
Igor Matuszewski
Dzisiaj, 21:30
Decyzję uzasadniono potrzebą zachowania „jedności ideowej, organizacyjnej i politycznej”. Brzmi poważnie, niemal podniośle. Jak rozkaz dzienny przed decydującą bitwą. Problem w tym, że pod tą wojskową retoryką kryje się pytanie znacznie ważniejsze niż przyszłość Mateusza Morawieckiego, Jacka Sasina czy kolejnego partyjnego stronnictwa.
Czy obywatel należący do partii politycznej nadal pozostaje wolnym obywatelem?
Czy może uczestniczyć w debatach, stowarzyszeniach i inicjatywach społecznych, które nie zostały uprzednio pobłogosławione przez centralę? Czy też z chwilą podpisania deklaracji członkowskiej przekazuje władzom partii prawo do decydowania, z kim może się spotykać, gdzie może zabierać głos i jakie pomysły wolno mu publicznie rozwijać?
Partia to nie klasztor, a prezes to nie przeor
Prawo i Sprawiedliwość niewątpliwie ma prawo ustalać zasady przynależności do swojej organizacji. Partia polityczna jest dobrowolnym zrzeszeniem, a jej statut określa prawa i obowiązki członków, sposób nabywania oraz utraty członkostwa. Ustawa o partiach politycznych pozostawia ugrupowaniom znaczną swobodę w kształtowaniu wewnętrznej dyscypliny.
Nie należy więc pochopnie ogłaszać, że każda groźba usunięcia członka partii za równoległą działalność polityczną jest automatycznie bezprawna. Członkostwo w partii nie jest urzędem dziedzicznym ani konstytucyjnym przywilejem. Można do partii wstąpić, można z niej wystąpić, można również zostać z niej wykluczonym zgodnie z obowiązującym statutem.
Ale między prawem do ochrony własnej nazwy i programu a próbą podporządkowania całej aktywności obywatelskiej człowieka istnieje granica. I właśnie do tej granicy kierownictwo PiS niebezpiecznie się zbliża.
Konstytucja mówi przecież nie tylko o wolności działania partii. W art. 11 wskazuje również, że partie zrzeszają obywateli na zasadach dobrowolności i równości , aby wpływać na politykę państwa metodami demokratycznymi. Art. 12 gwarantuje wolność tworzenia i działania stowarzyszeń, ruchów obywatelskich oraz innych dobrowolnych zrzeszeń. Z kolei art. 58 zapewnia każdemu wolność zrzeszania się.
To nie są dekoracyjne zdania wypisane złotą farbą na ścianie Sejmu. To jest fundament ustroju, w którym społeczeństwo nie składa się wyłącznie z państwa, partii oraz posłusznych wykonawców poleceń.
Legalne nie zawsze znaczy demokratyczne
Najbardziej kłopotliwa prawda brzmi następująco: uchwała władz partii może mieścić się w szerokiej autonomii organizacyjnej ugrupowania, a jednocześnie pozostawać głęboko sprzeczna z demokratycznym duchem społeczeństwa obywatelskiego .
Nie każda praktyka autorytarna musi być od razu przestępstwem. Nie każdy knebel ma formę ustawy. Nie każdy zakaz wydaje minister, wojewoda lub sąd. Czasami wystarczy uzależnić dalszą karierę, miejsce na liście wyborczej i polityczną przyszłość od podpisania stosownego oświadczenia.
Władze PiS nie zakazują formalnie działalności stowarzyszenia Rozwój Plus w Polsce. Nie mają takich kompetencji. Konstytucja stanowi, że o zakazie działania zrzeszenia sprzecznego z Konstytucją lub ustawą orzeka sąd.
Kierownictwo partii robi jednak coś innego: mówi swoim członkom, że mają z legalnego stowarzyszenia wystąpić, a jeśli nie wykonają polecenia, zostanie wobec nich uruchomiona procedura wykluczenia. W praktyce jest to więc mechanizm politycznego szantażu: możesz korzystać z wolności zrzeszania się, ale zapłacisz za to utratą miejsca w naszej organizacji .
Formalnie wybór pozostaje. Tyle że przypomina on wybór przedstawiany przez kierownika zakładu z czasów słusznie minionych: nikt nikogo nie zmusza, ale rozsądny człowiek wie, którą odpowiedź należy zakreślić.
Najpierw stowarzyszenia, potem rozmowy przy kawie?
Rafał Bochenek ogłosił, że członkowie PiS nie powinni uczestniczyć również w spotkaniach, wydarzeniach i projektach organizacji politycznych, jeżeli nie uzyskały one zgody władz partii. Zakaz nie dotyczy zatem wyłącznie formalnego członkostwa. Ma sięgać debat, spotkań i inicjatyw.
To już nie jest jedynie ochrona partyjnego szyldu przed konkurencyjnym ugrupowaniem. To próba reglamentowania przestrzeni dyskusji.
Dzisiaj zakazane jest stowarzyszenie byłego premiera. Jutro problemem może stać się udział w konferencji konserwatywnego think tanku. Pojutrze rozmowa z ludźmi, którzy mają własny pomysł na przyszłość prawicy. W następnym etapie ktoś zapyta, czy członek partii może przyjąć zaproszenie do lokalnego stowarzyszenia, które organizuje debatę o szpitalu, energetyce albo samorządzie bez odpowiedniej zgody centrali.
Absurd? Jeszcze niedawno absurdem wydawałaby się decyzja, że dorosłym posłom i byłym premierom należy wyznaczyć siedmiodniowy termin na wypisanie się z legalnych organizacji.
Tak działa mechanizm przesuwania granicy. Najpierw zakaz przedstawia się jako wyjątkowy środek służący jedności. Później jedność staje się posłuszeństwem. Następnie posłuszeństwo przeobraża się w milczenie, a milczenie zostaje uznane za najwyższą formę lojalności.
Demokracja według zatwierdzonego harmonogramu
Prawo o stowarzyszeniach definiuje stowarzyszenie jako zrzeszenie dobrowolne, samorządne i trwałe. Stanowi także, że stowarzyszenie samodzielnie określa swoje cele, program działania oraz strukturę, a organizacje tego rodzaju mają prawo wypowiadać się w sprawach publicznych.
Tymczasem Rozwój Plus zapowiadał festiwal debat, dwadzieścia paneli i pięćdziesięciu prelegentów. Można krytykować Mateusza Morawieckiego. Można podejrzewać, że nie buduje bezinteresownie społeczeństwa obywatelskiego, ale własne zaplecze przed przyszłą walką o przywództwo. Można widzieć w tym frakcję, konkurencyjny dwór albo polityczny start-up byłego premiera.
Ale trudno nie dostrzec ironii.
Partia, która przez lata przedstawiała się jako obrońca pluralizmu wobec liberalnych elit, dzisiaj boi się pluralizmu we własnym obozie. Ugrupowanie deklarujące przywiązanie do wolności debaty uznaje debaty organizowane bez zgody kierownictwa za zagrożenie. Formacja mówiąca o suwerenności domaga się od własnych członków rezygnacji z osobistej suwerenności na rzecz decyzji partyjnej centrali.
„Buduj z nami nowoczesny konserwatyzm” — zapraszał Morawiecki. Centrala odpowiedziała mniej więcej tak: nowoczesny konserwatyzm można budować, ale wyłącznie na podstawie zatwierdzonego projektu, pod nadzorem kierownika budowy i bez samowolnego przesuwania ścian.
To nie debata. To polityczna wersja filmu „Seksmisja”, w której każda niezależna myśl wymaga wcześniejszej zgody Jej Ekscelencji.
Jedność czy walka o kontrolę?
Oficjalnym powodem uchwały ma być ochrona jedności PiS, a także obawa o partyjne finansowanie. Rzecznik ugrupowania przekonywał, że aktywność konkurencyjnych środowisk może prowadzić do odebrania partii pieniędzy potrzebnych do zwycięstwa. Sama decyzja rzeczywiście objęła stowarzyszenia związane z Mateuszem Morawieckim i Jackiem Sasinem; Sasin ogłosił zakończenie działalności swojego stowarzyszenia.
Być może więc nie chodzi przede wszystkim o filozofię prawa, lecz o coś bardziej przyziemnego: o władzę, pieniądze, kontrolę nad strukturami i niedopuszczenie do powstania konkurencyjnych ośrodków wpływu.
W polityce jest to zrozumiałe. Liderzy zawsze obawiali się frakcji. Cezar nie przepadał za senatorami prowadzącymi własną politykę, Stalin nie znosił niezależnych bolszewików, a bohaterowie „Ojca chrzestnego” również oczekiwali, że rodzina będzie mówiła jednym głosem.
Tylko że demokratyczna partia nie powinna być ani legionem Cezara, ani komitetem centralnym, ani rodziną Corleone.
Ustawa o partiach politycznych wymaga, aby partie kształtowały swoje struktury i zasady działania zgodnie z zasadami demokracji, zapewniając między innymi jawność struktur, wybieralność organów oraz podejmowanie uchwał większością głosów.
Demokracja wewnątrzpartyjna nie oznacza oczywiście, że każdy poseł może codziennie zakładać własną partię w partii. Oznacza jednak coś więcej niż jednomyślne głosowanie kierownictwa pod nieobecność człowieka, którego organizacji dotyczy decyzja.
Jednomyślność nie zawsze świadczy o sile demokracji. Czasami świadczy wyłącznie o tym, że nikt przy stole nie odważył się powiedzieć „nie”.
Obywatel na siedmiodniowej przepustce
Najbardziej niepokojący w tej historii nie jest nawet konflikt między Jarosławem Kaczyńskim a Mateuszem Morawieckim. Partie przeżywały już rozłamy, bunty i wojny sukcesyjne. Jedni odchodzili, inni wracali, jeszcze inni zakładali nowe ugrupowania, które po kilku latach znikały z politycznej mapy.
Niebezpieczny jest model członkostwa, który wyłania się z tej decyzji.
Członek partii ma być aktywny, ale tylko tam, gdzie partia pozwoli. Ma rozmawiać z obywatelami, ale w ramach zatwierdzonych projektów. Ma przedstawiać pomysły, o ile pomysły nie tworzą alternatywnego ośrodka wpływu. Ma budować społeczeństwo obywatelskie, lecz społeczeństwo to musi wcześniej otrzymać pieczątkę z centrali.
W takim systemie człowiek nie jest już obywatelem, który dobrowolnie należy do partii. Staje się funkcjonariuszem organizacji, a jego życie publiczne zostaje objęte partyjną jurysdykcją.
To zasadnicza różnica.
Partia demokratyczna jest narzędziem obywateli służącym realizacji ich poglądów. Partia wodzowska traktuje obywateli jak narzędzia służące realizacji decyzji kierownictwa.
Czy doszło do naruszenia prawa?
Uczciwa odpowiedź brzmi: na podstawie samego komunikatu nie można jednoznacznie stwierdzić, że uchwała władz PiS jest nielegalna. Do takiej oceny potrzebna byłaby analiza statutu partii, treści uchwały, trybu jej podjęcia oraz ewentualnych postępowań dyscyplinarnych.
Konstytucyjna wolność zrzeszania się nie ma charakteru absolutnego, a prywatna organizacja może określać warunki swojego członkostwa. Także partia korzysta z wolności zrzeszania się i ma prawo chronić swoją spójność polityczną.
Nie oznacza to jednak, że każdy wewnętrzny zakaz należy przyjmować bezkrytycznie. Szczególnie gdy partia nie jest klubem kolekcjonerów znaczków, ale organizacją ubiegającą się o władzę nad państwem.
Sposób, w jaki kierownictwo traktuje własnych członków, mówi wiele o tym, jak może w przyszłości traktować obywateli. Jeżeli w partii nie toleruje się niezależnych debat, konkurencyjnych środowisk i inicjatyw podejmowanych bez zgody prezesa, trudno uwierzyć, że po zdobyciu władzy ta sama partia nagle pokocha pluralizm.
Demokracja zaczyna się bowiem nie przy urnie wyborczej, ale w codziennym przyzwoleniu na różnicę zdań.
Czy to na pewno jeszcze demokracja?
Być może formalnie wszystko się zgadza. Uchwała została podjęta. Termin wyznaczony. Oświadczenia rozesłane. Procedura wykluczenia przygotowana. Jeden polityk zasalutował i zamknął stowarzyszenie. Drugi zaprosił na grill i zapowiedział dalszą działalność.
Dokumenty są w porządku. Pieczątki stoją we właściwych miejscach.
Tylko demokracja to coś więcej niż prawidłowo wypełniony formularz.
To prawo człowieka do samodzielnego myślenia, spotykania się z innymi i tworzenia środowisk, których nie kontroluje żadna centrala. To zgoda na to, że nawet członek partii może mieć własny głos, własne relacje i własny pomysł na państwo. To świadomość, że jedność osiągnięta przymusem nie jest jednością, lecz dyscypliną koszarową.
Władze PiS mogą zdecydować, kogo chcą mieć w swoich szeregach. Nie mogą jednak oczekiwać, że opinia publiczna uzna taki model za wzór demokratycznej kultury.
Bo jeżeli dorosły człowiek, poseł, były premier lub działacz społeczny musi pytać partyjną centralę, czy wolno mu uczestniczyć w debacie, stowarzyszeniu albo projekcie politycznym, to pytanie nie brzmi już wyłącznie: kto będzie rządził Prawem i Sprawiedliwością?
Pytanie brzmi: czy to na pewno jeszcze partia demokratyczna, czy już organizacja, w której obywatelstwo kończy się tam, gdzie zaczyna się wola prezesa?
To również może cię zainteresować
W SM „Przodownik” zrobiło się gorąco. I nie chodzi tylko o temperaturę za oknem. Walne Zgromadzenie Członków, które miało odbyć się 27 czerwca 2026 roku, zostało odwołane przez nadal urzędujący Zarząd i Radę Nadzorczą. Oficjalnie: z troski o bezpieczeństwo, z powodu problemów organizacyjnych, prognozowanej wysokiej temperatury i ryzyka zakłócenia porządku obrad. Nieoficjalnie — według części członków spółdzielni — mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym: próbą zatrzymania demokratycznej zmiany władz.
Koalicja Obywatelska pozostaje liderem poparcia, jednak notuje wyraźny spadek. Zyskują natomiast ugrupowania z dalszych miejsc stawki. Według najnowszego sondażu pracowni Opinia24 dla Onetu do Sejmu weszłoby pięć ugrupowań, a największy wzrost odnotowała Lewica.
Napisz komentarz
Źródło: NaszTomaszów.pl