejsca, ale udało się ten cel zrealizować. Jakie to uczucie?
- Bardzo mocno to przeżywałem. Był to niesamowity moment. Dla chłopaka z Akademii zrobienie awansu do Ekstraklasy ze swoim pierwszym zespołem to po prostu czysta radość. Fakt, że jako klub musieliśmy na to czekać tak długo, sprawił, że to zwieńczenie sezonu smakowało jeszcze lepiej.
Wróćmy na chwilę do przeszłości. Był taki moment, w którym bardzo bliskie było twoje wypożyczenie do GKS-u Tychy, ale ostatecznie zostałeś w Krakowie. Skąd taka decyzja i jak do niej podszedłeś mentalnie?
- Tak, ten temat ważył się właściwie do ostatniego dnia okienka transferowego i do samego końca nie było pewne, czy odejdę na wypożyczenie, czy zostanę. Dużo na ten temat rozmawiałem z moim agentem, trenerem i dyrekcją. Ostatecznie wspólnie uznaliśmy, że dla mojego rozwoju najlepiej będzie, jeśli zostanę. Jak się okazało, wywalczyłem sobie miejsce, dostałem szanse i zacząłem regularnie grać. Mentalnie poradziłem sobie z tym bardzo dobrze – po prostu zabrałem się do ciężkiej pracy.
Kto z trenerów miał na ciebie dotychczas największy wpływ?
- Tak naprawdę każdy szkoleniowiec dołożył coś do mojego rozwoju. Trener Adrian Filipek prowadził mnie chyba najdłużej w juniorach i to pod jego okiem stawiałem te najważniejsze młodzieżowe kroki. Jeśli chodzi o to wejście w profesjonalny, seniorski futbol, to duży wpływ miał trener Sobolewski, a później trener Rude, u którego w ostatnich miesiącach bardzo dużo się nauczyłem, zwłaszcza pod kątem taktyki i mentalności. Teraz ogromnie dużo czerpię od trenera Mariusza Jopa, który jako były środkowy obrońca daje mi rewelacyjne, bardzo konkretne wskazówki na treningach. Korzystam z tego na co dzień.
Zróbmy mały test. Wyobraź sobie, że stajesz się na chwilę skautem i masz w raporcie ocenić Mariusza Kutwę. Jakie są twoje największe wady i zalety?
- Jeśli chodzi o zalety, wymieniłbym: dużą pracowitość, komunikację na boisku, dobrą grę głową oraz decyzyjność, która przydaje się przy wprowadzaniu piłki. A nad czym muszę pracować? Zdecydowanie słabszą stroną jest moja lewa noga, nad którą staram się ciągle pracować. Czasem mam też problemy z odpowiednim ustawianiem się względem przeciwnika w niektórych sytuacjach obronnych – i na to sztab zwraca mi uwagę.
Największy piłkarski kozak, przeciwko któremu miałeś okazję do tej pory zagrać?
Wskazałbym dwóch zawodników. W piłce młodzieżowej był to Włoch Francesco Camarda. Natomiast w piłce seniorskiej zdecydowanie napastnik Kevin Denkey z belgijskiego Cercle Brugge.
A skoro wspominasz Cercle Brugge – mecze w europejskich pucharach z takimi drużynami czy ze Spartakiem Trnawa albo Rapidem Wiedeń... Co one dały tobie i drużynie?
- Przede wszystkim dają gigantyczne doświadczenie. Zderzenie z takim poziomem od razu obnaża błędy i pokazuje europejską różnicę w intensywności gry czy szybkości podejmowania decyzji. Jako zespół najwięcej uczymy się właśnie w takich spotkaniach, grając pod dużą presją. Uważam, że te mecze niesamowicie nas zbudowały przed ligą.
Przed wami mecz z angielskim Wrexham. Domyślam się, że jest w głowie ekscytacja?
Pewnie, bardzo czekałem na takie starcie. To jest specyficzna, angielska i fizyczna piłka. Fajne wyzwanie, to będzie w świetny sposób sprawdzało to, nad czym teraz mocno pracujemy.
Czego ci w takim razie życzyć na nadchodzący sezon w Ekstraklasie? Złotego medalu, pierwszego składu?
Przede wszystkim zdrowia, bo bez niego ani rusz. A jeśli o cele sportowe chodzi – to tak, życzcie mi wywalczenia i utrzymania miejsca w pierwszym składzie. Chcę, by omijano mnie kontuzje i byśmy razem z Wisłą rozegrali fantastyczny sezon na najwyższym poziomie.
Źródło: Radio Kraków