
Tymon Grabowski — Kilka dni temu przy al. Rzeczpospolitej w Warszawie miał miejsce poważny incydent. Doszło do obywatelskiego ujęcia nastolatka, który „upalał” elektryczny motocykl bez rejestracji i ubezpieczenia na publicznej drodze. Ale to wierzchołek góry lodowej, a właściwie góry elektrycznych
Mniej więcej rok temu na ulicach zaczął pojawiać się nowy typ pojazdów: oprócz typowych elektromotorowerów spotykanych w branży dostaw jedzenia, zacząłem dostrzegać elektryczne motocykle enduro, zazwyczaj ujeżdżane przez nastolatków w zamożnych dzielnicach. Zadałem sobie pytanie: kto jest tak krótkowzroczny, by to kupować? Okazuje się, że całkiem dużo osób.
Był to ciepły dzień późnego lata zeszłego roku. Podczas spaceru po okolicach pałacu w Wilanowie zostałem niemal potrącony przez chłopca w wieku ok. 12 lat, jadącego na elektrycznym motocyklu enduro po chodniku. Zastąpiłem mu drogę i powiedziałem, że jazda na tym jest zabroniona, a on odpowiedział, że zaraz podejdzie jego ojciec. Faktycznie, tenże ojciec szybko się zmaterializował i na moje zwrócenie uwagi odpowiedział, że doskonale wie o nielegalności tego pojazdu, ale jego syn jeździ ostrożnie i mam przestać się czepiać.
Ostatnie zdarzenie w Wilanowie potwierdziło tylko, że problem istnieje. Oto goszczący już parę razy na naszych łamach youtuber Maksym „Konfitura” Szewczuk opisał na swoim koncie na Facebooku historię o tym, jak udało mu się obywatelsko zatrzymać nastolatka, jeżdżącego po ulicy na elektrycznym motocyklu.
Policja przyjechała dopiero po godzinie, ale przynajmniej podjęła rzeczywistą interwencję, tj. nakazała prowadzić pojazd do domu bez użycia silnika albo zagroziła wezwaniem lawety, nie wolno bowiem jechać nieubezpieczonym pojazdem po drodze publicznej. Następnego dnia widziałem cztery takie elektryczne motocykle pędzące po ulicy Ledóchowskiej w Warszawie.

A już 23 czerwca doszło do poważnego wypadku: na warszawskich Bielanach użytkownik elektrycznego crossa omijał pojazdy i uderzył w Skodę wykonującą manewr skrętu w lewo. Mężczyzna trafił do szpitala w ciężkim stanie.
Prawdopodobnie poruszał się na elektrycznym motocyklu Cheevalry CF3000 o mocy ponad 8 KM, rozpędzającym się do 75 km/h. Znalazłem ten pojazd na Allegro, kosztuje 7500 zł i posiada pedały, przez co teoretycznie to nadal rower – oczywiście nie według polskich przepisów, w naszym kraju to już motocykl.
Zauważyłem, że w pierwszej wersji artykułu na temat wypadku w jego tytule pojawiła się marka Sur-ron, ale w komentarzach odezwali się jej przedstawiciele, naciskając na zmianę – sprawca wypadku nie poruszał się na Sur-ronie, jedynie ta nazwa stała się synonimem elektrycznego motocykla bez rejestracji, tak jak na buty sportowe mówi się „adidasy”.
Sprzedaż niehomologowanych jednośladów nie jest zakazana. Sprzedający po prostu twierdzą, że są one stworzone wyłącznie do jazdy po drogach niepublicznych i już. Możemy sobie nimi jeździć po prywatnym lesie. Wśród popularnych w Polsce marek takich motocykli trzeba wymienić przede wszystkim wspomnianą wyżej Sur-ron, ewentualnie Cheevalry czy Yozma, a jeśli chodzi o potężne hulajnogi elektryczne, prym wiedzie marka Kukirin. Skontaktowałem się z przedstawicielką marki Sur-ron, która sprzedaje elektryczne motocykle zarówno z homologacją, jak i bez.
– Wśród motocykli i motorowerów, które sprzedajemy, znaczną przewagę mają te homologowane – mówi Marta Głowacka, dyrektor linii motocykli EV w firmie EV Poland, importera Sur-ron. W każdym przypadku edukujemy klientów na temat bezpiecznego użytkowania pojazdu. Staramy się, żeby z salonu wyszedł nie tylko z motocyklem lub motorowerem, ale też kaskiem i innymi elementami bezpieczeństwa.
Zapytałem jednak, jak radzą sobie z problemem wizerunku Sur-ronów jako synonimu elektrycznych motocykli siejących grozę na ulicach. Tu pani Marta wspomniała o tym, że w przypadku pojazdów bez homologacji sporą winę ponoszą... rodzice użytkowników końcowych.
– Najmniejsze pojazdy bez homologacji najczęściej kupują rodzice dla swoich nastoletnich dzieci. Informujemy ich o tym, że motocykle te nie mogą jeździć po drodze i podkreślamy, że są to jednoślady do użytku tylko w terenie, organizujemy nawet imprezy terenowe na torach crossowych. Ale co oni zrobią z tą wiedzą później, na to nie mamy już wpływu – kończy Marta Głowacka.
To prawda, trudno mieć pretensję do firmy, że korzysta z przepisów, które pozwalają jej sprzedawać niehomologowane pojazdy i na tym zarabiać.
Co do hulajnóg Kukirin, ich sklep internetowy jest całkiem bogato zaopatrzony. Mamy elektryczny motocykl i kilkanaście rodzajów hulajnóg. Jednak tylko przy motocyklu znalazło się zastrzeżenie, że ten pojazd nie służy do jazdy po drogach publicznych, ponieważ nie posiada obowiązkowego wyposażenia dla motocykli.
Gdy chodzi o hulajnogi, Kukirin oferuje na przykład model G3, którego prędkość maksymalna jest podawana na poziomie 65 km/h. Zacząłem szukać, może gdzieś choćby małym drukiem podana jest informacja o tym, że ten pojazd nie nadaje się na drogę dla rowerów – i znalazłem, bardzo głęboko zaszytą, tyle że nieprawdziwą, ponieważ brzmi ona: „Na odcinku drogi obowiązuje nieograniczona prędkość, należy więc jechać ostrożnie. Podczas jazdy z dużą prędkością należy nosić pełny kask, podczas jazdy po mieście zaleca się jazdę z niską prędkością”.
To nieprawda, nie zaleca się, tylko jest to wymagane prawem i limit wynosi 20 km/h. Sprzedawca Kukirinów jest na tyle bezczelny, że w danych technicznych hulajnogi podaje „domyślna prędkość: 25 km/h, maksymalna prędkość 60/65 km/h”. Już ta domyślna jest zbyt wysoka jak na obecne normy, a ta maksymalna może nas w najgorszym razie posłać za kraty. Zastrzeżenia takie jak przytoczone powyżej jedynie wprowadzają klientów w błąd, pomijając już, że powinni oni sami wiedzieć, jakie są regulacje względem hulajnóg, gdy kupują taki pojazd.
Spowodowała wypadek, teraz kręci filmy o tym, że jest poszkodowana. Mam ciarki żenady
Miłośnicy elektrycznych „crossów” zdążyli się już zorganizować w grupę, której zdarza się wyjechać wieczorem na miasto i powodować drogowy chaos. Warsaw Mob – tak się nazywają i mają nawet swoje konto oraz kanał nadawczy na Instagramie. Na zdjęciach z Warsaw Mob można zobaczyć takie znane osoby jak Malik Montana (pasuje do tego towarzystwa) czy Young Leosia. Działa to na zasadzie Warsaw Night Racing, tyle że dla elektrycznych jednośladów. Zapisując się na kanał nadawczy trzeba zeznać, jakim pojazdem się jeździ – do wyboru są dwie marki, tj. wspomniane już Kukirin i Sur-ron.
Warsaw Mob czasem zbiera się w centrum stolicy i przejeżdża przez nie w sposób, który można nazwać jedynie bandyckim – po jezdni, po drogach dla rowerów czy chodnikach, bez oświetlenia, na jednym kole itp.
Nie jestem nawet zdziwiony, że policja nie podejmuje interwencji, ponieważ byłaby ona śmieszna – załoga radiowozu wyłapałaby może 2-3 osoby z „tłumu”, reszta momentalnie by się rozjechała. Nie ma lepszego pojazdu do uciekania przed policją niż niezarejestrowany elektryczny cross.
Oczywiście to, co pojawia się na profilu Warsaw Mob publicznie, to jedynie zdjęcia ze spotkań (w tym te z celebrytami) czy informacje o wypadkach z udziałem takich pojazdów i wezwania do bezpiecznej jazdy. Jednak podobnie jak w przypadku Warsaw Night Racing, także i tutaj do umawiania się na wspólne upalanie służy aplikacja Telegram.
Jeśli chcecie pooglądać filmy z takich przejazdów, można zajrzeć na kanał YouTube o nazwie „Endur”. Jego twórca zamieszcza klipy, gdzie grupa 30-40 osób na motocyklach jedzie przez centrum Warszawy „na kole”, włącznie z tym, że wjeżdżają w przestrzeń pieszą, gdzie w ogóle nie wolno jeździć pojazdami silnikowymi i pędzą przez nią z prędkością 60-70 km/h. Endur twierdzi, że wszystkie sceny tam przedstawione zostały wygenerowane przez sztuczną inteligencję, a jazda na kole odbywała się na zamkniętym terenie, podczas gdy na ekranie widać coś zupełnie innego. Zresztą widziałem ten przejazd kiedyś na własne oczy i wyglądał dokładnie jak na filmie. Napisałem jednak do Endura z pytaniem, jak policja reaguje na elektryczne crossy.
Dostałem odpowiedź. – Policja raczej żyje w zgodzie z osobami, które wiedzą, jak się zachować na takich pojazdach. Jeśli przestrzegasz przepisów i nie robisz nic wbrew prawu, to nie mają podstaw do przeprowadzenia interwencji. Interwencje są bardzo rzadkie, a wręcz pojedyncze. Uważam, że wynika to z tego, że policja ma świadomość, że jeśli zaczęłaby gonić radiowozem grupę młodocianych osób, to chaotyczna ucieczka młodych kierowców mogłaby doprowadzić do tragedii w postaci uszczerbku na zdrowiu kierującego lub innych uczestników ruchu. Zdarzają się sytuacje, gdzie policja rzuca się w pościg za kierowcami crossów elektrycznych, ale to już trzeba naprawdę stwarzać duże zagrożenie w ruchu i prowokować innych uczestników ruchu drogowego i policjantów – napisał Endur.
Niestety, nie mogę się z tym zgodzić – jazda niezarejestrowanym pojazdem to zupełnie wystarczające podstawy do interwencji, jednak jak już wspomniałem, postawie policji niespecjalnie się dziwię.
Niedawno pisałem o zawłaszczaniu dróg rowerowych przez elektryczne motorowery, które wizualnie udają rowery, a w rzeczywistości jeździ się nimi jak typowym pojazdem silnikowym – przez regulację mocy silnika z użyciem manetki. Takie pojazdy są zupełnie inne niż opisywane powyżej elektryczne crossy czy mocarne hulajnogi. O wiele większe i cięższe, nie aż tak szybkie i dostosowane do przewozu ładunku w tylnej części, ale nadal zupełnie nielegalne, zwłaszcza na drogach dla rowerów.
Czasem widuję, że kurierzy dostarczający jedzenie pedałują na nich, udając że to rower, ale prędkość pedałowania jest znikoma, a jednocześnie taki jednoślad jedzie znacznie ponad 30 km/h. Tu już zupełnie nie ma z kim porozmawiać: zakup odbywa się online, firma z branży delivery twierdzi, że dostarcza jedynie zlecenia i plecak typu kostka. Na elektrojednośladzie pędzi najczęściej ubrany w kominiarkę i niemówiący po polsku cudzoziemiec, którego teoretycznie można byłoby zatrzymać, ale jutro na to samo miejsce pojawi się dwóch innych.

Przestańcie zamawiać to jedzenie. Nie da się już jeździć na rowerze
Ostatnio na przykład przeprowadzono akcję w Mławie. Zatrzymywano użytkowników elektrycznych hulajnóg i poddawano je kontroli w celu sprawdzenia, czy mogą przekraczać dopuszczalną dla tych pojazdów prędkość 20 km/h. Jak podaje KPP w Mławie, podczas akcji ujawniono pojazd należący do 15-latka w postaci hulajnogi dwusilnikowej zdolnej rozwinąć prędkość 86 km/h. Rodziców nieletniego ukarano mandatem. Udało mi się ustalić, że ostatnio w Warszawie w co najmniej jednym przypadku sporządzono wniosek do sądu o ukaranie osoby jeżdżącej niezarejestrowanym jednośladem na drodze publicznej.
Policja z Mazowsza ostatnio przeprowadziła jednak akcję kontrolną dotyczącą... rowerów, podczas której skontrolowano ponad 500 zwykłych rowerzystów, ale też i użytkowników hulajnóg, zwracając uwagę na obowiązek jazdy w kasku czy posiadania karty rowerowej w przypadku użytkowników nieletnich. Trudno mi pojąć, jaką logiką kierowano się kontrolując rowerzystów, zamiast skupić się na wyłapywaniu osób na pojazdach nielegalnych i nieubezpieczonych. Obstawiam, że po prostu było łatwiej ich złapać. Rok temu przez chwilę temat też „grzał” w Krakowie, ale chyba już się znudzono.

Ujęto użytkownika nielegalnej hulajnogi - słuszna postawa policji. (fot. mazowiecka.policja.gov.pl)
Nie jest nowością to, że prawo nie nadąża za rozwojem technologii. Gorzej, gdy twórcy prawa chowają głowę w piasek i udają, że rozwoju technologii nie ma. Przepisy o elektrycznych hulajnogach uchwalono całkiem niedawno, ale są one dosyć martwe. Prowadzona jest bezkarna sprzedaż pojazdów do jazdy miejskiej, których nie wolno używać w mieście (jak hulajnogi Kukirin) albo elektrycznych motocykli bez homologacji, kiepsko udających jakikolwiek związek z rowerami. Firmy puszczają oko do klientów, mówiąc „wiecie, w sumie to nie można, ale tylko frajerzy się boją”. Policja niespecjalnie reaguje, bo trzeba byłoby ogromnych sił, żeby powstrzymać i wyłapać rozproszone grupy pędzące na elektrycznych jednośladach.
Głównym problemem jest łatwość nabycia tych pojazdów oraz mała szansa na złapanie. Buduje to w społeczeństwie przekonanie, że może i jakieś tam prawo i istnieje, ale jest raczej niestosowane. Ogólnie można jeździć, byle ostrożnie – i takim założeniem kierują się rodzice kupując swoim dzieciom elektryczne crossy czy hulajnogi. W ich mniemaniu najgorsze, co może się zdarzyć, to jakiś tam mandat.
To nieprawda. Kary za jazdę bez uprawnień i poruszanie się pojazdem nieubezpieczonym są srogie, a sprawa może znaleźć się w sądzie. Za jazdę bez prawa jazdy nastolatek może trafić do sądu rodzinnego i dostać zakaz prowadzenia pojazdów do 21. roku życia, a rodzice – dodatkowo mandat w wysokości 300 zł. Maksymalna kara za brak OC w przypadku motocykla to 1600 zł. Na tym nie koniec, bo jeśli policja stwierdzi, że kierujący jechał motocyklem wzdłuż po chodniku lub drodze dla rowerów, nałoży kolejny mandat w wysokości 1500 zł.
Świadomość tych kar jest w społeczeństwie bardzo niska, ponieważ są rzadko nakładane. W połączeniu ze śmiesznie prostym nabyciem takiego pojazdu (zamawiasz, przychodzi, wyjmujesz i jeździsz), mamy gotowy przepis na problem. Wypadałoby na koniec przedstawić jakieś rozwiązanie, ale mam tylko takie:
Można też nie robić nic i uznać, że problem rozwiąże się sam. Ale jako mieszkaniec Wilanowa zapewniam, że jest to słaby czas na bycie pieszym i rowerzystą. Sam zaczynam się zastanawiać, czy nie kupić sobie elektrycznego motocykla.