
Motyl żyje około trzech tygodni. Tyle też trwała kariera wielkiej gwiazdy mistrzostw świata z 1990 r. Toto Schillaci zrobił coś nieprawdopodobnego, a potem nigdy już nie dorównał pomnikowi, jaki sam sobie wybudował.
Są piłkarze, którzy przez lata budują swoją legendę. Są też tacy, którym wystarczy zaledwie kilka tygodni, by zapisać się w historii futbolu. Do tej drugiej grupy należał Salvatore "Totò" Schillaci.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Latem 1990 r. porwał nie tylko całe Włochy, został królem strzelców mistrzostw świata i twarzą jednego z najbardziej pamiętnych mundiali. Zrobił zatem coś, o czym marzyłyby nawet największe gwiazdy piłki, które swoją pozycję budowały latami. Dla Schillaciego mundial nie był początkiem czegoś wielkiego. Był szczytem, z którego łatwo się spada.
Początek jego życia brzmi jak baśń. Urodził się w Palermo i dorastał w biednej, owianej złą sławą dzielnicy CEP. Futbol był dla niego drogą ucieczki od codzienności. Przez wiele lat występował w niższych ligach, głównie w barwach Messiny, choć dla mieszkańca Palermo oznaczało to grę w klubie lokalnego rywala. Był typowym napastnikiem pola karnego — szybkim, nieustępliwym i obdarzonym instynktem strzeleckim. W młodzieżowych rozgrywkach potrafił zdobyć aż 75 bramek w jednym sezonie.
Przełom nastąpił dopiero w 1989 r. Po zdobyciu przez Schillaciego 23 bramek w Serie B Juventus zdecydował się sprowadzić niepozornego Sycylijczyka do Turynu. Schillaci błyskawicznie udowodnił, że zasługuje na grę wśród najlepszych — w debiutanckim sezonie Serie A strzelił 15 goli, pomagając Starej Damie zdobyć Puchar UEFA i Puchar Włoch.
Universal Archive / Getty Images
Toto Schillaci w barwach Juventusu
Mimo świetnej formy niewielu wierzyło, że odegra ważną rolę podczas mistrzostw świata rozgrywanych we Włoszech. Selekcjoner Azeglio Vicini stawiał przede wszystkim na bardziej uznanych napastników — Gianlucę Viallego i Andreę Carnevale, czyli gwiazdy futbolu o ugruntowanej pozycji. Schillaci miał być jedynie rezerwowym.
Wszystko zmieniło się 9 czerwca 1990 r. podczas meczu otwarcia z Austrią. Włosi bili głową w mur, a na tablicy wyników długo utrzymywał się bezbramkowy remis. Na kwadrans przed końcem Vicini posłał na boisko Schillaciego. Według wspomnień rezerwowego bramkarza Stefano Tacconiego, chwilę wcześniej powiedział mu: "Totò, przygotuj się, bo wejdziesz i strzelisz gola… głową, jak John Charles".
Proroctwo spełniło się niemal natychmiast. Po dośrodkowaniu Viallego Schillaci wyskoczył najwyżej i zdobył zwycięską bramkę. Stadion eksplodował z radości, a razem z nim całe Włochy. W jednej chwili anonimowy rezerwowy stał się bohaterem narodowym.
Choć w kolejnym spotkaniu ze Stanami Zjednoczonymi znów rozpoczął mecz na ławce, presja kibiców i mediów była tak duża, że Vicini "musiał" dać mu miejsce w wyjściowym składzie. Schillaci odwdzięczył się najlepiej, jak potrafił — strzelał gole niemal w każdym meczu. Trafiał przeciwko Czechosłowacji, Urugwajowi, Irlandii, Argentynie, a w spotkaniu o trzecie miejsce z Anglią wykorzystał rzut karny, pieczętując tytuł króla strzelców turnieju z sześcioma golami.
Photo Agency / Getty Images
Salvatore Schillaci w meczu przeciwko Anglii
Jego charakterystyczne celebracje przeszły do historii mundiali. Wybałuszone oczy, ogromne emocje i niedowierzanie na twarzy sprawiały wrażenie, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się wydarzyło. Stał się symbolem włoskich "Notti Magiche" — magicznych nocy mundialu 1990.
Włosi nie zdobyli jednak mistrzostwa świata. W półfinale przegrali z Argentyną Diego Maradony po rzutach karnych, choć Schillaci ponownie wpisał się na listę strzelców. Rozczarowanie było ogromne, ale indywidualnie turniej należał właśnie do niego. Oprócz Złotego Buta dla najlepszego strzelca otrzymał także Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza mistrzostw. I... to było wszystko, a nie początek wielkiej kariery.
Po mundialu wszystko zaczęło się sypać. W Juventusie zmienił się trener, a nowy system gry przestał odpowiadać Schillaciemu. Przez 125 dni nie zdobył ani jednej bramki. W wywiadzie dla węgierskiego magazynu "Foci" z 1991 r. mówi z rozbrajającą szczerością:
— Po prostu sparaliżowało mi nogi. Moja głowa nie pracowała już tak jak wtedy, gdy stale znajdowałem się w sytuacjach podbramkowych.
Stefania D'Alessandro / Getty Images
Totò Schillaci na rok przed śmiercią - w 2023 r.
Przyznawał, że jest napastnikiem "żyjącym z gry na granicy spalonego".
Później było już tylko trudniej. W Juventusie i Interze nie potrafił nawiązać do dawnej formy, coraz częściej zmagał się z kontuzjami, a kibice — zwłaszcza na północy Włoch — zaczęli traktować go bardziej jak rozczarowanie niż bohatera. Pojawiały się nawet rasistowskie obelgi pod adresem piłkarza z Sycylii.
W 1994 r. wyjechał do Japonii, zostając jednym z pierwszych włoskich piłkarzy w tamtejszej lidze. W barwach Jubilo Iwata odzyskał radość z gry i w ciągu trzech sezonów zdobył 60 bramek. To jednak nie przywróciło mu mocno zardzewiałej już sławy.
Giuseppe Bellini / Getty Images
Pożegnanie z legendą. Telebim i minuty ciszy dla Salvatore Schillaciego
Po zakończeniu kariery prowadził szkółkę piłkarską w Palermo, próbował także sił w polityce i telewizji. W reprezentacji Włoch rozegrał zaledwie 16 spotkań i strzelił siedem goli. Sześć z nich padło podczas jednego turnieju — mundialu 1990. Niewielu piłkarzy zapisało się w historii tak krótkim, ale tak spektakularnym występem.
Schillaci zmarł we wrześniu 2024 r. po długiej walce z chorobą nowotworową. Miał 59 lat. Dla młodszych kibiców pozostaje dziś postacią nieco zapomnianą, jednak dla tych, którzy pamiętają włoskie lato 1990 r., jego wytrzeszczone oczy po kolejnych golach są jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów w historii mistrzostw świata.
Image Photo Agency / Getty Images
Salvatore Schillaci i Roberto Baggio w 1990 r.
Nie został legendą na miarę Diego Maradony czy Roberto Baggio. Rzadko się o nim mówi, wspominając największe włoskie gwiazdy, jak wspomniany Baggio, Filippo Inzaghi, Alessandro Del Piero czy Christian Vieri. Nawet wcześniejszy od niego Paolo Rossi jest częściej wymieniany. Schillaci nieco wymyka się wspomnieniom, tak jak wymykał się obrońcom rywali na piłkarskiej imprezie swojego życia.