RAK
    Z motyką na magistrat. Dlaczego gorzowskie referendum to polityczny niewypał

    Z motyką na magistrat. Dlaczego gorzowskie referendum to polityczny niewypał

    356 odsłon
    Z motyką na magistrat. Dlaczego gorzowskie referendum to polityczny niewypał

    2026-07-13, Tym żyje Gorzów

    W Gorzowie mamy ostatnio potężne polityczne grzmoty. Niestety, to burza w szklance wody, która miastu nie przyniesie żadnego pożytku.

    Jak ujawniły lokalne media, po wakacjach ma ruszyć machina referendalna w sprawie odwołania prezydenta i radnych. Tyle że droga do tego celu jest długa, wyboista i dla większości mieszkańców niezrozumiała. Oczywiście obywatele mają pełne prawo nie tylko powoływać władze samorządowe, ale również je odwoływać – co spektakularnie pokazali mieszkańcy Krakowa. Problem w tym, czy w Gorzowie ktoś po prostu nie obudził się z ręką w nocniku?

    Popatrzmy na kalendarz, bo matematyka polityczna jest tu nieubłagana. Pod koniec wakacji inicjatorzy referendum chcą powiadomić prezydenta oraz komisarza wyborczego o swoich planach. Od tego momentu komitet będzie miał 60 dni na zebranie podpisów minimum 10 procent uprawnionych do głosowania Gorzowian – czyli niespełna 9 tysięcy osób. Dalej komisarz musi drobiazgowo prześwietlić dokumentację. Jeżeli wszystko przejdzie przez urzędnicze sito, w ciągu 30 dni wyda postanowienie o przeprowadzeniu referendum.

    CZYTAJ: Ptaki z woliery są już w bezpiecznym miejscu

    Samo głosowanie musi odbyć się w okresie od 50 do 60 dni od tej decyzji. Jeśli zsumujemy te wszystkie procedury, okaże się, że do urn pójdziemy w okolicach stycznia lub nawet lutego 2027 roku. W scenariuszu, w którym prezydent faktycznie zostaje odwołany, prawo nakazuje zorganizowanie przedterminowych wyborów w ciągu kolejnych trzech miesięcy. Biorąc pod uwagę, że mogą odbyć się dwie tury, nowego albo i starego prezydenta, bo Jacek Wójcicki będzie mógł uczestniczyć w przedterminowych wyborach, o ile będzie chciał, poznamy gdzieś na przełomie czerwca i lipca 2027 roku.

    I tutaj dochodzimy do absurdu całej sytuacji. Nowo wybrany prezydent nie dostanie przecież czystej karty i nowej, pięcioletniej kadencji. Wejdzie do gabinetu tylko po to, żeby dokończyć kadencję swojego poprzednika. W realiach naszego miasta mówimy więc o „władzy” na niespełna dwa lata.

    Wiadomo, że obecna kadencja Jacka Wójcickiego kończy się wiosną 2029 roku i limit jego startów dopiero w tym momencie dobiegnie końca. W kuluarach już teraz czuć zapach krwi – wielu potencjalnych następców aż przebiera nóżkami z niecierpliwości. Ale czy ktokolwiek z nich jest gotowy rzucić się do walki o najważniejszy gabinet w magistracie już za niecały rok? Czy może wolą spokojnie i metodycznie budować pozycję na normalny termin wyborów za trzy lata?

    Pamiętajmy, fotel prezydenta na okres przejściowy to nic innego jak polityczne narzędzie tortur znane jako zydel z kolcami. Przez kilkanaście miesięcy niewiele da się bowiem zrobić, nie sposób nawet zbudować lojalnego i stabilnego zaplecza kadrowego. Stracić można za to wszystko, łącznie z reputacją. Szczególnie w Gorzowie, gdzie codziennie mamy awantury już o wszystko. Ryzyko jest więc potężne i wątpię, by jakikolwiek poważny gracz polityczny zdecydował się na taki skok na głęboką wodę. A przynajmniej nikt, kto myśli o swojej karierze w magistracie długofalowo, a nie na chwilę, żeby tylko zapisać się w gorzowskiej encyklopedii multimedialnej.

    Jeżeli nowy włodarz miałby być jedynie „zderzakiem tymczasowym”, to spójrzmy prawdzie w oczy: przez najbliższy rok – od uruchomienia procedury referendalnej do ewentualnego finału wiosną 2027 roku – obecny prezydent będzie działał z pętlą na szyi i w totalnym zawieszeniu. Nie wiem, czy będzie mu się nawet ,,chciało'', raczej będzie zastanawiał się, czy już ma pakować manatki czy jeszcze nie. W zawieszeniu będą też urzędnicy, którzy chodząc do pracy nie będą wiedzieli, co stanie się w najbliższych miesiącach. Może nie ci na najniższych stanowiskach, ale szefowie wydziałów już tak, a wtedy raczej będzie im chodziło po głowie szukanie nowego zajęcia. Tak na wszelki wypadek.

    Jeśli urzędujący obecnie prezydent przegra referendum i zostanie odwołany, to czekają nas tak naprawdę trzy lata decyzyjnego paraliżu, bo tymczasowy prezydent nie zrobi niczego, co mogłoby wzbudzić najdrobniejszy gniew nawet najmniejszej grupy wyborców. Zwłaszcza że – jak podaje „Gazeta Lubuska” – pełnomocnik inicjatorów referendum wprost zapowiedział, iż grupa inicjatywna „zostawi pole do popisu” innym. Przekładając to z języka dyplomacji na nasz: organizatorzy chcą odwołać obecne władze, a sprzątaniem pozostawionego bałaganu niech martwi się ktoś inny. Pytanie, kto?

    Dlatego ta rzekomo obywatelska kampania przeciwko prezydentowi Wójcickiemu, który ma sporo za uszami, to fakt, wygląda jednak na partyzantkę. Inaczej sprawa ma się z radą miasta. Gdyby obecni radni nagle musieli opuścić swoje wygodne fotele w sali sesyjnej, nikt w Gorzowie nie uroniłby nad nimi ani jednej łzy. Tyle że to też iluzja – odwołanie rady nie odcina im przecież drogi do ponownego startu w przedterminowych wyborach. Karuzela po prostu zakręciłaby się jeszcze raz, prawdopodobnie z większością tych samym twarzy, bo tylko oni na obecną chwile są przygotowani do każdych wyborów. I ich rodziny w razie czego również, gdyby trzeba było zastąpić tych, co nie zdążą przenieść centrum życiowego do Gorzowa.

    CZYTAJ: Wojna o mandaty radnych w Gorzowie nabiera rozpędu

    Pamiętajmy również, że do odwołania prezydenta wystarczy frekwencja na poziomie około 18 tysięcy, ale żeby odwołać radnych potrzebnych będzie ponad 22 tysiące głosów w urnach. Oczywiście za odwołaniem wystarczy 50 procent plus jeden, ale w referendach gra zawsze toczy się o frekwencję, bo sam wynik jest z góry przewidywalny. Prawie wszyscy idący na referendum idą odwołać władzę, ci którzy są za jej pozostawieniem pozostają w domach, żeby obniżyć frekwencję mającą wpływ na ważność referendum. Dlatego w Krakowie nie zdołano odwołać radnych, bo potrzebna była wyższa frekwencja. W Gorzowie też może dojść do sytuacji, że na odwołanie prezydenta sił wystarczy, ale na radnych już nie... I co wtedy? Efekt inicjatorów referendum zostanie osiągnięty? Wyobrażacie sobie, że rządzić miastem będzie wówczas komisarz powołany przez premiera RP przy pomocy obecnej rady miasta zdominowanej przez klub radnych KO? A o tym, że nowe wybory na prezydenta wcale nie muszą odbyć się w ustawowym terminie pokazuje przykład Krakowa. I tak sobie komisarz może rządzić, rządzić i rządzić...

    Na koniec spójrzmy w portfel. Koszt tego politycznego festiwalu – najpierw referendum, a potem przyspieszonych wyborów – szacuje się na 5-6 milionów złotych. I tu pojawia się gigantyczna hipokryzja. Skoro głównym zarzutem wobec obecnej władzy jest nieprzemyślane wydatkowanie publicznych pieniędzy (m.in. na budowę kortów, wspomaganie żużla, a wcześniej próba zmiany nazwy miasta), to jak nazwać lekką ręką wyrzucenie kilku milionów ze wspólnej kasy na proces, który z dużym prawdopodobieństwem okaże się niewypałem, nawet jak zostanie chwilowo osiągnięty cel?

    Zamiast rewolucji na kolanie, Gorzów potrzebuje ewolucji z głową. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest solidne, programowe przygotowanie różnych sił do wyborów w 2029 roku. Tylko w ten sposób można realnie, a nie pokazowo, „odpartyjnić” magistrat. Do tego potrzeba jednak otwartych na różne opinie ludzi i czasu, którego przedterminowe awantury nikomu nie dadzą. Działania w trybie ad hoc rzadko przynoszą coś poza chaosem – a chaos to ostatnia rzecz, jakiej potrzebują dziś mieszkańcy Gorzowa.

    Robert Borowy

    Robert Borowy

    Z motyką na magistrat. Dlaczego gorzowskie referendum to polityczny niewypał

    Z motyką na magistrat. Dlaczego gorzowskie referendum to polityczny niewypał

    W Gorzowie mamy ostatnio potężne polityczne grzmoty. Niestety, to burza w szklance wody, która miastu nie przyniesie żadnego pożytku.

    echogorzowa.pl

    Wydawca: Metalplast-Meblopol Zofia Wiernicka Redaktor Naczelny: Robert Borowy


    Źródło: Echo Gorzowa

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?