
Osoba, która identyfikuje się jako alkoholik, świętuje 33 lata życia w trzeźwości. Podkreśla, że liczy się każdy dzień bez alkoholu, a jej walka o trzeźwość rozpoczęła się w 1986 roku, stabilizując się do 1993 roku.
Mam na imię…. i jestem alkoholikiem. Minął kolejny rok życia w trzeźwości. Tych lat uzbierało się już 33. W zasadzie nie ma to najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko każdy dzień przeżyty bez alkoholu.
Pierwsze podejście do rzucenia alkoholu to rok 1986. Wytrzymałem prawie rok. Taka huśtawka trwała do 1993 roku. Był 17 lipca 1993 roku. Byłem po „pięciodniówce”. Nawet już nie pamiętam, jaki okres abstynencji przerwałem. Obudziłem się i pomyślałem, jak mam żyć żeby pić, to lepiej ze sobą skończyć. Drugie wyjście, przestać pić. Myślę, że dopiero wtedy przyznałem, że jestem alkoholikiem. Wcześniej mówiłem to wielokrotnie, ale było to tylko puste słowa.
Alkoholizm to choroba. Zawsze powtarzam, że mam taki gen i z nim muszę żyć. Choroba jednego kieliszka. Jeden to za dużo, sto za mało.
W wieku 10 lat straciłem rodziców. Przed Domem Dziecka uratował mnie starszy brat (niestety już nie żyje), który został moim prawnym opiekunem. Do tego babci siostra i tak wyglądał mój dom. W tamtym czasie, oczywiście oprócz szkoły, większość dnia spędzałem na boisku. Piłka nożna to było to. Mijały lata i przyszły eksperymenty z alkoholem. Bardzo szybko mi się to spodobało. Później tłumaczyłem sobie, że piję bo wpadłem w takie towarzystwo. Prawda była jednak inna, to ja szukałem takiego towarzystwa. Skończyło się bardzo szybkim uzależnieniem. Odtrąciłem wszystkie pomocne dłonie i życie potoczyło się dalej. Picie to było życie!
Jakby kiedyś ktoś powiedział mi, że nadejdzie taki dzień, odpowiedziałbym, że prędzej polecę na księżyc. Na księżycu nie byłem i już nie będę. Jestem za to trzeźwy. Zawsze jednak pamiętam, że od „praktykujących” dzieli mnie tylko jeden kieliszek. Nie jestem wrogiem alkoholu, ma go zresztą w domu. Zawsze i wszędzie przyznaje się, że jestem alkoholikiem.
Życie z praktykującym alkoholikiem? Gehenna. Paradoksalnie alkoholik może mieć komfort picia. Wystarczy przekonać wszystkich w koło, że alkoholizm to choroba. Później rozłożyć ręce, co ode mnie chcecie, przecież jestem chory. Tylko po co? Alkoholizm to też zatracanie własnej godności. To tak z autopsji.
Nie będę dawać linków, kto chce to znajdzie na tym portalu. Jest kilka rocznicowych artykułów.
Na koniec tej spowiedzi alkoholika, trochę z przymrużeniem oka. Żona mówi do męża. Wybieraj, albo wódka albo ja! Na to mąż. A ile tej wódki miałby być?
Alkoholik
.
Źródło: Madman24.pl (Wieści z Sulęcina)