
Jan Mencwel — Klimat w Polsce zmienia się na naszych oczach. Zmienia się na gorsze. Po ostatniej fali 40-stopniowych upałów być może rozumiemy to lepiej. Ale mało kto mówi o tym, że po cichu trwa u nas wojna domowa o zasób, który coraz szybciej się kurczy: o wodę.
„Jak się nie będziesz uczyć, to będziesz kopać rowy” – chyba każdy usłyszał kiedyś to zdanie od nauczyciela. Ale czy ktoś z was zastanowił się, o jakie rowy chodziło? I czemu niby miałoby służyć ich kopanie? Odpowiedź, wbrew pozorom, ma dużo wspólnego z naszymi dzisiejszymi kłopotami z wodą. I z powtarzającą się już co roku suszą.
W Polsce jakieś 100 lat temu zaczęliśmy na potęgę kopać rowy melioracyjne. Robiliśmy to po to, żeby odprowadzić nadmiar wody z różnych terenów bogatych w ten zasób – łąk, mokradeł, lasów, pól. Zaczął się w Polsce wielki program „antyretencji” wody. Był niezwykle skuteczny: wykopana przez te ponad sto lat sieć odwadniających kraj rowów melioracyjnych jest dwa razy dłuższa niż sieć naturalnych rzek i cieków wodnych. Wynosi 300 tys. km. To osiem razy tyle, ile ma… równik.
Do kopania rowów dołożyliśmy jeszcze kilka elementów. Zaczęliśmy prostować i betonować rzeki, osuszać mokradła i bagna, niszczyć i zabudowywać naturalne tereny zalewowe. Wszystko w imię rozwoju. Faktycznie, w tamtych czasach naszym realnym problemem rozwojowym był nadmiar wody. Brakowało terenów pod budowę nowych miast i wsi, brakowało terenów pod nowe obszary rolnicze, drogi, linie kolejowe.