RAK
    To była kontuzja, która właściwie kończy życie sportowca

    To była kontuzja, która właściwie kończy życie sportowca

    1743 odsłon
    To była kontuzja, która właściwie kończy życie sportowca

    2026-07-19, Rozmowy przy kawie

    Z Maciejem Lepiato, gorzowskim mistrzem paraolimpijskim, rozmawia Przemysław Dygas

    – Ma pan 38 lat i od ponad dwóch dekad rywalizuje na najwyższym poziomie. Czy myśli pan już o zakończeniu kariery, czy wciąż czuje, że może walczyć o kolejne medale?

    – Cały czas mam chęć do rywalizacji i znajduję w sobie motywację. Na pewno będę startował do igrzysk w Los Angeles. Moja forma, wyniki treningowe i rezultaty rywali pokazują, że nadal jestem w czołówce skoczków. Dlatego w tej chwili nie myślę o zakończeniu kariery.

    – Po zerwaniu ścięgna Achillesa wielu skreśliłoby swoje sportowe marzenia. Jak wygląda pana droga powrotu do rywalizacji?

    – Inni zawodnicy faktycznie mogliby się poddać. W 2019 roku zerwałem ścięgno Achillesa w nodze odbijającej. To była kontuzja, która właściwie kończy życie sportowca. Ja się jednak nie poddałem i cały czas chciałem wrócić do sportu. Przeszedłem dwie operacje. Najpierw przez rok walczyłem o powrót do zdrowia, a potem czekała mnie długa rehabilitacja. Pomagał mi klub, związek i ludzie o dobrych sercach.

    – Po kontuzji nie udało się już wrócić do wyników, które osiągał pan wcześniej. Jak bardzo ten uraz zmienił pana możliwości sportowe?

    – Tak jak wspomniałem, taka kontuzja to często koniec zmagań sportowych. Moje wyniki są gorsze, gdyż przed kontuzją skakałem 222 cm, a po niej maksymalnie 209 cm. Mimo to zdobyłem dwa medale olimpijskie i tytuł mistrza świata.

    – Sport wyczynowy to nie tylko zawody, ale także codzienna praca. Jak wygląda pana życie poza stadionem?

    – Każdy rok wygląda inaczej w zależności od tego, pod jaką imprezę mistrzowską się przygotowujemy. Od ponad dwudziestu lat nie ma mnie w domu przez około 300 dni w roku, gdyż przebywam na zgrupowaniach lub zawodach. Jeśli jestem w Gorzowie, czas spędzam z rodziną.

    – Czy sukcesy sportowe zapewniają dziś paralimpijczykom stabilność finansową?

    – Dostajemy stypendia za wyniki z danego sezonu, od jednej imprezy do kolejnej – czy to igrzysk, mistrzostw świata, czy Europy. To cykl dwuletni. Mam oczywiście wsparcie mojego klubu, czyli Startu Gorzów, oraz Urzędu Miasta w Gorzowie.

    – Start Gorzów od lat uchodzi za jeden z najlepszych klubów sportowych w Polsce. W czym tkwi jego siła?

    – Klub jest wspierany przez miasto i mamy tu bardzo dobre warunki. Są tu zawodnicy z całej Polski, którzy zdobywają złote medale. To bardzo dobrze funkcjonujący klub w skali kraju. Nigdy nie było problemów ze stypendiami, wyjazdami na zawody, ubraniami czy wyżywieniem. W czasie kontuzji zapewniano mi i innym zawodnikom rehabilitację oraz wsparcie. Są też gratyfikacje za medale.

    – Czy miał pan propozycje zmiany klubu?

    – Były takie propozycje, ale nigdy nie podejmowałem poważnych rozmów. Na pewno zostanę tu jako trener albo działacz, bo klubowi wiele zawdzięczam.

    – Mimo wielu sukcesów na arenie międzynarodowej, czy łatwo jest dziś pozyskać sponsorów?

    – Staram się cały czas o sobie przypominać i nie siedzę z założonymi rękami. Piszę maile, dzwonię, chodzę na spotkania ze sponsorami, działa też poczta pantoflowa. Ludzie mnie kojarzą i zaczepiają na ulicy, ale wciąż trudno o sponsorów. W Gorzowie – tak to sobie tłumaczę – największe środki sponsorskie idą na żużel, siatkówkę i koszykówkę. Lekkoatletyka próbuje się przebić, ale to trudne, mimo nowego stadionu. Często umowy ze sponsorami są zawierane przez związek, a zawodnicy są wtedy tylko ambasadorami.

    – Jest pan jednym z najbardziej utytułowanych i rozpoznawalnych polskich paralekkoatletów. Czy popularność i sportowe sukcesy sprawiły, że otrzymywał pan propozycje zaangażowania się w działalność polityczną?

    – Po zdobyciu złotych medali igrzysk paralimpijskich otrzymałem propozycje zaangażowania się w politykę. Uznałem jednak, że nie chcę łączyć kariery sportowej z działalnością polityczną. Po zakończeniu kariery z pewnością będę miał kilka możliwości. Ukończyłem Akademię Wychowania Fizycznego w Gorzowie, dlatego mógłbym pracować jako trener lub nauczyciel wychowania fizycznego. Nie wykluczam również działalności w klubie sportowym lub związku sportowym. Myślę, że moje wieloletnie doświadczenie zdobyte w sporcie może być cenne i dobrze wykorzystane.

    – Jakie dostrzega pan patologiczne zjawiska wśród działaczy sportowych?

    – Chciałbym powiedzieć tylko o jednej rzeczy, którą obserwujemy w wielu związkach sportowych. Uważam, że należałoby wprowadzić zasadę, że głosować mogą tylko fizycznie obecni delegaci w czasie wyborów władz danego związku. Nie powinno dochodzić do sytuacji, w której prezes dysponuje 60 pełnomocnictwami przy stu uprawnionych delegatach. Taki system ogranicza rzeczywisty wpływ pozostałych uczestników na podejmowane decyzje. Uważam, że należy otworzyć drogę młodym działaczom, w tym byłym zawodnikom, ponieważ obecne układy od lat hamują rozwój polskiego sportu.

    – Przed kontuzją z powodzeniem startował pan również w rywalizacji z pełnosprawnymi lekkoatletami. Czy uważa pan, że rekord Javiera Sotomayora wynoszący 245 cm jest jeszcze do pobicia?

    – Uważam, że jego rekord 245 cm z 1993 roku jest „zabetonowany”. Dziś wynik 230 cm często wystarcza do wygranej, więc poziom się obniżył. Sotomayor to był oczywiście genialny zawodnik. Natomiast niedawno podczas zgrupowania w Portugalii miałem okazję obserwować na treningu Jarosławę Mahuczich. To właśnie ona pobiła rekord świata Stefki Kostadinowej, skacząc 2,10 m. Jest bardzo niepozorna i na pierwszy rzut oka nie wygląda na zawodniczkę zdolną do takich wyników. Kiedy jednak rozpoczyna rozbieg i wybija się do skoku, robi to ogromne wrażenie.

    – Zwiedził pan chyba wszystkie kontynenty w czasie swojej kariery?

    – Odwiedziłem wszystkie kontynenty, choć najczęściej były to stadion, hotel i lotnisko. W dzieciństwie chciałem być stomatologiem, więc na pewno nie podróżowałbym tyle, ile teraz.

    – Dziękuję za rozmowę.

    Robert Borowy

    To była kontuzja, która właściwie kończy życie sportowca

    To była kontuzja, która właściwie kończy życie sportowca

    Z Maciejem Lepiato, gorzowskim mistrzem paraolimpijskim, rozmawia Przemysław Dygas

    echogorzowa.pl

    Wydawca: Metalplast-Meblopol Zofia Wiernicka Redaktor Naczelny: Robert Borowy


    Źródło: Echo Gorzowa

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era