RAK
    „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino”. Jak Norbert Lippóczy przez lata w Tarnowie

    „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino”. Jak Norbert Lippóczy przez lata w Tarnowie

    1793 odsłon
    „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino”. Jak Norbert Lippóczy przez lata w Tarnowie

    Norbert Lippóczy – Węgier z pochodzenia, Polak i Tarnowianin z wyboru. Bratanek w każdym calu . Patriota, człowiek renesansu. Także ten, przed którym winorośl nie miała tajemnic. I który cenił i sam robił, wyłącznie dobre wino. A jak mawiają: „In vino veritas” – „W winie prawda”. Przed erą Lippócz

    Norbert Lippóczy

    Archiwum Tarnowskiego Towarzystwa Przyjaciół Węgier

    Tarnów ma opinię „najbardziej węgierskiego miasta w Polsce”. Ostatnio również „zagłębia winiarskiego”. Te dwa przymioty łączyła przez lata jedna osoba – Norbert Lippóczy.

    Norbert Lippóczy – Węgier z pochodzenia, Polak i Tarnowianin z wyboru. Bratanek w każdym calu. Patriota, człowiek renesansu. Także ten, przed którym winorośl nie miała tajemnic. I który cenił i sam robił, wyłącznie dobre wino.

    A jak mawiają: „In vino veritas” – „W winie prawda”.

    Przed erą Lippóczy’ego w Tarnowie też lubili wino

    Wielkim miłośnikiem „węgrzyna”, jak w staropolszczyźnie nazywano węgierski produkt z suszonych winogron, czyli tokaj, był najwybitniejszy wódz epoki ostatnich Jagiellonów, hetman Jan Tarnowski. Dość powiedzieć, że podczas wyprawy na Węgry w celu uwolnienia z niewoli swego krewniaka Hieronima Łaskiego w 1534 roku, podczas rokowań, wypito… sto sześć beczek wina, co skwapliwie odnotował jeden ze współczesnych węgierskich kronikarzy.

    Miłość do wina Tarnowski srodze przypłacił. Nabawił się bowiem dokuczliwej podagry, która była jedną z przyczyn jego zgonu w 1561 roku.

    Gdy patrzymy na unikatową w skali kraju galerię portretu sarmackiego zgromadzoną w Muzeum Ziemi Tarnowskiej a także kolekcję szkła, widać, że zamiłowanie do boskiego napoju nie było obce i jego epigonom.

    Winiarskie ambicje enologiczne zdradzał także ród Sanguszków – ostatnich właścicieli Tarnowa. Nieopodal pałacu w Gumniskach posiadali własne winnice.

    A i ostatnimi czasy narodziło się pojęcie Tarnowa jako zagłębia winiarskiego. „Polskiej Toskanii”, mówiąc wzniośle. Do niemal bon tonu należy posiadanie przydomowej winnicy i piwniczki, gdy mieszka się choćby w rejonie Pogórza Ciężkowickiego.

    Winnica w okolicach Tarnowa

    Winnica w okolicach Tarnowa

    Archiwum

    Nawet teraz, w połowie lipca, na głównym deptaku miasta, w cieniu pomnika króla Władysława Łokietka, swoim winiarskim kunsztem popisują się okoliczni producenci tego trunku. Niedługo kolejne targi, konkursy, degustacje czy prezentacje.

    Jednak bez względu na wszystko, historia tarnowskiego winiarstwa kojarzy się nieodmiennie z osobą Norberta Lippóczyego, Madziara z dziada pradziada, o którym w Tarnowie mówią: „Nasz”.

    Trudno bowiem sądzić inaczej o człowieku, który 67 lat swojego 94-letniego życia związał z tym miastem. Wpierw było to uczucie biznesowe, które przerodziło się w odwzajemnioną miłość.

    Elegancja w łagrze

    Kiedy patrzymy na zachowane zdjęcia Norberta Lippóczy’ego widzimy przede wszystkim arbitra elegancji. Spogląda na nas dystyngowany mężczyzna w sile wieku, siedzący w głębokim fotelu, w nienagannie skrojonym garniturze, w koszuli z wiązaną muchą. Otoczony książkami.

    Herb szlachecki rodziny Lippóczych

    Herb szlachecki rodziny Lippóczych

    Muzeum Rolnictwa w Budapeszcie

    Zresztą do ubioru Lippóczy przywiązywał dość dużą wagę. Gdy w jednym z syberyjskich obozów doszedł do funkcji zastępcy dyrektora fabryki odzieży, z dumą nosił uszyty dlań garnitur. Nawet po latach pamiętał, że był z polskiej wełny.

    I drugi przykład. Po trzynastu latach tułaczki i łagru, jesienią 1953 roku, wraca z Rosji do Polski. Z wielkimi przeszkodami, bo jako Węgier nie podlegał ustawie repatriacyjnej. Ta obejmowała tylko Polaków.

    Determinacja żony spowodowała, że wreszcie udało się załatwić dla niego paszport konsularny. Pan Norbert mógł wrócić do Tarnowa. Zobaczyć wreszcie jedynego syna, którego pamiętał jako małego szkraba. A wyrósł mu już młodzieniec, który był już po maturze.

    Tuż przed wyjazdem z Moskwy do Warszawy musi wydać wszystkie ruble, które ma przy sobie. Co do kopiejki. Zdążył już zwiedzić Galerię Trietiakowską, był na przedstawieniu w cyrku. Kupił zegarki i lupę, która potem służyła mu przez wiele lat do studiowania detali ekslibrisów.

    Perfumy żonie też już kupił. Wyjątkowo niedopasowane. Mocne, drażniące, zatykające nos. Małżonka uśmiechnęła się, gdy je dostała. Ale ewidentnie się nie cieszyła.

    Ale i tak zostało mu do wydania kilkanaście tysięcy rubli. Postanawia się ubrać jak należy. I oto człowiek, który przez kilkanaście lat zakładał kufajkę i niedopasowane buty, stojąc w magazynie okiem konesera taksuje podawaną mu odzież.

    Najpierw, oczywiście, garnitur.

    Fragment okładki ze wspomnień Norberta Lippóczy'ego

    Fragment okładki ze wspomnień Norberta Lippóczy'ego

    Archiwum

    „Ucieszyłem, gdy zauważyłem, że uszyto go z wełny budapeszteńskiej. W innym dziale kupiłem palto zimowe w kolorze ciemnogranatowym. Wierzch był znakomity. Dzisiaj, to jest po trzydziestu pięciu latach wygląda jak nowe, choć od czasu do czasu je noszę” – pisał w „Zapiskach z gułagu”, wydanych drukiem w 1988 roku.

    A za resztę na granicy kupił konserwy. Te ucieszyły żonę – szczególnie, że były wśród nich krewetki.

    Byłby perfekcyjnie sparowany – jak mawiają enolodzy – z kieliszkiem dobrego wina w dłoni.

    Ale może nie z tokajem, którym były wypełnione jego piwniczki. Ale rieslingiem. Bo to był ulubiony szczep naszego bohatera. Nieważne, czy wino byłoby wytrawne czy półsłodkie. A może nawet musujące. Riesling i tyle. Ponoć Lippóczy miał zawsze odłożone dla swoich przyjaciół kilkaset butelek tego trunku.

    Nauczyciel dobrych manier

    Był odchodzącym w niepamięć przykładem kindersztuby. Paweł Topolski, znany tarnowski fotograf i reporter, przytacza jedną historię. W latach 80.minionego wieku, jako uczeń technikum, jeździł na Węgry, zgłębiać tajniki handlu zagranicznego w praktyce. Jak wielu naszych rodaków.

    Z Polski wiózł szachy "od Węgla" czy kryształy "od Fistka", z Węgier przywoził dobra spożywcze, niedostępne dla zwykłego śmiertelnika w PRL i słynne czapeczki z kangurem.

    Paweł Topolski

    Paweł Topolski

    Łukasz Winczura/LoveKraków.pl

    Podczas jednej z wypraw zapoznał dziewczynę, z którą wymienił się adresami. Pewnego dnia znalazł w skrzynce list. Radość trwała krótko, bo pismo było w języku węgierskim. Za radą znajomych odwiedził Norberta Lippóczy’ego w jego mieszkaniu, które mieściło się w kamienicy przy ul. Mickiewicza, dokładnie naprzeciw teatru.

    – Gdy wszedłem, byłem oszołomiony. Jak gdybym cofnął się w czasie. Piękne, stare meble, książki, porcelana. Pan Norbert bardzo uprzejmie mnie przyjął. List oczywiście przetłumaczył. Ale to nie koniec. Gdzieś po tygodniu zadzwonił i powiedział mi: „Panie Pawle. Wypadałoby tej pannie odpisać, bo na pewno czeka. Nie róbmy jej przykrości. Zapraszam do siebie”. Poszedłem. Podyktowałem list po polsku, on przetłumaczył na węgierski. Polecał się na przyszłość – wspomina dziennikarz.

    Nie miał wyjścia, musiał być winiarzem…

    Norbert Lippóczy przyszedł na świat w marcu 1902 roku. Urodził się w północno-wschodnich Węgrzech, w wiosce Tallya. Wsi znanej z tego, że na jednym z placów postawiono drewniany totem, wskazujący na to, że mieścina leży w samym sercu Europy.

    Tallyę zamieszkuje dziś niewiele ponad półtora tysiąca osób.

    Okolice Talliyi

    Okolice Talliyi

    tallya.kornyeke.hu

    Sioło jest znane z winnic, które porastają okoliczne wzgórza. Te Lippóczych były na tyle słynne, że przyjeżdżali je oglądać nawet z Tarnowa. Wino ich produkcji krążyło we krwi wielu zacnych mieszczan i duchowieństwa. Dwakroć na początku wieki na Węgry pofatygował się przewielebny ksiądz infułat Józef Bąba, rektor seminarium. Ten sam, który przeszedł do historii jako założyciel pierwszego w Polsce muzeum diecezjalnego.

    Z dokumentów wiadomo, że rodzina miała korzenie szlacheckie, zapuszczone od 1556 roku. Od szesnastego stulecia zajmowali się też produkcją wina.

    W ścianę domu rodzinnego, tuż przy najstarszej przydomowej winnicy, znajduje się dwujęzyczna tablica poświęcona Norbertowi Lippóczy’emu. Ufundował ją Tarnów.

    Norbert Lippóczy dorastał z pięcioma siostrami i młodszym bratem. Na kontynuowanie tradycji winiarskich był skazany. Po maturze rodzice skierowali go na studia rolnicze do Debreczyna. Tam zdobył dyplom inżyniera. Później czas jakiś bawił na praktykach w Finlandii.

    Gdy wino zaczęło parować się z Tarnowem

    Do Tarnowa Norbert Lippóczy przybywa ze swoim ojcem – również Norbertem – w 1929 roku. Nie jest to jednak dla nich ziemia nieznana. Historycy miasta wytropili bowiem, że już w 1768 roku pradziad naszych bohaterów wystawiał mieszczanom faktury za wino.

    Ale rozpad CK Monarchii i I wojna światowa znacząco rozluźniły winiarskie związki Tarnowa z Węgrami. W renesansie kontaktów z miastem Bema pomogła… klęska urodzaju z 1928 roku.

    Madziarowie, by szukać rynków zbytu, postanowili odświeżyć kontakty z Polską. Objeżdżali dawnych odbiorców.

    Reklamy robić sobie nie musieli. Renoma, podobnie jak dobre wino, nigdy się nie starzeje. I wkrótce z południa zaczęły płynąć do Polski szeroką strugą transporty beczek wypełnionych winem.

    Biznes hulał w najlepsze. Ale częste transporty były zbyt ryzykowne i kosztowne. Stąd pojawił się pomysł otwarcia składu z prawdziwego zdarzenia.

    Plac Kazimierza w Tarnowie. Pocztówka z 1918 roku

    Plac Kazimierza w Tarnowie. Pocztówka z 1918 roku

    Archiwum

    Padło na Tarnów. Bynajmniej nie z sentymentu, ale z czystej kalkulacji biznesowej. Miasto wówczas bardzo dobrze się rozwijało. Cywilizacyjnie stało na bardzo wysokim poziomie. Było zelektryfikowane, do mieszkańcy mieli w domu gaz i ciepłą wodę. A po głównych ulicach miasta jeździł tramwaj.

    Ze światem łączyła je linia kolejowa w kierunku Krakowa i Lwowa a na południe do Nowego Sącza. A do rodowych siedzib Lippóczych było raptem 262 kilometry.

    Miejsce na skład wybrano przednie. Kamienicę przy dzisiejszym placu Kazimierza, na skrzyżowaniu z ul. Katedralną. W jej podziemiach wcześniej trzymano narzędzia rolnicze. Piwnice opróżniono ze złomu i przystosowano pod nowe przeznaczenie. Magazyny mogły pomieścić 300 hektolitrów wina.

    Biuro firmy mieściło się po sąsiedzku, w dawnej kamienicy burmistrza Tadeusza Tertila, którą zarządzała Amelia Tertil – wdowa po tym niezwykle zasłużonym dla miasta obywatelu.

    Przełom czerwca i lipca 1929 roku był jednym z najbardziej węgierskich dni w historii Tarnowa. Ostatniego dnia czerwca, przy dźwiękach „Warszawianki” i w obecności wielkiej rzeszy notabli oraz gapiów, w Parku Strzeleckim, złożono prochy generała Józefa Bema, które sprowadzono z Aleppo.

    Sprowadzenie prochów gen. Józefa Bema do Tarnowa

    Sprowadzenie prochów gen. Józefa Bema do Tarnowa

    Narodowe Archiwum Cyfrowe

    Trzy dni po tym wydarzeniu, uroczyście otwarto „Główny Skład Win Mszalnych Norberta Lippóczy’ego”. Tak stało na szyldzie. Jednak do czasu otrzymania koncesji, a przede wszystkim polskiego paszportu, w imieniu prawowitego właściciela interesem zarządzał zaufany pracownik i przyjaciel rodziny Jan Szpara.

    Gdy wino w Tarnowie zaczęło smakować

    Madziar dość szybko wykosił konkurencję, szczególnie tę starozakonną. Po pierwsze, nie musiał korzystać z usług pośredników, po wtóre, miał już wyrobioną renomę i nie kantował. Po trzecie, wreszcie, stać go było na podyktowanie cen, które kładły konkurencję na łopatki.

    Lippóczy’ego początkowo nie interesowała drobnica. Czasem, ale tylko w przypływie dobrego humoru, sprzedawał czasem wino z beczki. Dopiero po kilku latach sprowadził z Wiednia maszynę i sprzęt do butelkowania. Ale od detalu raczej stronił.

    Siedziba składu win Lippóczych. Stan obecny

    Siedziba składu win Lippóczych. Stan obecny

    Łukasz Winczura/LoveKraków.pl

    Piwnice z zapasów oczyszczali na bieżąco księża. Bo specjalnością Lippóczy’ego były wina mszalne. W 1930 roku na ręce sufragana tarnowskiego biskupa Edwarda Komara i dwóch świadków złożył przysięgę, iż w składzie będzie miał tylko „wino czyste, naturalne, niezepsute, niefałszowane, wyciśnięte tylko z winnych jagód”. I że wyłącznie takie do celebrowania Mszy Świętej sprzedawał będzie.

    Całkowicie zmonopolizował przynajmniej trzy polskie diecezje: tarnowską, sandomierską i leżącą na północy kraju pelplińską.

    Resztę zapasów wykupywały firmy i właściciele ziemscy.

    Gdy wino w Tarnowie miało słodko-kwaśny smak

    Wkrótce nie tylko biznes połączył Lippóczy’ego z Tarnowem. Zapoznał bowiem pochodzącą z Cieszyna pannę Kornelię Wojnarówną, polonistkę, absolwentkę Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kobietę o szerokich horyzontach. Dość powiedzieć, że pierwszą w Polsce kobietę, która uzyskała doktorat z nauk humanistycznych.

    W 1933 roku prowadzi ją przed główny ołtarz tarnowskiej katedry. W tym samym roku przychodzi na świat ich jedyny syn – Piotr. Latorośl nie poszła jednak w ślady ojca. Piotr Lippóczy został bowiem prawnikiem.

    Karolina i Norbert Lippóczy żyli ze sobą na dobre i złe przez 63 lata.

    Tarnowskie eldorado finansowo-biznesowe Norberta Lippóczyego przerwał wybuch II wojny światowej.

    Tarnów w latach wojny

    Tarnów w latach wojny

    Archiwum

    Jeszcze 15 sierpnia 1939 roku leciał samolotem z Krakowa do Budapesztu, by załatwić zgodę na wywóz do Polski dwóch wagonów wina z Tallya. Do Tarnowa wrócił, pociągiem przez Lwów, 28 sierpnia. Tu zastał go wybuch wojny. 

    Piątego września opuszczają Tarnów. Kierują się, jak większość uciekinierów, na wschód. Biznesem na czas nieobecności miał opiekować się wspomniany Jan Szpara do spółki z krewniakiem. Na Kresach zastaje ich wiadomość o napaści sowieckiej na Polskę. Postanawiają wracać.

    W czasie przekraczania granicy na Lubelszczyźnie rodzina zostaje aresztowany pod zarzutem próby nielegalnego jej przekroczenia granicy. Tłumaczenia na nic się nie zdają. Norbert Lippóczy zostaje aresztowany. Szczęściem jego żona i syn mogą wrócić do Tarnowa.

    I tak zaczyna się czternastoletnia tułaczka Norberta Lippóczy’ego po sowieckich więzieniach i łagrach. Najpierw było więzienie w Dniepropietrowsku, później obóz pracy pod Kujbyszewem i budowanie tamy na Wołdze. Kolejne przystanki to Charków i Workuta.

    Koniec wojny nie oznaczał jednak końca dla niego końca tułaczki.

    Gdy Tarnów miał smak „jabcoka”

    Słodko-gorzki smak towarzyszył Norbertowi Lippóczy’emu, gdy po czternastu latach, w listopadzie 1953 roku, przechadzał się ponownie tarnowskimi ulicami Krakowską czy Stalina. Bo tak w tych czasach nazywała się Lwowska. Tramwaju już dawno nie było, Rynek zamieszkiwał lumpenproletariat, z firmy zostały strzępy.

    Zdjęcie wejścia do składu win Lippóczy'ego na obecnej fasadzie

    Zdjęcie wejścia do składu win Lippóczy'ego na obecnej fasadzie

    Łukasz Winczura/LoveKraków.pl

    Ale odzyskał rodzinę.

    Dawna elegancja i kultura została zamknięta w czterech ścianach domu, wśród starych mebli, książek, obrazów czy zdjęć.

    Bezrobotnym Lippóczy długo nie był. Władza ludowa postanowiła we właściwy sobie sposób wykorzystać jego kompetencje w zakresie winiarstwa, przetwórstwa owoców czy szeroko pojętej inżynierii rolniczej.

    Trafia do Zakładów Spożywczych Przemysłu Terenowego „Powin”. Tam nadzoruje produkcję octu. I pewnie przy okazji z krwawiącym sercem spogląda na linie produkcyjne „wina patykiem pisanego”. Czyli późniejszego „jabola”, wzmacnianego dla efektu poniewierania siarczanami.

    Wytrzymuje tam do 1968 roku. Przy pierwszej nadarzającej się okazji odchodzi na emeryturę. I już nikt nie może mu przeszkodzić w pielęgnowaniu kolekcjonerskich pasji, które towarzyszyły mu od młodości.

    Gdy w Tarnowie pozostały kolekcjonerskie roczniki

    Bo Norbert Lippóczy od młodości zarażony był pasją kolekcjonerską. Ta po raz pierwszy ujawniła się ona pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku. Jak już wspomnieliśmy, w ramach praktyk młody inżynier agronomii trafił do Finlandii.

    Z porozumiewaniem się pewnie nie miał kłopotów, biorąc pod uwagę fakt, że węgierski i fiński pochodzą z tej samej grupy językowej.

    Gdy już oglądnął, jak dorastają rośliny w trudnych warunkach, poznawał miejscową kulturę. Zaprzyjaźnił się z Alpo Sailo, rzeźbiarzem, fińskim romantykiem, zakochanym bez pamięci w dziejach swojego kraju, szczególnie tych najdawniejszych – legendarnych i mitycznych.

    Na pamiątkę przyjaźni Sailo wręczył na odjezdne swemu węgierskiemu gościowi bibliofilskie wydanie „Kalevali” – fińskiego eposu narodowego. I tak zaszczepił w Lippóczym pasję do zbierania wydań tego dzieła w różnych językach.

    "Kalevala" w zbiorach tarnowskiej Miejskiej Biblioteki Publicznej

    "Kalevala" w zbiorach tarnowskiej Miejskiej Biblioteki Publicznej

    Łukasz Winczura/LoveKrakó.pl

    Przez lata Norbert Lippóczy znalazł aż 55 edycji tego dzieła, W antykwariatach wyszperał tłumaczenia eposu na języki: angielski, estoński, francuski, niemiecki, rosyjski, słowacki. Rzecz jasna, także na węgierski i polski.

    Kolekcję tę przekazał nieistniejącej dziś Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Tarnowie. Stamtąd trafiła ona do Centrum Wiedzy o Tarnowie i Regionie Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Krakowskiej. Każdy może z niej skorzystać.

    W czasie licznych wycieczek, które odbywał z żoną, na Orawie poznał ks. Karola Machaya. Ten zainteresował go malarstwem na szkle. A ofiarowany przez dobrodzieja obrazek św. Anny nauczającej Matkę Bożą, zapoczątkował kolejną unikatową kolekcję. Do wybuchu wojny tych obrazków zgromadził 139. Z czasem kolekcja ta urosła do trzystu. Wszystko cudem ocalało.

    Obrazki cieszą oczy potomnych w Muzeum Diecezjalnym, które eksponuje je w specjalnej Sali. Trafiły tam one 1957 roku. Ale nie tylko polskie. Są tam bowiem malowidła powstałe w Hiszpanii, Alzacji, Syrii, Indii, Niemczech czy Austrii.

    Muzeum Diecezjalne w Tarnowie

    Muzeum Diecezjalne w Tarnowie

    Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl

    Zapał kolekcjonerski nie opuścił go nawet w latach niewoli sowieckiej. Za ciężko zarobione pieniądze kupował klasykę literatury. Zaczął też zbierać znaczki. Książki i klasery przywiózł ze sobą do kraju. Znaczki spieniężył a pieniądze dał na kształcenie syna.

    I crème de la crème kolekcji Norberta Lippóczy’ego. Ponad 25 tysięcy ekslibrisów. I tu, jak zwykle, wszystko zaczęło się od przypadku. Po powrocie z tułaczki Lippóczy zaprzyjaźnił się z Józefem Szuszkiewiczem. Był to grafik, absolwent warszawskiej ASP, uczeń Leona Wyczółkowskiego, z czasem długoletni długoletnim dyrektor tarnowskiego Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Dusza artystyczna. To dzięki Szuszkiewiczowi, między innymi, udało się po wojnie w Tarnowie reaktywować scenę teatralną.

    I razu pewnego rzeczony artysta, wiedząc o pasji bibliofilskiej Lippóczy’ego, wręczył w prezencie wykonany dlań ekslibris. I dał podwaliny pod gigantyczną kolekcję. Wspólny mianownik był jeden. Ekslibrisy musiały być związane z winiarstwem.

    Exlibris Jozefa Szuszkiewicza ofiarowany Norbertowi Lippóczy'emu

    Exlibris Jozefa Szuszkiewicza ofiarowany Norbertowi Lippóczy'emu

    Muzeum Rolnictwa w Budapeszcie

    Również ta kolekcja poszła w świat. Najpierw w formie kilkudziesięciu wystaw w Polsce i za granicą a następnie jako dar. Najwięcej dostało tarnowskie muzeum. Ale odbitki są też w budapeszteńskim Muzeum Rolnictwa, Muzeum Wina w Zielonej Górze czy Muzeum Winiarstwa im. Henryka Fukiera w Warszawie.

    Gdy wino w Tarnowie miało krwawą barwę

    Sprawdzian miłości Tarnowa i Węgier oraz Tarnowa i Lippóczy’ego nastąpił w 1956 roku, podczas powstania węgierskiego. Na wieść o rewolucji antykomunistycznej w bratanków już tydzień po wybuchu rebelii, 30 października 1956 roku, w Tarnowie zawiązał się Społeczny Komitet Pomocy Węgrom. Oddano kilkadziesiąt litrów krwi dla walczących, zbierano pieniądze, odzież, żywność.

    Lippóczy nie krył wzruszenia postawą bratanków.

    – Pragnę zapewnić was, że my, Węgrzy, nigdy nie zapomnimy, że w tych ciężkich chwilach byliście z nami – mówił ze łzami w oczach.

    Od siebie dał to, co miał najcenniejszego – swoje pieczołowicie z pasją gromadzone kolekcje. Wcale nie pozbywał się ich ze ściśniętym sercem. Bo dawał je swoim, swojej drugiej ojczyźnie z wyboru.

    Mural z fragmentem "Panoramy Siedmiogrodzkiej" i pomnik Józefa Bema

    Mural z fragmentem "Panoramy Siedmiogrodzkiej" i pomnik Józefa Bema

    Łukasz Winczura/LoveKraków.pl

    Po stłumieniu powstania komitet przekształcił się w Towarzystwo Przyjaciół Węgier, które w Tarnowie działa do dziś.

    By móc wznieść toast winem ku pamięci Bema…

    Wspominaliśmy, że otwarcie składu win Lippóczy’ego zbiegło się z uroczystością sprowadzenia do Tarnowa prochów generała Józefa Bema i złożenia ich w specjalnie wybudowanym mauzoleum w Parku Strzeleckim.

    Miał nasz bohater marzenie, by w rodzinnym mieście „Ojczulka Bema” stworzyć poświęcone mu muzeum. Ofiarował nawet pierwsze eksponaty. Litografie z podobiznami Bohatera Trzech Narodów, Ludwika Kossutha, i gen. Ludwika Dębińskiego. Do tego dorzucił stuforintowy banknot z czasów Powstania Węgierskiego 1848 roku oraz dwie serie znaczków pocztowych poświęcone bohaterom Wiosny Ludów.

    Muzeum co prawda nie powstało, ale Tarnów wzbogacił się o pomnik Bema ustawiony w 1985 roku przy ul. Wałowej. Było to dopełnienie obietnicy złożonej w 1956 roku.

    Ale Lippóczy, być może nieświadomie, zadbał o to, by postać Józefa Bema, a szczególnie jego zwycięstwo pod Sybinem odniesione 11 marca 1849 roku w czasie Wiosny Ludów, siedziało w głowie Tarnowian jak najdłużej.

    Grobowiec rodziny Lippóczych na Starym Cmentarzu w Tarnowie

    Grobowiec rodziny Lippóczych na Starym Cmentarzu w Tarnowie

    Łukasz Winczura/LoveKraków.pl

    Wszystko zaczęło się od zakupu obrazka przedstawiającego huzara. Gdy jednak przyjrzano się bliżej malunkowi, okazało się, że jest to jeden z fragmentów „Panoramy Siedmiogrodzkiej”, dzieła Jana Styki.

    Dzieło powstało na pamiątkę półwiecza zrywu 1848 roku. Ale że Styka z pomocnikami nie mógł się doczekać zapłaty, monumentalny malunek o długości 120 m i wysoki na metrów piętnaście, pociął na 60 części i wyprzedał.

    Kilkadziesiąt lat poszukiwań zaowocowało zidentyfikowaniem niespełna 40 fragmentów płótna. Dwadzieścia jeden z nich jest w posiadaniu Muzeum Ziemi Tarnowskiej. Można je oglądać w Galerii Panorama, która mieści się w budynku dworca kolejowego.

    Wiwat po wsze czasy!

    Norbert Lippóczy doczekał się docenienia dzieła swojego życia. Tak ze strony kraju, z którego pochodził, jak i miasta, z którym związał się sercem i duszą.

    Zebrana 20 lutego 1992 roku w Sali Lustrzanej Rada Miejska jednogłośnie przyznała tytuł Honorowego Obywatela Tarnowa Norbertowi Lippóczy’emu. Było to pierwsze wyróżnienie przyznane po II wojnie światowej. Zbiegło się ono z jego 90. rocznicą urodzin.

    Także prezydent jego ojczyzny odznaczył go wówczas Krzyżem Republiki Węgierskiej.

    Zmarł 24 czerwca 1996 roku. Wolą jego było być pochowanym w Tarnowie. Spoczywa na Starym Cmentarzu. W głównej alei, niedaleko wyjścia w kierunku ul. Tuchowskiej. W rodzinnym grobowcu leża także jego żona, która odeszła w 2001 roku oraz ich syn, który zmarł w rok po ojcu.

    Nagrobek Norberta Lippóczy'ego w Tarnowie

    Nagrobek Norberta Lippóczy'ego w Tarnowie

    Łukasz Winczura/LoveKraków.pl

    Gdy w 2003 roku porządkowano pamiątki po Norbercie Lippóczym, w jego mieszkaniu znaleziono woreczek, do którego dołączony był list napisany jeszcze w 1957 roku. 

    Woreczek zawierał ziemię z spod rodzinnego domu na Węgrzech oraz ich najstarszej winnicy. I ostatnią prośbę do czytającego. „W razie mojej śmieci otworzyć i działać, jak opisano. Niechaj ta garstka ziemi węgierskiej będzie ze mną w grobie”.

    List był napisany po polsku i węgiersku.

    Stało się, jak chciał.

    Nyogodjek bekeben…


    Źródło: LoveKraków.pl

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era