
Ponad dwa lata temu zamienił szkolną klasę na gabinet burmistrza. W wyborach postawił na zmianę i dziś przekonuje, że właśnie jej w Ustroniu najbardziej potrzeba było. Jak wygląda rzeczywistość pierwszej kadencji? Co najbardziej zaskoczyło go po objęciu urzędu, które decyzje kosztowały najwięcej i d
O problemie chaotycznej zabudowy, otwartych drzwiach do gabinetu, relacjach z mieszkańcami, planach na kolejne lata oraz o tym, dlaczego nadal czuje się przede wszystkim „chłopakiem z Manhatanu”, z burmistrzem Ustronia Pawłem Sztefkiem rozmawia red. Michał Cichy.
Ile po tych ponad dwóch latach zostało w Panu chłopaka z Manhatanu?
Dalej mieszkam na Manhatanie, tam gdzie się wychowałem. Dalej sąsiedzi mnie traktują jak chłopaka z Manhatanu, czy jako sąsiada. W naszym sklepie osiedlowym normalnie ze mną rozmawiają. Czasem poruszają kwestie poważne. Muszę być przygotowany do takich rozmów. Niektórzy myśleli, że jeżeli zostanę burmistrzem, to willa, basen, złote klamki. Tak to nie wygląda w moim przypadku. Chodzi o to, żeby być blisko ludzi, żeby się od nich nie odsuwać. Dlatego są bardzo długie kolejki na spotkanie z burmistrzem. Mam jeden dzień w tygodniu wyznaczony do tego celu. Lista chętnych jest co najmniej półtora miesiąca do przodu zapełniona. Jednocześnie zachęcam do skorzystania ze spotkań z moim zastępcą, a także naczelnikami poszczególnych wydziałów. Jesteśmy otwarci na rozmowy i wszelkie pomysły naszych mieszkańców. Słuchamy potrzeb i staramy się je wprowadzić w życie, tak by ułatwić i unowocześnić nasze miasto.
Co Pana zaskoczyło w roli burmistrza: na plus, a może na minus?
Na plus – to, jaki Ustroń ma ogromny potencjał do rozwoju w różnych aspektach: społecznym, edukacyjnym, kulturalnym, turystycznym, gdy nie zawsze jesteśmy postrzegani jako miejscowość turystyczna, bardziej jako uzdrowiskowa. Zaskoczył mnie też ogrom pozytywnych reakcji wśród mieszkańców na zmiany, które przez te dwa lata były wprowadzone, czy to w organizacji pracy w urzędzie, czy w podejściu do mieszkańca – otwarte drzwi mojego gabinetu. Minusy to z pewnością ogrom spraw do zrobienia i załatwienia. Spraw, które od lat nie były regulowane. My – jako mieszkańcy miasta czy regionu – nie potrafimy być cierpliwi. Chcielibyśmy wszystko tu i teraz, albo natychmiast zrobione. Często widzimy tylko najbliższe sąsiedztwo, nie patrząc z perspektywy ogółu miasta. Interesuje nas nasze podwórko, nic dalej. Rolą burmistrza jest tymczasem patrzenie holistyczne, z góry na całe miasto, a dopiero potem na szczegóły.
Z czym najczęściej, przez te otwarte drzwi, przychodzą do Pana mieszkańcy?
Są problemy nierozwiązane od wielu lat. Brakowało albo decyzji, albo pieniędzy na realizację pomysłów. Dużym problemem jest brak mieszkań komunalnych. Mieszkańcy przychodzą też z problemami prozaicznymi typu: nieświecąca lampa, obiecany od wielu lat remont chodnika. Tak naprawdę ze wszystkim. Z długo zamkniętym przejazdem kolejowym, ze złym rozkładem jazdy autobusów, z małą dostępnością lekarzy w naszych przychodniach. Spora grupa mieszkańców zgłasza sprawy związane z procedowanym planem ogólnym. Do tej pory, niestety, miasto pokryte planem zagospodarowania przestrzennego jest w kilkunastu procentach.
Co się okazało najtrudniejsze w pracy burmistrza?
Na pewno wprowadzenie zmian, a przecież zostałem wybrany po to, żeby je wprowadzać. Od wielu, wielu lat de facto miastem rządziła jedna opcja. Startowałem w wyborach z myślą, że trzeba wiele zmienić, bo tego chcieli mieszkańcy. Wprowadzając normalne zmiany, które przeważnie nowy burmistrz realizuje, spotkałem się z niesamowitym oporem. Trudne jest też tłumaczenie mieszkańcom, jak wygląda samorząd, jest to specyficzna forma pracy.
Były momenty, w których chciał Pan zrezygnować?
Tak, były momenty zwątpienia. Doświadczeni samorządowcy z naszego regionu mówili mi, że na pewno takie przyjdą. Ważne jest, by mieć dookoła siebie ludzi, którzy wesprą w tej sytuacji.
Kiedy było najtrudniej?
Bardzo ciężka była decyzja o zmianach organizacyjnych w urzędzie, czyli wygaszenie Wydziału Prawnego i przejście na outsourcing, czy też zwolnienia, które się pojawiły w Wydziale Administracji Elektronicznej. To były przemyślane, ale jednak ciężkie decyzje. Potem decyzja, że rozstajemy się z moją zastępczynią, czy też decyzja radnych, dla mnie osobiście bardzo krzywdząca, gdy po pierwszym roku nie otrzymałem wotum zaufania. To były takie chwile, w których zacząłem się zastanawiać, czy to faktycznie ma sens, odbudowywanie miasta. Można teraz powiedzieć, że za mną większość tych trudnych decyzji. Samorząd rządzi się jednak takimi prawami. Gdy codziennie przychodzę do pracy, nie wiem, co mnie czeka. Zawsze coś może się wywrócić i trzeba będzie sobie z tym poradzić. Powódź w 2024 roku też była bardzo ciężka dla całego miasta. Kilka miesięcy po zaprzysiężeniu przyszła „wielka woda”. Mieliśmy do czynienia z największymi opadami w historii miasta od momentu prowadzenia pomiarów opadów na Czantorii i Równicy.
Która decyzja była najbardziej niepopularna, ale konieczna?
Było ich kilka. Na pewno zamknięcie naszej kotłowni miejskiej, która dostarczała ciepło do kilku budynków, a także do największej szkoły podstawowej – SP2, Miejskiego Domu Kultury „Prażakówka” i kamienicy komunalnej. Niestety nie nadawała się do eksploatacji ze względu na przepisy bezpieczeństwa. Trudna była też świeża sprawa, staw kajakowy i pomysł na jego prowadzenie. Ponadto wystawianie warunków zabudowy na terenach, gdzie nie mamy miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, z którymi osobiście się nie zgadzałem, ale wydać musiałem patrząc na przepisy prawa. Wiem, że przede mną jeszcze wiele ciężkich i niepopularnych decyzji.
A co Pana najbardziej irytuje w samorządzie?
Po pierwsze procedury. Zawsze są procedury, nawet drobna sprawa musi zostać kanałami samorządowymi przepracowana. Irytuje mnie też to, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego zrobić, bo część spraw jest poza naszą sprawczością, a w praktyce zawsze to my dostajemy po głowie, a nie na przykład władza centralna, bo jesteśmy najbliżej ludzi.
Czy jest coś, czego – jako burmistrz – zazdrości Pan Wiśle oraz Cieszynowi?
Oczywiście. Zawsze tak jest, że porównujemy się do innych. Co Wisła ma, a czego my nie mamy? Są takie rzeczy. Pierwsza: basen. Druga: wspaniale zagospodarowana stacja kolejowa Wisła Uzdrowisko. Trzecia: coś na miarę centrum konferencyjnego, co w Wiśle mieści się w dużych hotelach o wysokim standardzie. Nam wiele cennych eventów niestety umyka, planujemy podjęcie rozmów w tym zakresie. Cieszynowi zazdroszczę transgraniczności, bycia blisko Czeskiego Cieszyna. Cieszyn ma też wielki potencjał turystyczny: rotundę, Wzgórze Zamkowe, wspaniale zagospodarowaną i teraz odnowioną ulicę Głęboką. Tramwaj, według mnie to ogromna turystyczna atrakcja. Do tego dworzec kolejowy i centrum przesiadkowe. Coś takiego też marzy mi w Ustroniu.
Startował Pan z pewną niezgodą wobec patodeweloperki. Jak to dziś wygląda?
Tak, to był i jest ogromny problem dla Ustronia, przez to między innymi, że nie mamy planu zagospodarowania przestrzennego. Mamy go tylko w około 18 proc. Jesteśmy ewenementem w powiecie cieszyńskim. Większość gmin ma 70 proc., 80 proc., nawet 90 proc. pokrycia planem zagospodarowania. Na „warunkach zabudowy” można wszystko budować i w różnych miejscach miasta. Wiem o tym, że u nas WZ-ki były bardzo naciągane. Ciężko też rozmawia się z inwestorami, którzy przychodzą, rzucają plan na stół i mówią, że mieli swoje obiecane. Ja mówię stop. W tym miejscu nie bardzo. Nie można. Niestety nie zawsze przepisy są po naszej stronie i trzeba wydać WZ na zabudowę taką, która mimo wszystko nie powinna być w danym miejscu. Faktycznie potem tak wychodzi, że mamy bardzo dużo metrów kwadratowych mieszkań, które stoją puste, albo są traktowane jako drugie domy. Jest też najem krótkoterminowy, duży problem w Ustroniu. Razem z Radą Miasta mówimy jednym głosem: ważne jest zagospodarowanie przestrzenne. Ważne jest, gdy uchwalimy plan ogólny, by przystąpić do planu zagospodarowania przestrzennego. Żeby już więcej nie było ciągnięcia w jedną czy w drugą stronę. Czy burmistrzem będzie Sztefek, czy jakaś inna osoba. Żeby plan jasno mówił, co w tym miejscu można budować, a czego nie.
Czy uważa Pan, że władze miasta potrafią zachować zdrowy balans między funkcją uzdrowiskową, potrzebami mieszkańców a rozwojem miasta?
Trudno jednocześnie być miastem uzdrowiskowym i turystycznym. Często słyszałem – i nadal czasem słyszę – pytanie: skoro mamy uzdrowisko, to co właściwie mają z tego mieszkańcy? Przede wszystkim to mieszkańcy są gospodarzami miasta. Trzeba pamiętać, że status uzdrowiska daje wiele możliwości, ale też nakłada ograniczenia. Nie powstaną u nas zakłady przemysłowe czy strefy ekonomiczne. My chcemy rozwijać Ustroń w sposób bardziej zrównoważony – inwestować w jakość życia mieszkańców, edukację, sport, infrastrukturę i ofertę społeczną. Dlatego realizujemy konkretne projekty: rozbudowę boiska przy Szkole Podstawowej nr 6, która jako jedyna w Ustroniu nie ma własnego obiektu sportowego, boisko przy SP5 w Lipowcu, inwestycje w Hermanicach, rozwój kanalizacji we współpracy z WFOŚiGW, odnawialne źródła energii czy projekty dla przedszkoli. Ważni są też seniorzy – jesienią ubiegłego roku po raz pierwszy zorganizowaliśmy galę seniora, która zgromadziła w Miejskim Domu Kultury „Prażakówka” ponad 200 osób. Ustroń jest też coraz częściej wybierany jako miejsce do życia przez osoby starsze, dlatego musimy patrzeć szerzej. Żyjemy przede wszystkim z turystyki i w tym kierunku chcemy się rozwijać, ale kluczowe jest znalezienie równowagi między potrzebami mieszkańców a funkcją uzdrowiskową i turystyczną miasta. Nad tym właśnie się skupiamy.
Dziś Ustroń jest bardziej miastem dla mieszkańców, czy produktem turystycznym?
Te sprawy są ze sobą bardzo ściśle powiązane. To mieszkańcy są gospodarzami miasta, to oni tutaj mieszkają. To oni tutaj płacą podatki, płacą za śmieci. To oni tutaj pracują, wychowują dzieci, posyłają do szkół, zakładają rodziny. Oni dla nas są najważniejsi. Ale bez turystów, co miasto mogłoby zrobić? Bez rzeki Wisły, bez krajobrazu górskiego, bez uzdrowiska? Bylibyśmy przeciętną, 15-tysięczną mieściną, która by żyła albo z jakiegoś dużego zakładu pracy, albo z rolnictwa, albo z jakichś innych usług. Ja bym chciał, żeby Ustroń była silną marką turystyczną i nasze działania ku temu prowadzą – wskrzeszenie Beskidzkiej 5, wejście w zeszłym roku do Lokalnej Organizacji Turystycznej „Beskidy”. Miasto jednak ma być przede wszystkim miastem dla mieszkańców, czyli to mieszkańcy są gospodarzami miasta. Bo to oni tu żyją, a nie turyści, którzy przyjeżdżają na dzień, dwa lub trzy.
Nie uważa Pan, że Ustroń przegrywa z własną popularnością i pewne elementy tej popularności działają na minus?
Mamy tak zwanego turystę jednodniowego, który przyjeżdża latem nad Wisłę. Na szczęście już nie parkuje na zakazach na ul. Nadrzecznej, co się działo przez lata i nie dało się z tym nic zrobić. Nagle Sztefek został burmistrzem i już nie ma dzikiego parkowania i tarasowania przejazdów dla mieszkańców. Turysta jednodniowy skorzysta z małej gastronomii i zostawia po sobie śmieci. To jest fakt i z tym nikt nie dyskutuje. W idealnym świecie mielibyśmy turystów, którzy przyjeżdżają na kilka dni, zostawiają opłatę uzdrowiskową, kulturalnie się bawią. Ale do Ustronia można szybko dojechać z Górnego Śląska i jest jak jest.
Jaką Pan ma strategię, żeby zatrzymać młodych ludzi w Ustroniu?
Gdyby tylko władza za to odpowiadała, mielibyśmy już gotowych tysiąc rozwiązań. Jedyne, co możemy robić, to mieć na wysokim poziomie edukację, by mieszkańcy czy osoby z zewnątrz wybierali szkoły w Ustroniu i mieli zapewnione dobre placówki dla swoich dzieci. Możemy rozwijać atrakcje turystyczne, które dają miejsca pracy w usługach, hotelach czy przy tych atrakcjach. Tym możemy się chwalić i to może przyciągać. Wprowadziliśmy pakiety powitalne dla nowo narodzonych dzieci. W młodych ludziach zaczyna rezonować, że miasto o nich myśli.
Są jakieś krzywdzące i nieprawdziwe mity o mieście, które chciałby Pan w miarę czasu obalać?
„Ustroń miastem ludzi starych”. Mimo, że nasza demografia pokazuje, że się starzejemy, a starsi mieszkańcy Śląska wybierają Ustroń na emeryturę, staramy się przyciągać i zatrzymać młodych. Drugi mit, że jesteśmy uzdrowiskiem i pobieramy opłatę klimatyczną bądź miejscową, związaną z jakością powietrza. Ustroń jest uzdrowiskiem, czyli z mocy prawa ma opłatę uzdrowiskową i to jest rekompensata za to, że w przestrzeni miejskiej nie możemy budować wielkich zakładów. Mit kolejny, że mamy tylko rzekę Wisłę i nic więcej. Mamy pełny pakiet uzdrowiskowy, górę Czantorię, przepiękne szlaki turystyczne, rowerowe, jesteśmy bramą Beskidów, mamy początek Głównego Szlaku Beskidzkiego, super połączenia kolejowe i drogowe z Górnym Śląskiem i dalszą częścią Polski.
A krzywdzące i nieprawidłowe mity o burmistrzu Pawle Sztefku?
Część jeszcze brzmi po kampanii wyborczej, na przykład, że jak to nauczyciel może zostać burmistrzem? Ja wiem, co niektórzy mówili: „młody synek, burmistrz, na czym on się zna?”. Młody – fakt, wykształcony też. I na czym się zna? Na wielu obszarach, które wcześniej były w Ustroniu zaniedbane. Pokazuję swoim działaniem, że mimo iż nie jestem planistą, nie jestem architektem, zauważyłem te rzeczy. Trzeba mieć dobrych ludzi dookoła siebie, którzy czasem są mądrzejsi. Mają większe doświadczenie, trzeba ich słuchać, ale też podejmować decyzje. Zostałem wybrany na 5 lat i przez ten czas chcę naprawdę jak najwięcej z siebie dać naszym mieszkańcom. Mit sterowalności też się pojawiał, że ktoś za mną stoi. Mogę spać spokojnie, od nikogo nie jestem zależny.
Jakie są Pana plany na resztę kadencji?
Jest bardzo dużo rzeczy do zrobienia. Wiadomo, że przychodziłem tutaj z głową pełną pomysłów. Ważne dla mnie jest rozwijanie kwestii „mieszkaniec gospodarzem miasta”. Życzyłbym sobie, żeby te projekty, które teraz stworzymy, zostały zrealizowane. Życzyłbym sobie, żebyśmy w końcu dopięli historię projektu basenu, bo to też spędza nam sen z powiek. Zależy mi też na stworzeniu Centrum Usług Społecznych. Chciałbym również, żebyśmy się rozwijali jako gmina turystyczno-uzdrowiskowa, nie tylko uzdrowiskowa. Przed Ustroniem też wielkie wyzwanie. Kończy nam się operat uzdrowiskowy, czyli to, co nadaje nam status uzdrowiska. Będziemy zaczynali końcem roku procedurę jego uzgadniania.
Po czym mieszkańcy mają poznać za trzy lata, że to była kadencja Sztefka, a nie tylko „kolejna kadencja” kogoś już zapomnianego?
Po dobrej sytuacji w szkołach i przedszkolach dla wychowanków i nauczycieli, po bazie sportowej i oświatowej. Chciałbym być też kojarzony z takim człowiekiem, z którym można porozmawiać, wyżalić się, który jest w stanie pomóc. Wielkich pomników nie potrzebuję mieć, tu chodzi o to, żeby mieszkaniec był tym gospodarzem miasta i był zadowolony z tego, jak Ustroń jest zarządzany i jeżeli pojawiają się kryzysy czy problemy, żebyśmy my potrafili je rozwiązywać.
Jakiego Ustronia by Pan chciał za piętnaście lat, czyli jeszcze później?
By był rozpoznawalny jako miejscowość turystyczno-uzdrowiskowa, żeby nie był kojarzony tylko z ludźmi starymi. Żeby to, co robimy w tej chwili, czy to, co chcemy robić, dawało możliwości rozwoju dla mieszkańców. Chciałbym też, żeby Ustroń był bardziej doceniany za swoje walory krajobrazowe, bo to nie zawsze jest widziane. Żeby za 15 lat dalej była zachowana synergia z gminami ościennymi, żeby marka Beskidzka 5 mogła nas promować w całej Polsce, by następcy potrafili się ze sobą, między gminami, dogadać. Nie mam wygórowanych planów i marzeń o mieście, bo zaczynamy od samego dołu, od początku, czyli zasiania ziarna, a co wykiełkuje, to historia pokaże.
Proponuję takie podsumowanie tej rozmowy: gdyby Pan mógł wybrać, jak wyglądałby Pana jutrzejszy dzień w pracy: wycieczka szkolna z podopiecznymi czy dzień pracy z radą miejską?
Wycieczka szkolna. Gdziekolwiek, w jakikolwiek zakątek świata, pociągiem, nawet samolotem. Gdy jeszcze pracowałem w szkole, dyrektor to mnie właśnie wyznaczał do wielu wycieczek. Mówił: „Ty zawsze sobie poradzisz z tymi dzieciakami. Zawsze będziesz wiedział, jak wyjść z jakiejś opresji”.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: Beskidzka24 / Kronika Beskidzka