RAK
    22 lipca 1878 roku urodził się Janusz Korczak, potomek Hrubieszowian

    22 lipca 1878 roku urodził się Janusz Korczak, potomek Hrubieszowian

    3267 odsłon
    Lubelskie

    Artykuł informuje, że Janusz Korczak urodził się 22 lipca 1878 roku. Podkreśla również jego pochodzenie, wskazując, że był potomkiem Hrubieszowian.

    To ostatni zapisek w pamiętniku Janusza Korczaka. Te słowa Korczak napisał 4 sierpnia 1942 r. w warszawskim getcie. Patrzył wówczas na niemieckiego żołnierza z okna sierocińca, którym zarządzał.

    Zastanawiał się, dlaczego niemiecki strażnik do niego nie strzela (to była norma w getcie), ignoruje go... Następnego dnia Niemcy wywieźli do obozu w Treblince nie tylko Korczaka, ale także grupę wychowawców oraz ok. 200 dzieci.

    Ich ostatni marsz przez ulice getta przeszedł do legendy...

    Chciał im tę drogę ułatwić…

    „Dzieci miały zostać wywiezione same, jemu zaś (chodzi o Korczaka – dop. autor) dawano szansę uratowania się i tylko z trudem udało mu się przekonać Niemców, by zezwolili mu towarzyszyć dzieciom. Spędził z nimi długie lata swojego życia i teraz, w ich ostatniej drodze, nie chciał ich pozostawiać samych. Chciał im tę drogę ułatwić” – pisał po wojnie pianista Władysław Szpilman, który był świadkiem marszu dzieci z żydowskiego sierocińca w Warszawie. Na początku sierpnia 1942 r. akcja likwidacyjna w warszawskim getcie przyśpieszyła. Brygady złożone z funkcjonariuszy SS, a także Ukraińców, Litwinów i Łotyszy otaczały domy i wypędzały z nich mieszkańców. Zagłodzonych, przestraszonych ludzi szeregowano w czwórki lub szóstki i tak uformowane, często kilkutysięczne kolumny pędzono na Umschlagplatz. Stamtąd byli wywożeni do obozów koncentracyjnych.

    Korczak był wówczas dyrektorem Żydowskiego Domu Sierot przy ul. Siennej 16. Do końca starał się, aby były one izolowane od tego, co działo się za oknami. Jak pisał, „żebrał” o jedzenie dla dzieci (w żydowskich instytucjach, u bogatych Żydów, w Judenracie – gdzie się tylko dało), organizował dla nich spektakle. Walczył o nie.

    „Do ostatniego dnia Doktor (Korczak) łudził się, że bestialstwo Niemców oszczędzi sieroty; żądał, by nauka i zajęcia szły zwykłym trybem, żeby nie denerwować dzieci i nie wywoływać paniki” – pisała Stella Eliazbergowa, znajoma Korczaka. Niemcy „przyszli po sierociniec” 5 sierpnia (niektóre źródła twierdzą, że stało się to dzień później). Wtedy też Korczak próbował dzieci chronić. Tak opisuje to Szpilman: „Wytłumaczył sierotom, że mają powód do radości, bo jadą na wieś (…). Zarządził, by ubrały się świątecznie i tak ładnie wystrojone, w radosnym nastroju, ustawiły się parami na dziedzińcu. Małą kolumnę prowadził SS-man (...). Gdy spotkałem ich na Gęsiej, dzieci, idąc, śpiewały chórem, rozpromienione, mały muzyk im przygrywał (chodzi o chłopca ze skrzypcami, którego SS-man wysłał na czoło pochodu – dop. autor), a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uśmiechniętych, i opowiadał im coś zabawnego”.

    Potomkowie sierot

    Kim był ten człowiek? Przodkowie Janusza Korczaka (jego właściwie nazwisko to Henryk Goldszmit) pochodzili z Hrubieszowa. Byli polskimi Żydami.

    Żydzi stanowili niegdyś połowę ludności Hrubieszowa. Mieszkali zwykle w niskich, niewielkich kamieniczkach, stłoczonych blisko siebie. Prowadziły do nich wąskie błotniste uliczki.

    Jak wylicza Joanna Olczak-Ronikier, autorka biografii Janusza Korczaka, było tam „mnóstwo maleńkich sklepików, dwa rynki: stary i nowy. Pośrodku rynków stragany. Chłopi zwozili tu nabiał, mięso, warzywa. Tu zaopatrywali się w odzież, buty, przedmioty domowego i gospodarczego użytku i towary łokciowe, czyli tkaniny (...). Kościół katolicki, cerkiew, synagoga od setek lat należały do miejscowego krajobrazu”.

    W rodzinie Korczaka zachowała się niezwykła opowieść na temat początków rodu. Gdy w XVIII w. do miasta przyszła zaraza (prawdopodobnie czarna ospa), Żydzi postanowili ją przebłagać.

    „O dalszych moich przodkach wiem tylko tyle, że były to bezdomne sieroty, poślubione sobie na cmentarzu żydowskim, jako ofiara przebłagania w okresie szerzącej się w miasteczku zarazy” – opowiadał Janusz Korczak w 1941 r. Nowożeńcy dostali pieniądze oraz inne niezbędne na nowej drodze życia rzeczy. Jak się nazywali? Nie wiadomo. Ich synem był Eliezer Chaim, pradziadek Korczaka. Całe życie spędził w Hrubieszowie. Pracował jako szklarz.

    „Biedni ludzie szyb wtedy nie mieli” – pisał Janusz Korczak w „Naszym Przeglądzie”. „Lubię myśleć, że mój pradziad wstawiał szyby (w bogatych domach), żeby było jasno i kupował skórki, z których robiono kożuchy, żeby było cieplej”. Nowe niemieckie nazwisko

    W roku 1787 zaborcze władze austriackie nakazały Żydom przyjmowanie „urzędowych” nazwisk, co miało m.in. usprawnić pobór podatków (dotąd większość używała imienia i przydomka). Nowe nazwisko musiało brzmieć – oczywiście – po niemiecku. Często nadawali je żydowscy urzędnicy. Eliezer Chaim otrzymał nazwisko Goldszmidt, które z czasem przybrało formę Goldszmit. Ożenił się i spłodził dwóch synów. Jednemu z nich nadał imię Hersz.

    To był niezwykły chłopiec. Gdy miał cztery lata, pod wpływem rodzinnych opowieści postanowił zostać Mojżeszem i zaprowadzić Żydów prosto z Hrubieszowa do Ziemi Świętej. Podobno nawet wyruszył w drogę (Korczak bardzo lubił tę historię, wielokrotnie o niej mówił i pisał). W 1830 r. Hersz ożenił się z hrubieszowianką Haną z domu Rajs. I zaszedł wysoko. Z notki biograficznej Królestwa Polskiego z 1843 r. dowiadujemy się, że uzyskał na Uniwersytecie Lwowskim „stopień lekarza chirurga II rzędu”. To było dla chłopca z ubogiej rodziny nie lada osiągnięcie.

    Był w Hrubieszowie znany. Założył praktykę lekarską, a potem stworzył w tym mieście szpital dla starozakonnych. W budynku mieściło się 50 łóżek. Władze miejskie nie chciały łożyć na utrzymanie tej placówki, ale Hersz jakoś sobie radził. „Robił w rodzinnym mieście to samo, co wiele lat później jego wnuk. Chodził po ludziach, przekonywał, prosił o pieniądze” – pisze Joanna Olczak-Ronikier.

    Hersz miał pięcioro dzieci. Urodzony 4 września 1844 r. Josef Goldszmit (ojciec Korczaka) także chciał się kształcić. W 1866 r. wyjechał do stolicy. Wstąpił do Szkoły Głównej Warszawskiej, a w 1870 r. otrzymał tytuł magistra prawa. Pracował w Warszawie, m.in. jako adwokat przysięgły.

    Ożenił się w 1874 r. z Cecylią Gębicką, kaliszanką, „panną lat dwudziestu” (była córką kupca). 22 lipca 1878 r. urodził im się syn Henryk.

    Król Maciuś Pierwszy

    Rodzina Goldszmitów mieszkała w Warszawie, w domu przy ul. Bielańskiej 18, a potem m.in. przy ul. Miodowej 19, gdzie zajmowali siedem pokoi. Henryk uczył się m.in. w Gimnazjum Praskim. W latach 80. jego ojciec zapadł na chorobę psychiczną. Czterokrotnie kierowano go na leczenie do zakładu dla obłąkanych (podejrzewano, że choroba miała podłoże syfilityczne). Rodzina zmagała się problemami finansowymi. Henryk zaczął wówczas udzielać korepetycji, aby się utrzymać. W 1898 r. zdał maturę. Potem rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu w Warszawie. Radził sobie świetnie.

    23 marca 1905 r. otrzymał dyplom lekarza i został powołany do armii rosyjskiej, która toczyła właśnie wojnę z Japonią. Służył w pociągu sanitarnym na Dalekim Wschodzie. Po wojnie pracował jako pediatra w warszawskim szpitalu dla dzieci im. Bersohnów i Baumanów. Prowadził też prywatną praktykę. Jednak od osób najuboższych – jako potomek hrubieszowskich sierot – nie pobierał wynagrodzenia.

    W latach 1907-1908 przebywał w Berlinie. Odbywał m.in. staż w klinikach dziecięcych oraz w zakładach wychowawczych. Gdy wybuchła I wojna światowa znowu powołano go do wojska. W latach 1914-17 był młodszym ordynatorem szpitala dywizyjnego na zapleczu ukraińskiego frontu. Natomiast podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. pracował jako lekarz w wojskowych szpitalach w Łodzi oraz m.in. w Warszawie (na tzw. Kamionku).

    Coraz częściej chwytał za pióro. Napisał m.in. ponad 200 felietonów pod wspólnym tytułem „Koszałki Opałki”, wiele artykułów (m.in. dla tygodnika „Głos”) oraz kilka dramatów (jeden z nich nosił tytuł „Którędy”). Zaczął używać pseudonimu literackiego Janusz Korczak. Dużo pisał też dla dzieci.

    Jego powieści „Król Maciuś Pierwszy”, „Król Maciuś na wyspie bezludnej” czy „Kajtuś Czarodziej” zdobyły popularność. Współredagował także m.in. „Mały Przegląd” (był tworzony na podstawie listów nadsyłanych przez dzieci), czyli dodatek do żydowskiego tygodnika „Nasz Przegląd”.

    W latach 1912-1942 Korczak prowadził (wspólnie ze Stefanią Wilczyńską) Dom Sierot dla Dzieci Żydowskich w Warszawie. Nigdy nie zapomniał o swoich hrubieszowskich korzeniach.

    „Korczak miał świadomość, że nie spadł na ziemię z gwiazd. Że jego pasje medyczne, społeczne, pedagogiczne nie wzięły się znikąd” – podkreśla Joanna Olczak-Ronikier. Marsz

    W listopadzie 1940 r. dom sierot został przeniesiony do warszawskiego getta. W sierocińcu przebywały dzieci w wieku 7-14 lat. W placówce wdrażano nowatorską koncepcję „samorządnej społeczności”. Działały tam dziecięcy sejm, kasa pożyczkowa, kluby sportowe oraz m.in. gazeta redagowana przez sieroty. Korczak starał się, aby dzieci mogły w miarę normalnie żyć... Jednak poza murami sierocińca było coraz gorzej. Ludzie umierali z głodu. Korczaka powoli ogarniała rozpacz…

    „„Taka scena na ulicy. Leży obok chodnika wyrostek, jeszcze żywy czy już zmarł. I w tym samym miejscu trzem chłopcom, którzy bawili się w konie, poplątały się sznurki [lejce]. Radzą, próbują, niecierpliwią się — potrącają nogami leżącego” — pisał w swoim dzienniku Korczak. „Wreszcie jeden z nich mówi: Odsuńmy się, on tu przeszkadza”. 4 sierpnia 1942 r. Korczak w swoim dzienniku napisał m.in.: „Ojcze nasz, który jesteś w niebiesiech... Modlitwę tę wyrzeźbił głód i niedola. Chleba naszego. Chleba...”.

    Następnego dnia jego sieroty ustawiły się w kolumnie przed budynkiem. Była tam Felunia, która strasznie kaszlała, czterech Moniusiów, Marylka, Zygmuś, Aronek, Szmulek i Abuś (prowadzili pamiętniki), chora na płuca Genia i prawie 200 innych dzieci. Razem z nimi wyruszyli pracownicy placówki.

    Obok Korczaka szli m.in. Stefania Wilczyńska (dopilnowała, by dzieci wzięły kanapki i wodę na drogę), Natalia Poz, Róża Lipiec-Jakubowska, Róża Sztokman-Azrylewicz, Dora Solnicka i Henryk Asterblum.

    Wywieziono ich do Treblinki. Wszyscy zginęli.

    „W żadnych dokumentach nie został ślad po sierpniowym transporcie dzieci z Krochmalnej” – pisze Joanna Olczak-Ronikier.


    Źródło: Kraśnik Nasze Miasto

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era