
Obie te postaci łączą związki z Tarnowem. Po wtóre, wspólna pasja, związana z planistyką i urbanistyką. Po trzecie, wizjonerstwo. I to, że oboje urodzili się tego samego dnia – 12 lipca. Pomniki postawili sobie już za życia Gdyby zapytać w Tarnowie, kto zacz Maria Piechotka, wielu pewnie rozłożyło
W Tarnowie data 12 lipca powinna być zaznaczana na czerwono. Do bowiem dzień przyjścia na świat dwójki rodaków – Marii Piechotkowej i Ottona Schiera. Bez nich Warszawa i Tarnów wyglądałyby zgoła inaczej.
Obie te postaci łączą związki z Tarnowem. Po wtóre, wspólna pasja, związana z planistyką i urbanistyką. Po trzecie, wizjonerstwo. I to, że oboje urodzili się tego samego dnia – 12 lipca.
Gdyby zapytać w Tarnowie, kto zacz Maria Piechotka, wielu pewnie rozłożyłoby bezradnie ramiona. No, może poza architektami, pasjonatami zabytków kultury judaistycznej czy varsavianistami.
Każdy wie, co to wielka płyta, każdy w stolicy bez problemów pokieruje „na Piechotkowo”, każdy, kto przejdzie obok warszawskiej Archikatedry św. Jana wspomni, dobre słowo. Bo za każdym z tych elementów stoi Maria Piechotkowa z domu Huber, która całe dzieciństwo i młodość spędziła w Tarnowie.
A Otto Schier, dla którego Tarnów jest Ojczyzną z wyboru?
Chodząc po centrum Tarnowa, właściwie wszędzie napotyka się ślady jego aktywności. Pomnik Więźniów Pierwszego Transportu, fontanna przy Wałowej obok Pomnika Nieznanego Żołnierza, nieco niżej położone Amfiteatr, i hala gimnastyczna I Liceum. Także niegdysiejsza fasada Teatru im. Ludwika Solskiego.
Kto dotrze na „Marcinkę” zażyje odpoczynku w parku i na placu zabaw, które zaprojektował nasz bohater.
Mieszkańcy parafii Dobrego Pasterza modlą się w kościele, który także zaprojektował Otto Schier.
Maria Huber, w przyszłości Pani Piechotkowa, urodziła się w Krakowie, w 1920 roku. Do Tarnowa trafiła jako niemowlę. Jej ojciec był inżynierem specjalizujący się w kwestiach melioracyjnych. Dyplom obronił na Politechnice Lwowskiej. Do miasta trafił przez Mędrzechów, po latach zawieruchy I wojny światowej.
Jak Maria Huber zapamiętała nasze miasto z tamtych lat? Jako: „niewielkie, ale intensywnie rozwijające się miasto powiatowe. Była linia kolejowa i dworzec oraz przedmiot dumy – linia tramwajowa, jedyna poza Krakowem i Lwowem w dawnej Galicji. Miasto miało właściwie jedną ulice główną, obudowaną dwu-, trzykondygnacyjnymi kamienicami, ze sklepami na parterach, małe, otoczone niegdyś murami obronnymi Stare Miasto, kilka mniejszych ulic, obudowanych również małymi kamieniczkami i całe duże połacie przedmieść, z domami w ogródkach, lepszych po stronie zachodniej, gorszych po wschodniej.

Maria Piechotkowa z mężem i synem
Archiwum rodzinne
Huberowie zrazu zamieszkali w niewielkiej kamieniczce przy ul. Grottgera 16, niedaleko Parku Strzeleckiego. Zajmowali całe piętro. Mieszkanie składało się z trzech pokoi, kuchni i łazienki. Centralne miejsce w domu zajmoał koncertowy fortepian Bluther, na którym grywała jej mama – wychowanka lwowskiej pensji dla panien z dobrych domów oraz liceum żeńskiego Anieli Zagórskiej – oraz siostra.
Ściany mieszkania zdobiły akwarele Juliusza Kossaka. Mieszkanie miało dwa balkony. N jednym z nich ojciec Marii hodował sprowadzane z Holandii begonie wielokwiatowe, co budziło zazdrość i podziw sąsiadów. Nie było elektryczności – świeciło się lampami naftowymi i świecami.
Huberowie – jako rodzina inteligencka – szybko weszli w krąg śmietanki towarzyskiej Tarnowa. A z tym, obok rytualnych herbatek i proszonych obiadów – wiązało się choćby uczestnictwo w balach i rautach.
Edukację przyszła architektka odbierała u tarnowskich Urszulanek, które kilkadziesiąt lat wcześniej osiedliły się w mieście, wygnane z zaboru pruskiego. Od razu trafiła do trzeciej klasy, bo czytać i pisać nauczyła się wcześniej w domu. Równolegle pobierała lekcje francuskiego. U zakonnic kończyła tez gimnazjum.

Klasztor Sióstr Urszulanek w Tarnowie przed wojną
Fotografia archiwalna
Uczyła się dobrze, nie cierpiała jednak matematyki i fizyki. Z zachowaniem było różnie, skoro dwa razy – ku zdziwieniu mamy – przynosiła czwórkę ze sprawowania. Powód? Rozmawianie na lekcji i dyskusje z nauczycielami. W Tarnowie złożyła też przyrzeczenie harcerskie i skończyła kurs żeglarski.
Niedługo potem rodzina przeprowadziła się z ulicy Grottgera na Urszulańską, w okolice dzisiejszej ul. J. Bema i G. Narutowicza. Tak więc do szkoły Maria miała ledwie kilka kroków. W nowym mieszkaniu Huberowie mieli już cztery pokoje, doprowadzony był gaz i prąd. I z Urszulańskiej z maturą uzyskaną u Sióstr Urszulanek a wcześniej starannym wychowaniem domowym, Maria Huber wyruszyła w świat.

Klasztor Sióstr Urszulanek w Tarnowie. Widok obecny
Archiwum Sióstr Urszulanek w Tarnowie
W czerwcu 1938 roku trafia na kurs przygotowawczy do egzaminu na architekturę Politechniki Warszawskiej. W stolicy, jak wspomina, czuła się jednak obco. W wolnych chwilach zwiedzała zabytki. Mieszkała u stryjostwa przy ul. Śniadeckich, nieopodal Placu Konstytucji.
Z ulgą jechała na swoje pierwsze studenckie wakacje, które przypadły na lato 1939 roku.
Wybuch wojny zastał Marię Huber w Tarnowie. Początkowo rodzina ewakuowała się w kierunku Lwowa, lecz ostatecznie postanowili wrócić do miasta. Wrócili do mieszkania. Ku rozpaczy, okazało się, że dwie kamienice niżej ulokowało się gestapo, które w piwnicach urządziło katownię.
Miała pomysł podjęcia studiów archeologicznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale plany pokrzyżowało zamknięcie uczelni. By nie wyjść z wprawy w rysowaniu potajemnie chodziła do tarnowskiego Muzeum Diecezjalnego, które wówczas mieściło się w ratuszu i szkicowała.
Życie zmusiło ją do podjęcia pracy fizycznej na kolei. Zatrudniła się w parowozowni jako technik budowlany.
W 1943 Maria Huber dowiaduje się, że istnieje możliwość podjęcia tajnych studiów na Politechnice Warszawskiej. Przenosi się więc do Krakowa, by mieć lepszy dojazd do stolicy. Zalicza kolejne semestry studiów.
W lutym 1944 roku następuje radykalna zmiana w jej życiu. Po egzaminie z architektury polskiej u prof. Zachwatowicza, została przez niego skierowana w jakiejś sprawie do jego asystenta, którym był Kazimierz Piechotka. W ten sposób poznała swojego przyszłego męża.
Okazało się, że był on o rok wyżej. Bardzo w tym czasie podupadł na zdrowiu. Stracił też oboje rodziców. Lekarze skierowali go na leczenie do Szczawnicy. Była więc okazja, by w Tarnowie przedstawić rodzicom narzeczonego.
Pod koniec lipca 1944 roku oboje już mieszkają w Warszawie na Sadybie. Wybucha powstanie. Decydują się na ślub. Nauki przedmałżeńskie trwały raptem… jeden dzień. Nazajutrz przed ołtarzem kościoła pod wezwaniem Imienia Jezus przy ul. Moniuszki nakładają sobie obrączki.
Uczta weselna składała się z kilku kubków kawy zbożowej, butelki wódki i puszka pasztetu końskiego.

Mural w Warszawie dedykowany małżeństwu Piechotków
Urząd Dzielnicy Bielany
Obije walczą w powstaniu. Ona, pod pseudonimem „Marianna”, jako łączniczka, on – „Jacek” – jako żołnierz, a wcześniej wytwórca fałszywych dokumentów dla podziemia. Za odwagę odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.
Po powstaniu oboje trafiają do stalagu. Do stolicy wracają w 1945 roku. Maria Piechotkowa trzy lata później odbiera dyplom z Politechniki i rozpoczyna pracę.
Z mężem zakłada spółkę architektoniczną, zatrudniają się w Miastoprojekcie i projektują budynki nowych osiedli na Bielanach. Mają monopol na urządzenie całej dzielnicy niemal od podstaw.

Maria i Kazimierz Piechotkowie
Archiwum rodzinne
Tam powstają bloki budowane według zupełnie nowych założeń. Monumentalne gmachy, które stawiano w innych dzielnicach zastępują tak później rozpowszechnione w całej Polsce bloki z wielkiej płyty. Był to autorski pomysł małżeństwa Piechotków.
Maria Piechotkowa angażuje się również w odbudowę Archikatedry św. Jana na warszawskiej Starówce, później zajmie się inwentaryzacją i badaniem synagog.
Przez chwilę angażuje się w politykę. Jako poseł bezpartyjny zasiada w sejmie kadencji 1961-1965. Jest nawet wiceprzewodniczącą komisji budownictwa.
Wychowała dwóch synów, którzy poszli w ślady rodziców.

Maria Piechotkowa
Urząd Dzielnicy Bielany
Maria Piechotkowa przeżyła z mężem 66 lat. Owdowiała w 2010 roku. Zmarła 28 listopada 2020 roku. Przeżyła równy wiek. Spoczywa na Cmentarzu Bródnowskim.
Otto Schier, najmłodszy stażem Honorowy Obywatel Tarnowa. W tym roku kończy 95 lat. Bardzo łatwo go rozpoznać. Często bowiem spaceruje między ul. Sowińskiego, przy której mieszka w bloku naprzeciw restauracji Różana, a centrum miasta.

Otto Schier
Artur Gawle
Mocno przygarbiony, zawsze z bejsbolówką na głowie i reklamówką w dłoni, idzie zamyślony powoli ul. Krakowską. Czasem przystanie i zobaczy, co zostało z jego pomysłów. Wszak główna ulica miasta miała być w jego koncepcji czymś w rodzaju paryskich Pól Elizejskich, rozpoczynających się przy dzisiejszym rondzie obok kościoła Misjonarzy.
Do Tarnowa Otto Schier przyjechał ze Śląska 67 lat temu. Za sercem. Bo do miasta sprowadziła go żona – Liliana. Pierwsze wrażenia było dlań niezapomniane.
- Byłem zszokowany, bo przyjechałem z zadymionego Śląska. Wychodzę z dworca, a ja nagle jestem w parku. Wszystko było obsadzone starymi, grubymi drzewami. Korony tych drzew się łączyły i do miasta wchodziło się takim zielonym tunelem. I drugie zaskoczenie, ze po drodze kupiłem sobie wodę z saturatora, bo był upał. Tarnów miał bardzo dobrą wodę z bąbelkami gazowaną. I trzeci szok to Starówka ze średniowiecznym układem fortyfikacyjnym – wspomina po latach.
Pierwszym dziełem, jakie wyszło spod ręki Otto Schiera był drewniany konik, jaki wyrzeźbił jeszcze jako dziecko, mieszkając w Katowicach.

Otto Schier
BWA Tarnów
- Ten konik... Miałem upatrzony taki dynamiczny obrazek konia skaczącego przez przeszkodę. Wujek miał zakład stolarski. Znalazłem deskę, przekopiowałem na kalkę i scyzorykiem wycinałem konia. Ojciec mówi „Po co się męczysz? Przecież ci wujek na pile go wytnie”. A ja mówię „Nie!”. Pamiętam do dziś bąble na rękach od tego scyzoryka. To był koniec podstawówki. Dałem dyrektorowi konika na pamiątkę. I on powiedział, że mam talent. I radził, żebym poszedł do szkoły plastycznej - opowiada.
Tak trafił do atelier przy ul. Francuskiej w Katowicach. Mieściło się ono na samej górze budynku, który wieńczył przeszklony dach.
- Mówili mi, że po tym dachu chodzą koty i dzieci je malują. Wziąłem więc blok rysunkowy i pojechałem. Wchodzę, a tam sami dorośli – po trzydziestce „na bidę”. To byli studenci, którym wojna przerwała naukę. Profesor wziął teczkę, popatrzył, pokazał stojącą w rogu sali sztalugę. Dostałem papier, węgiel. Miałem malować martwą naturę. Jakiś dzbanek, owoce. Zrobiłem jak umiałem. „Powiedz ojcu, że zostałeś przyjęty”. Mało się nie zabiłem ze szczęścia zjeżdżając po poręczach, potem biegłem 2,5 kilometra do domu.

Otto Schier
Archiwum
Tak został uczniem Technikum Sztuk Plastycznych. Bardzo cenił sobie tę szkołę, bo dała mu ona możliwość poznania wszystkich technik artystycznych. Od tkactwa, przez malarstwo, po rzeźbę w kamieniu.
Marzył, by pójść na architekturę. Ta zawsze grała mu w duszy, bo z jako pacholę z lubością układał klocki. Jako pierwsza jego umiejętności doceniła przedszkolanka.
Na uczelnię bez problemów się dostał. Dyplom Politechniki Krakowskiej z wyróżnieniem odebrał w 1954 roku.
Pięć lat później był już w Tarnowie.
Otto Schier nie kryje swojej fascynacji Michałem Aniołem. Urzeka go wszechstronność Florentczyka. Jego geniusz rzeźbiarski, malarski, poetycki a nade wszystko wizjonerstwo.
Też tak próbował robić.
Chciał na przykład przebudować centrum Tarnowa. Odsłonić dawne mury miejskie. Zastrzega, pomysłodawcą uczynienia z Tarnowa Carcassonne był inżynier Klimek z Krakowa. Były już nawet plany wyburzenia kamienic od ul. Targowej do Wielkich Schodów.
- Dziś bym tego pomysłu nie powtórzył, bo znaleźli się właściciele tych kamienic – uśmiecha się Otto Schier.
Ale udało mu się zaprojektować przynajmniej deptak przy ul. Wałowej, który istnieje do dziś. Jest zdecydowanym przeciwnikiem przywrócenia komunikacji w tym miejscu.
- Dawniej człowiek był skalą w planowaniu architektury. Dziś jest samochód – rozkłada ręce.

Ulica Wałowa w Tarnowie
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl
Tarnów miał w założeniach PRL liczyć 250 tys. mieszkańców. Dziś mieszka tu niecałe sto tysięcy. Ale gdy Otto Schier tu przyjeżdżał, miał wizję miasta na ćwierć miliona. Myślał o nowatorskich rozwiązaniach komunikacyjnych.
Projekty lądowały w szufladach.
- Rozwój miasta istniał dzięki przemysłowi. Szkoda, że nie wrócono do pomysłu linii tramwajowej. Zaczynałaby się na Woli Rzędzińskiej a kończyła się na Azotach. Plan urbanistyczny to nie plan domków jednorodzinnych. Plany są po to, żeby je realizować na lata. Uważam, że dzisiejsi radni powinni mieć po jednej stronie Dziesięć Przykazań a po drugiej rozpisane, skąd brać unijne pieniądze – twierdzi.
Był też pomysł na tarnowski trolejbus. Tu jednak były dwie zasadnicze przeszkody. Wiadukt przy Krakowskiej niedaleko dworca i skręt z Placu Sobieskiego w ul. Targową, w kierunku Burku.
- Pantograf się nie mieścił. A Edward Brzostowski z Dębicy, ówczesny szef „Igloopolu”, o którym mówiłem, że „byłby w stanie flaki z opon robić” chciał dać nam pojazdy za darmo. Szkoda, że się nie udało – mówi.
Z wielu dużych wizji Otto Schiera tak naprawdę została zrealizowana tylko przebudowa ul. Wałowej. Reszta projektów pozostała na kalkach technicznych. Wiele z nich trzyma u siebie w mieszkaniu przy Sowińskiego.
Ale urbanista uśmiecha się na wspomnienie, że na tych olbrzymich płachtach zarysowanego papieru projektowego przez lata „w miasto” bawiły się dzieci jego kolegów.
Dzisiaj są pieniądze, jutro ich nie będzie. A to, co ja tu zrobię, zostanie. Ja w Tarnowie nie umrę.
Od 28 listopada 2024 roku Otto Schier jest Honorowym Obywatelem Tarnowa. Jak najbardziej zasłużenie.
Trochę szkoda przy okazji, że o Marii Piechotkowej rodzinne miasto jakby zapomniało. W przeciwieństwie do Warszawy, gdzie na bielańskie „Piechotkowo” każdy trafi z zamkniętymi oczami.
Źródło: LoveKraków.pl