RAK
    Gm. Sawin. Mozaika milczenia i krwi. Odkrywanie zapomnianej historii Bukowy Wielkiej i nie tylko

    Gm. Sawin. Mozaika milczenia i krwi. Odkrywanie zapomnianej historii Bukowy Wielkiej i nie tylko

    2906 odsłon
    Lubelskie

    Gm. Sawin. Mozaika milczenia i krwi. Odkrywanie zapomnianej historii Bukowy Wielkiej i nie tylko

    Rafał Czyżyk

    Dzisiaj, 10:35

    Więźniowie obozu pracy w Sawinie. Rok 1942. Źródło: grupa Facebook Historie z gminy Bukowa z siedzibą w Sawinie (i nie tylko)

    Przez niewielkie wsie wokół Sawina, Bukowej Wielkiej, Krychowa czy Tomaszówki przewijały się transporty Żydów z Wiednia, Pragi, Brna i Berlina. W obozach pracowali wybitni muzycy Opery Wiedeńskiej, lekarze, nauczyciele i rzemieślnicy. Kolejne fale przesiedleń całkowicie zmieniały strukturę mieszkańców. Dzisiaj wiele z tych historii przetrwało jedynie w rodzinnych wspomnieniach, zakurzonych księgach parafialnych oraz aktach zgonu, do których przez dziesięciolecia niemal nikt nie zaglądał.

    Ich odzyskiwaniem zajmuje się mieszkanka gminy Sawin - z zawodu kadrowa, z pasji badaczka lokalnej historii. Nie jest zawodowym historykiem ani pracownikiem naukowym. Mimo to jej determinacja sprawia, że wydobywa z archiwów nazwiska ludzi, którzy przez ponad osiemdziesiąt lat pozostawali anonimowymi ofiarami wojny.

    Historia, która nigdy się nie skończyła

    Historia gminy Sawin nie jest prostą opowieścią o okupacji niemieckiej. To historia wielu nakładających się na siebie dramatów, przesiedleń i zmian, które sprawiły, że niemal każda rodzina nosi w sobie fragment większej układanki.

    Jak podkreśla pani Agata, charakterystycznym zjawiskiem dla tych terenów było nieustanne „falowanie” ludzkich losów. W ciągu zaledwie kilkunastu lat ci sami mieszkańcy oglądali, jak ich sąsiedzi znikają, a ich miejsce zajmują kolejni przybysze.

    • W jednej wsi, w przeciągu dziesięciu czy dwudziestu lat, w tych samych domach mieszkali najpierw niemieccy koloniści, potem przesiedleńcy z Wielkopolski, a następnie repatrianci z Wołynia. Każda z tych grup przywoziła własne doświadczenia, własną pamięć i własne traumy - podkreśla. Ta nieustanna wymiana ludności sprawiła, że wiele historii zostało przerwanych. Zabrakło świadków, rodzin i sąsiadów, którzy mogliby je przekazać następnym pokoleniom. W efekcie wiele wojennych wydarzeń do dziś funkcjonuje jedynie jako niedopowiedziane opowieści przekazywane półgłosem.

    • Są tematy, o których nadal mówi się tylko szeptem - przyznaje pasjonatka lokalnej historii. Kadrowa zamiast historyka

    Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczała, że archiwa staną się jej drugą codziennością. Pracuje zawodowo jako specjalistka ds. kadr na dwóch etatach. Po godzinach angażuje się w działalność Koła Gospodyń Wiejskich „Bukowianki”. To właśnie tam pojawił się pomysł zebrania materiałów dotyczących historii Bukowej Małej. Początkowo miała to być niewielka lokalna inicjatywa.

    • Szukałam dla siebie miejsca w kole. Pomyślałam, że spróbuję zebrać trochę informacji o naszej miejscowości - wspomina pani Agata. Im głębiej zaglądała do archiwów, tym bardziej uświadamiała sobie, że mieszka na terenie o wyjątkowym znaczeniu historycznym.

    Przełom nastąpił po powrocie z Warszawy.

    • Kiedy wróciłam trzy lata temu, spojrzałam na te okolice zupełnie inaczej. Nagle wszystko zaczęło układać się w całość. Zobaczyłam miejsca, obok których przechodziłam całe życie, ale dopiero wtedy zrozumiałam, co naprawdę się tutaj wydarzyło - mówi z namysłem. Jej warsztat badawczy przypomina pracę zawodowego archiwisty. Przez kilka tygodni przepisywała do arkusza Excel wszystkie akty zgonu z parafii Sawin z lat 1939–1946. Powstała ogromna baza danych zawierająca tysiące nazwisk, dat i miejsc pochodzenia. Każde nazwisko staje się początkiem kolejnego śledztwa.

    Nie zna języka czeskiego ani niemieckiego, dlatego korzysta z translatorów internetowych. W zagranicznych wyszukiwarkach wpisuje krótkie zdania: „Moi rodzice pochodzili z Sawina”, „Mój dziadek zginął w Krychowie”, „Transport AP 18 kwietnia 1942 roku”. Często prowadzi ją to do rodzinnych stron internetowych, forów genealogicznych i archiwów prowadzonych przez potomków ofiar.

    • Nie wystarcza mi informacja, że przyjechali jacyś Czesi albo jacyś Żydzi. Każdy z nich miał imię, rodzinę, zawód i własne życie. Chcę, żeby znowu stali się ludźmi, a nie numerami w statystykach - zaznacza. Zapomniane centrum niewolniczej pracy

    Jednym z najważniejszych elementów niemieckiego systemu terroru była sieć szesnastu obozów pracy przymusowej zarządzanych z Krychowa. Nadzór nad nimi sprawował Franz Holtzheimer - człowiek, którego świadkowie wspominają jako wyjątkowo okrutnego administratora. Mieszkał w pałacyku w Krychowie, z dala od codziennego cierpienia więźniów. Uchodził za człowieka kulturalnego, miłośnika muzyki klasycznej i dobrych manier. Ta fasada całkowicie kontrastowała z rzeczywistością.

    Franz Holtzheimer 29 kwietnia 1942 roku do jego rezydencji sprowadzono grupę żydowskich muzyków z Opery Wiedeńskiej, którzy kilka dni wcześniej trafili transportem do Włodawy. Zmuszono ich do grania koncertów dla niemieckiej administracji, podczas gdy ich rodziny pracowały ponad siły w obozach lub oczekiwały na deportację do Sobiboru.

    Jedna z ocalałych, Lucy Pollak- Langford , po wojnie wspominała swoje spotkanie z Holtzheimerem. Zapamiętała wysokiego blondyna w eleganckim cywilnym ubraniu. Nigdy nie widziała go w mundurze. To również było elementem systemu terroru. Nazistowscy urzędnicy często celowo występowali po cywilnemu, by sprawiać wrażenie zwykłych administratorów i zacierać odpowiedzialność za popełniane zbrodnie. Mimo licznych świadectw i relacji Holtzheimer nigdy nie odpowiedział przed sądem za swoje czyny.

    Helena Piskorek – bohaterka z glinianej chaty

    Wśród setek tragicznych historii są także opowieści o niezwykłej odwadze. Jedną z nich jest historia Heleny Piskorek z Tomaszówki. Była matką sześciorga dzieci. Jej mąż został wywieziony do Auschwitz, skąd już nie wrócił. Sama żyła w skrajnej biedzie, w glinianej chacie niemal pozbawionej okien. Mimo to zdecydowała się ukryć żydowską dziewczynkę Mirkę Frajlich.

    Helena Piskorek Nie traktowała jej jak chwilowego gościa ani ciężaru. Stała się członkiem rodziny. Dzieliła z nią każdy posiłek, ubranie i miejsce do spania, choć sama nie miała niemal nic. Za taką pomoc groziła natychmiastowa kara śmierci dla całej rodziny. Po wojnie Mirka wyemigrowała, lecz nigdy nie zapomniała swojej wybawicielki. Po latach odnalazła Helenę i przez wiele lat utrzymywała z nią kontakt, wspierając ją materialnie aż do końca życia.

    Mirka Freilich

    • Dla mnie to gotowy scenariusz filmu. Takich historii nie wolno zostawiać w archiwach - mówi badaczka. Wigilia z ostatnim nabojem

    Na ziemi sawińskiej działały również oddziały polskiego podziemia. Jednym z ich członków był doktor Longin Wiączek „Medyk” . We wspomnieniach opisał dramatyczne wydarzenia Wigilii 1943 roku. Wracając samotnie przez rozmokłe drogi między Zwiartowem a Dzierążnią, natknął się na niemiecki patrol. Próbował udawać funkcjonariusza Schupo (Schutzpolizei - policji ochronnej). Fortel nie powiódł się. Rozpoczęła się wymiana ognia. Ukryty w przydrożnym rowie walczył do ostatnich nabojów.

    doktor Longin Wiączek

    • Został mu tylko jeden. Ten, który zgodnie z partyzanckim zwyczajem należało zachować dla siebie - opisuje pani Agata. Udało mu się jednak wydostać z okrążenia. Dzień później dowiedział się, że ciężko postrzelony niemiecki dorfführer umiera.

    Wieś była zastraszona, ale mieszkańcy po kryjomu przyjmowali tę wiadomość z ulgą.

    Przywracanie nazwisk

    Największą nagrodą za lata poszukiwań są chwile, gdy udaje się połączyć rozdzielone przez historię rodziny. Badaczka wspomina kontakt z pewnym Williamem z Anglii. Jego krewni od ponad siedemdziesięciu lat próbowali ustalić los sześciu sióstr, które zmarły w Sawinie podczas wojny. Dzięki odnalezionym aktom zgonu i dokumentom rodzina po raz pierwszy poznała miejsce ich śmierci.

    • Takie chwile dają mi ogromną satysfakcję. Wtedy wiem, że ta praca ma sens. Każde odnalezione nazwisko oznacza, że ktoś przestaje być anonimową ofiarą historii. Paradoksalnie właśnie tam, gdzie wydarzyło się tak wiele, pamięć materialna jest niezwykle skromna - podkreśla Rózga. Po dawnych obozach pracy często nie pozostało nic poza zarośniętymi polami i lasami. Nie ma tablic, pomników ani ścieżek edukacyjnych. Badaczka przywołuje przykład Czech, gdzie przed domami ofiar Holokaustu umieszcza się tzw. kamienie pamięci - niewielkie mosiężne tabliczki przypominające przechodniom, kto kiedyś mieszkał w tym miejscu.

    • Powinniśmy wreszcie uporządkować pamięć o tych ludziach. To wstyd, że tak niewiele zostało zrobione - ocenia. Jej zdaniem skutki wojny są widoczne również dzisiaj. Powojenne przesiedlenia sprawiły, że wielu mieszkańców nie zna historii miejsc, w których żyje. Nadal funkcjonują podziały na „tutejszych” i „przyjezdnych”, a brak wspólnej pamięci utrudnia budowanie lokalnej tożsamości. Dlatego uważa, że badanie historii nie jest wyłącznie zajęciem dla naukowców. To, zdaniem pani Agaty, obowiązek wobec ludzi, których wojna pozbawiła nie tylko życia, lecz także pamięci.

    • O nich trzeba mówić głośno. Trzeba przywrócić im nazwiska, twarze i historie. Dopiero wtedy naprawdę zrozumiemy, czym była wojna na ziemi sawińskiej i dlaczego jej echo słychać tutaj do dziś - uważa.

    Napisz komentarz


    Źródło: Super Tydzień Chełmski

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era