
Mowa o tarnowskim księdzu Walentym Gadowskim. Przez katechistów zapamiętanym jako twórca podręczników i autorskiej metody nauczania nazwanej jego imieniem. Ta opierała się na trzech punktach: przygotowaniu uczniów, podaniu nowej wiedzy w formie ciekawego wykładu oraz utrwaleniu materiału. „Metoda
Ksiądz Walenty Gadowski
Archiwum
Gdy miał 20 lat wróżono mu, że nie dożyje jesieni. Tymczasem jako 90-latek wszedł na Zawrat. A wcześniej zdążył wytyczyć najbardziej wymagający szlak w Tatrach – Orlą Perć.
Mowa o tarnowskim księdzu Walentym Gadowskim.
Przez katechistów zapamiętanym jako twórca podręczników i autorskiej metody nauczania nazwanej jego imieniem. Ta opierała się na trzech punktach: przygotowaniu uczniów, podaniu nowej wiedzy w formie ciekawego wykładu oraz utrwaleniu materiału.
„Metoda Gadowskiego” stawiała na naturalną ciekawość ucznia i płynne przejście z opowiadania do praktycznego zastosowania.
Była o tyle nowatorska na przełomie XIX i XX wieku, że stała w kontrze do panującej wówczas „szkoły monachijskiej”. Ta z kolei większy nacisk kładła na to, by najpierw przedstawiać pogląd, a później go dopiero wyjaśniać.

Podręcznik historii Kościoła autorstwa ks. Walentego Gadowskiego
Archiwum
Ale nie o metodyce dziś. Bo ks. Walenty Gadowski był człowiekiem niezwykle szerokich horyzontów. Zwiedzał świat, czynił bardzo dokładne obserwacje, publikował bardzo ciekawe artykuły.
Ale nade wszystko kochał Tatry. Bo, jak twierdził, one mu ocaliły życie. A on je odkrywał, wspinał się tam, gdzie nikt wcześniej nie dotarł. I chciał przybliżyć je innym, wytyczając nowe szlaki.
Między innymi ten, zwany Orlą Percią, co miało miejsce 120 lat temu.
Urodził się w Nowym Wiśniczu pod Bochnią 8 grudnia 1861 roku. Jego ojciec był organistą przy tamtejszej parafii. Ale jego rodzina pisała się z niedalekiej Cerekwi, więc gdy nadarzyła się okazja do przeprowadzki w rodzinne strony, nikt się nie zastanawiał.
Jako dziesięciolatek trafia do szkoły w Bochni. Jest bystry, skoro od razu przyjęto go do czwartej klasy. Z czasów bocheńskich zapisał mu się w pamięci widok Jana Matejki, jadącego do pobliskiej Koryznówki koło Nowego Wiśnicza na wypoczynek.
Malarz zatrzymywał się tam nader często u swych dalekich krewnych – rodziny Serafińskich, która miała dworek między klasztorem a zamkiem.
Z Bochni młodzieniec trafia do Tarnowa. Do gimnazjum. Mieszka kątem w klasztorze Bernardynów. „Profesorowie uczyli dość starannie, ale stroną moralnego wychowania nikt się nie zajmował. Jedynie nauka religii, spowiedź trzy razy w roku szkolnym i rekolekcje hamowały nieco wybujałe namiętności” – pisał w pamiętnikach.

W tle budynek gimnazjum tarnowskiego, w którym mieszkał Kazimierz Brodziński
Łukasz Winczura/LoveKraków
Dyrektorem szkoły był Bronisław Trzaskowski, nauczyciel logiki i psychologii, honorowy obywatel Tarnowa, pradziadek byłego kandydata na prezydenta RP, z czasem kierujący I Gimnazjum Żeńskim w Krakowie przy ul. Wolskiej.
Klasa przyszłego taternika mieściła się w kamienicy przy ul. Wałowej, gdzie za swych uczniowskich lat stancję miał Kazimierz Brodziński, o czym wspomina wmurowana w ściany tablica. Dziś w tym miejscu znajduje się księgarnia „Współczesna”, a po przeciwnej stronie Multimedialne Centrum Artystyczne.
W 1877 roku wszyscy przeprowadzili się do nowego budynku, który mieści się przy ul. Piłsudskiego. Gadowski był wtedy w szóstej klasie.
Z nauką nie miał problemu. Więcej nerwów tracił na stancji. Bo duszy birbanta, w przeciwieństwie do swoich towarzyszy, nasz bohater nie miał. Na przykład: „jeden z kolegów pochodzący z Lipnicy Murowanej zaprowadził na stancji pijatykę i grę w karty, oczywiście bez pieniędzy. Umiał on poróżnić ze sobą tych i owych a potem godził ich i kazał oblewać wódką. W karty grywano do północy i dłużej”. Załamywał ręce. Ale że był bitny, dmuchać w kaszę sobie nie pozwalał.

I Liceum Ogólnokształcące w Tarnowie
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl
Gadowski, jako że grosza mu ciągle brakowało, dorabiał korepetycjami z polskiego. Czasem załapał się na darmowy obiad do sąsiadującego z gimnazjum seminarium.
Maturę zdał bez problemu. Przyszło do wyboru dalszej drogi życiowej.
Na horyzoncie pojawiała się wizja kariery naukowej. Bo swojego boku widział go prof. Stanisław Tarnowski, wybitny polonista, który wziął pod skrzydła kolegę klasowego Gadowskiego – Edwarda Porębowicza, późniejszego profesora, wybitnego romanistę, poetę i tłumacza.
Miał też przyobiecaną pomoc materialną na studiach ze strony pewnej panny z majętnego domu. Był jednak jeden warunek. Przed wyjazdem na studia… musiał się jej oświadczyć.
„To jednak nie mąciło mi spokoju w duszy. Byłem od dawna zdecydowany wstąpić na teologię, by jako ksiądz łatwo zbawić swoją duszę i więcej przyczynić się do podniesienia ludu niż w innych zawodach” – wspominał po latach.
Latem 1880 roku zastukał do furty seminaryjnej. Jeszcze wtedy nie widział się jako katecheta. Chciał po prostu pracować spokojnie na parafii.
Życie seminaryjne było pod wieloma względami bardzo wymagające. Wszystkie zajęcia i egzaminy odbywały się po łacinie. Warunki bytowe też nie były jednak najlepsze. Prosty przykład. Gdy w krótkim odstępie czasu zmarło nagle trzech kleryków i jeden prefekt, biskup Józef Alojzy Pukalski wyrzucił precz restauratora, który miał w pieczy kuchnię seminaryjną.
Wielu kleryków chorowało. Na zdrowiu podupadł także alumn Walenty Gadowski. Miał problemy z płucami. Od lekarza, którym był doktor Metzger, nie dowiedział się jednak, co mu konkretnie dolega. On chyba też sam nie wiedział, skoro w desperacji wysłał Gadowskiego na wakacje o miesiąc wcześniej a egzaminy kazał zdawać jesienią. O ile w ogóle dożyje.

Seminarium w Tarnowie
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl
Zaordynował mu picie wody źródlanej z Żegiestowa i zażywanie kąpieli słonecznych. Oczywiście, nie zalecał też wysiłku fizycznego.
Tymczasem z pomocą pośpieszyli współbratu koledzy z gór. Bo warto pamiętać, że do 1787 roku całe Podhale i dalej, aż po Suchą Beskidzką, przynależało do diecezji tarnowskiej. Gadowski trafił do Miętusowa koło Czarnego Dunajca. Później przeniósł się do Wojciecha Tylki, który mieszkał w Bystrem. Był rok 1881.
Gadowski zafascynował się Tatrami od pierwszego wejrzenia. Ujmowało go wszystko. Od gościnności gospodarzy, poprzez gwarę, którą się posługiwali. A nade wszystko piękno krajobrazu.
O wyprawach w góry mowy nie było. Powód? Osłabienie. Musiały wystarczyć spacery po Dolinie Chochołowskiej czy Kuźnicach.
Ale pobyt w górach okazał się na tyle zbawienny, że Gadowski spokojnie dotrwał do święceń. Tych udzielił mu bp Józef Alojzy Pukalski 15 lipca 1884 roku w katedrze tarnowskiej.
Dwa tygodnie po prymicjach ks. Walenty Gadowski trafił na swoją pierwszą parafię – do Pilzna. Prowadził żywot typowego wikarego. Msze, nabożeństwa, konfesjonał, nauka religii. Odbierał przy okazji kolejne lekcje życia, które niejednokrotnie były dlań zaskoczeniem.
Na przykład zebrał burę za to, że przy odczytywaniu zapowiedzi zapominał dodawać przed nazwiskiem szlachetniej urodzonego przymiotnika: sławetny.
Z kolei po wygłoszeniu kazania o nieśmiertelności duszy przy dworskim obiedzie usłyszał od jednej szlachcianki, że mówił po próżnicy, gdyż chłop nie ma duszy.
W Pilźnie pracował rok. Miasto opuszczał dość mocno zadłużony, przede wszystkim u miejscowych restauratorów. To był efekt jego nadmiernej gościnności wobec innych księży, którzy przyjeżdżali do Pilzna.

Seminarium w Tarnowie
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl
Trafił do Nowego Sącza, do parafii liczącej 10 tysięcy dusz. A w farze było ledwie trzech księży. Jeszcze dobrze nie zaaklimatyzował się w nowym środowisku, jak otrzymał dekret mianujący go wikarym katedralnym. Do Tarnowa przyjechał w kwietniu 1886 roku. Uczy religii w kilku tarnowskich szkołach. Musiał cieszyć się dużym zaufaniem nowego ordynariusza tarnowskiego – biskupa Ignacego Łobosa, który mianował go dość szybko wykładowcą katechetyki w seminarium. Ksiądz Gadowski miał wtedy ledwie 26 lat. W 1888 roku jest już wicerektorem uczelni dla kleryków.
Kariera kościelna i akademicka to jednak inna, acz równie ważna ścieżka w jego życiu. Bo po kilku latach od pamiętnych wakacji w okolicach Zakopanego, ksiądz Gadowski wraca ponownie w Tatry. Od 1890 roku aż do śmieci jeździ tam niemal w każde wakacje.
Okolice Wysokich Tatr szczególnie pociągały wyobraźnię Walentego Gadowskiego. Tym bardziej, że były to na wielkich połaciach tereny dziewicze, które znane były jedynie miejscowym, udającym się tam z inwentarzem na wypas.
Z węgierskich szczytów imponował zwalisty łańcuch turni, zwany Tatrami Polskimi. Nie znano ich bliżej, tak dalece, że nawet na wojskowych mapach nie zaznaczano ich wygięcia., mieszczącego w sobie Dolinę Buczynową. Przewodnicy polscy mówili, że tam tylko raubszyce zapędzają się za kozicami. Postanowiłem zbadać tę partię Tatr. Za punkty wyjścia służyły mi z Bukowiny: obszerna Polana Rusinowa przy Gęsiej Szyi lub schronisko przy Pięciu Stawach Polskich. Zapragnąłem udostępnić ten szlak dla wszystkich
Swoim pomysłem zaraził między innymi profesora Franciszka Nowickiego.
Nowicki, Krakowianin, urodzony w 1864 roku, był synem profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, współtwórcy Towarzystwa Tatrzańskiego. Z przekonań politycznych socjaldemokrata, całkiem niezły poeta, przyjaciel Kazimierza Przerwy-Tetmajera.
Z pasji – taternik i miłośnik Beskidów. Aż 50 razy wspinał się na Babią Górę. W tatrzańskim paśmie Buczynowych Turni jego imieniem nazwano jedną z przełęczy. Zmarł w 1954 roku w Zawoi.
To on od 1901 roku stukał i pukał do biur Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego z supliką, by wytyczyć szlak późniejszej Orlej Perci. Pierwszy list wystosował 5 stycznia 1901 roku.
Obliczył, że cała inwestycja kosztowałaby 6000 koron. Ale w kosztorysie uwzględniono także budowę dwóch schronisk.

Franciszek Nowicki
Wikipedia
Dwuletnie starania spełzły na niczym.
Wspomagał go w tych działaniach także Antoni Panek, z którym ks. Walenty Gadowski, jako pierwszy w dziejach, zdobył w lecie 1902 roku Wielką Buczynową Turnię.
Hasło „Orla Perć” zaczynało nabierać coraz bardziej realnych kształtów.
Pierwotna Orla Perć miała przebiegać według trasy, którą wcześniej zaproponował Franciszek Nowicki. Proponował on wytyczenie szlaku graniowego od Wodogrzmotów Mickiewicza, przez Wołoszyn, Kozi Wierch, Świnicę, Czerwone Wierchy do Doliny Kościeliskiej.
Cały szlak przebiegałby na wysokości ponad 2000 metrów. Wśród skał, przepaści, stromych podejść, wąskich ścieżek, z których część trzeba było własnym sumptem stworzyć. Ze wstępnych wyliczeń wynikało, że po drodze trzeba będzie ustawić 40 klamer, 250 łańcuchów, 100 haków i siedemdziesiąt tablic z drogowskazami. Trasa miała liczyć około czterech kilometrów. To najdłuższy szlak w Tatrach Wysokich, prowadzący w większości wschodniej grani Świnicy.

Orla Perć
Wikipedia
„Udałem się do Towarzystwa Tatrzańskiego o pomoc. Wymówiono się znacznymi kosztami. Rozpocząłem roboty w nadziei, że PTT chociaż częściowo mnie poprze. Jakoż nie zawiodłem się w oczekiwaniu, a odwdzięczyłem się Tatrom za zdrowie, jakie mi dały. Tak powstała Orla Perć”.
Swój pomysł Gadowski skalkulował na 1000 koron. Uboższy jednak o schroniska i w wersji mocno zmodyfikowanej w stosunku do tej, którą proponował Nowicki.
Towarzystwo Tatrzańskie dało się uprosić na kwotę 1500 koron. Ale zastrzegło sobie wypłatę w trzech transzach, w zależności od postępu prac.
Do współpracy w wytyczaniu Orlej Perci ks. Walenty Gadowski dobierał sobie wielu pomagierów. Dwóch było przy nim najdłużej. To Jakub Gąsienica-Wawrytko i Klimek Bachleda.
Reszta to przygodnie zmawiani juhasi.
Jakub Gąsienica Wawrytko, zwany także Krzeptowskim w chwili wytyczania szlaku był mężczyzną, który niewiele wcześniej przekroczył czterdziestkę. Pochodził z Zakopanego. Od 1901 roku był przewodnikiem tatrzańskim. Praca z ks. Gadowskim i Orla Perć była jego pierwszym wielkim wyzwaniem. Wawrtyko był jednym z najbardziej cenionych górskich przewodników i ratowników.

Grób Jakuba Gąsienicy-Wawrytki w Zakopanem
Wikipedia
Brał udział w pierwszej akcji ratunkowej w Tatrach, gdy pomocy wymagał wielki kompozytor i dyrygent Mieczysław Karłowicz, przysypany lawiną u stóp Małego Kościelca.
Przyjaźnił się ze Stefanem Żeromskim. W 1919 roku ciężko pochorował się na nogi. Przestał chodzić w góry. W 1925 roku otrzymał od Francuzów – jako pierwszy Polak – medal dla ratowników górskich.
Dożył bardzo sędziwego wieku. Zmarł w 1950 roku, licząc 88 lat. Spoczywa w Zakopanem.
Niezwykle ciekawą postacią był Klimek Bachleda. Jego życie obrosło w wiele legend. Stało się nawet motywem powieści Jalu Kurka oraz wierszy Jana Kasprowicza.
Wiadomo, że pochodził z Kościeliska. Ale data urodzenia pozostaje niewyjaśniona. Jedni twierdzą, że przyszedł na świat w 1849 roku, inni, że dwa lata później. Wychowywany był przez matkę, która go obumarła, gdy miał ledwie 12 lat.
Parał się różnych zajęć. Pracował dorywczo na Słowacji, pomagał bacom, grzebał zmarłych na skutek epidemii cholery w 1873 roku. Dorabiał kłusownictwem i ciesielstwem. Jednak najbardziej znanym był jako przewodnik górski. Zyskał nawet miano „Orła Tatr”.
Oprócz Orlej Perci wytyczył kilka innych nowych szlaków i zdobywał jako pierwszy tatrzańskie szczyty. Między innymi Staroleśny Szczyt, Ganek, Zadni Mnich czy Kozie Czuby.
Według przekazów, Klimek Bachleda był pierwszym zakopiańskim góralem, który nauczył się jeździć na nartach.
Gdy w 1909 roku powołano do życia Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, Bachleda natychmiast zaangażował się w jego działalność. Rok później w trakcie akcji ratunkowej stracił życie. Zginął pod kamienną lawiną, śpiesząc na ratunek taternikowi Stanisławowi Szulakiewiczowi.

Klimek Bachleda
Wikipedia
Ciało Bachledy odnaleziono po kilku dniach. Złożono je na zakopiańskim Nowym Cmentarzu 17 sierpnia 1910 roku. Na grobie wyryto napis: „Poświęcił się i zginął”.
Wytyczanie Orlej Perci rozpoczęło się 16 lipca 1903 roku przy Wodogrzmotach Mickiewicza. W miejscu, gdzie odchodzi szlak w kierunku Topolowej Cyrhli, Gadowski kazał przybić tabliczkę: „Orla Perć”. Franciszek Nowicki wzniósł toast i wyprawa ruszyła w kierunku Polany Pod Wołoszynem.
Oddajmy głos Walentemu Gadowskiemu.
„Wygonem bydła wyszedłem na grzbiet ramienia południowo-wschodniego. Sprawdziłem, że przejście główną granicą na sam szczyt Dziada jest całkiem wygodne, ale nie przedstawia nic interesującego, więc poprowadziłem ścieżkę w przekątni zboczem południowym ku Karbikowi i dalej granicą na Garb Zadni.
Turnie grani są przepaściste ze strony Roztoki, ale dają się przebyć górą lub obejść od strony Doliny Waksmundzkiej. Jest tu wyborna szkoła taternictwa dla początkujących., bo daje poznać kominki, pazdury, zachodziki a nawet koniki.
Aż do Orlej Baszty włącznie prowadziłem roboty z pomocą górali zwyczajnych z Bukowiny lub z Jurgowa, bo do Przełęczy Franciszka Nowickiego nie trzeba było wkuwać żadnych żelaz. Dalsza część Orlej Perci wymagała roboty fachowego kamieniarza. Zgodziłem przeto Jakuba Wawrytkę z Zakopanego i na skład materiałów obrałem Halę Gąsienicową”.

Orla Perć
Wikipedia
Pierwszy szlak Orlej Perci od Polany pod Wołoszynem – przez Wołoszyn – na przełęcz Krzyżne wytyczono w ciągu trzech dni. Pracowało sześciu górali i tragarz Józef Budz. Na Krzyżnem prace wstrzymano.
Budowniczowie powrócili tam 10 sierpnia. Walenty Gadowski, Antoni Panek, Franciszek Zbyszycki tragarz Józef Budzi i kilku innych górali jeszcze tego samego dnia dotarli na Wielką Buczynową Turnię. Nazajutrz byli już przy Przełęczy Nowickiego, nazwanej tak na cześć taternika przez Gadowskiego w 1902 roku.
Na Małej Buczynowej Turni Gadowski był jako pierwszy w 1901 roku. Towarzyszyli mu wówczas tragarz Jędrzej Para i dwie inne osoby. Prace przy Przełęczy Nowickiego zakończono 11 sierpnia.
Nazajutrz dokonano pierwszego w historii przejścia między Przełęczą Nowickiego a Pościelą Jasińskiego. Montowano stalowe ułatwienia i budowano ścieżki. Zajmowali się tym Jakub i Józef Wawrytkowie. Oni też zamontowali w tym rejonie klamry a pod Granacką Przełęczą i Wielką Orlą Turniczką postawili drabinki.
Jedna z tych drabinek – zamontowana 11 lipca 1904 roku na Zamarłej Turni – powstała w Tarnowie. Wykonał ją Alfred Lenczewski, który swój zakład miał przy ul. Panny Marii, nieopodal placu targowego Burek i drewnianego kościółka Matki Bożej Szkaplerznej.

Ks. Walenty Gadowski
Archiwum
Drabina służyła turystom przez prawie 120 lat. Została zdemontowana w 2023 roku.
Lenczewski wykonywał też haki, klamry i poręcze. Za wszystko płacił ks. Walenty Gadowski.
Równolegle Gadowski znakował szlaki w rejonie. Znakowanie szlaków tatrzańskich było względnie młodym obyczajem. Wcześniej zdawano na się na nos i praktykę miejscowych. Pierwsze oznaczenia szlaków pojawiły się pod koniec XIX wieku za sprawą zmarłego w 1905 roku Walerego Eliasza Radzikowskiego. Ten jako pierwszy oznaczył trasę z Jaszczurówki, przez Wodogrzmoty Mickiewicza, do Starej Roztoki.
Istną drogę przez mękę przechodził ks. Wincenty Gadowski z miejscowymi. I nie chodzi tylko o urzędników. Już sama nazwa – Orla Perć – im się nie spodobała. „Kozia Perć” – proponowali. Albo po prostu „Perć”, czyli w gwarze: ścieżka.
Problemem zawsze były kwestie finansowe. Górale „bez dutków” pracować nie chcieli. I nie przekonywało ich nawet to, że sami dla siebie będą z tych szlaków korzystać.
Kombinowali co niemiara. A to, że przejścia za wąskie i końmi ze sprzętem dojechać nie sposób. Gdy sam od siebie załatwił darmowe sadzonki, którymi można byłoby obsiać nieużyteczną łąkę, postawili się, że nic im po tym, „bo nie dożyją korzyści z tego lasu”.
A Józef Gudz, który montował klamry w okolicach Wielkiej Orlej Turniczki w pewnym momencie rzucił narzędziem i powiedział, że dalej nie robi, bo od wysokości „we łbie mu się mąci”.
Posądzano nawet Gadowskiego o niecne czyny. Bo w głowie się nie mieściło, że mógł on do interesu dokładać się z własnych pieniędzy.
Razy pewnego najął tragarza, który podczas wędrówki w okolice Doliny Pięciu Stawów wypalił znienacka:
- A bo się przyznajcie - zaczął.
- Do czego mam się przyznać – zapytał Gadowski
- Do tego, co mówią wszyscy górale. Żeście odkopali gdzieś pieniądze Janosikowe, ale że wam przy tym powiedziało, że jak nie będziecie za to robił perci w Tatrach, to wam łeb urwie - stwierdził.
Po wytrasowaniu Orlej Perci ks. Gadowski nie podejmował już aż tak śmiałych prób w górach. Owszem, odwiedzał Tatry co roku, brał tu na wycieczki kleryków. Zafascynował się Pieninami. Ale bardziej absorbowała go praca naukowa i duszpasterska. Pisał, był wziętym rekolekcjonistą.

Grób ks. Walentego Gadowskiego na cmentarzu w Bochni
Archiwum
Ostatnie lata spędził jako katecheta w Bochni. Cztery lata przed śmiercią po raz ostatni przeszedł się Orlą Percią. Był na Zawracie. Pod rękę na górę wprowadzili go towarzyszący mu klerycy.
Umarł 14 maja 1956 roku. Spoczął na bocheńskim cmentarzu. A choć ma swoje pamiątkowe tablice w mieście czy u stóp kolejki na Kasprowy Wierch, a rok 2026 odtrąbiony jest przez miejscowe PTTK jako „Rok Gadowskiego”, jego grób przedstawia opłakany stan. Kompletnie zapomniany popada w ruinę.
Do dziś Orla Perć ma opinię najtrudniejszego szlaku w Tatrach Wysokich. Od momentu otwarcia szlaku zginęło na nim około setki taterników. Najwięcej w okolicach Zawratu.
Dojść na nią można od strony Kasprowego Wierchu czy Świnicy albo z Doliny Pięciu Stawów. Przejście całego szlaku zajmuje nawet osiem godzin. Są jednak śmiałkowie chętni do bicia rekordów. Czempionem jest tu Filip Babicz z Zakopanego, który trasę między Zawratem a Krzyżnem przebiegł w godzinę i 4 minuty.
Tym niemniej zdobywanie Orlej Perci odradza się niedzielnym taternikom oraz osobom z lękiem wysokości.
Jest co prawda adrenalina i zapierające dech w piersiach widoki. Problem jednak w tym, że góry nigdy nie lubiły kozaczenia.
Źródło: LoveKraków.pl