RAK
    Za tyle chcieli przemycić mnie do USA. Padła konkretna kwota

    Za tyle chcieli przemycić mnie do USA. Padła konkretna kwota

    600 odsłon
    Za tyle chcieli przemycić mnie do USA. Padła konkretna kwota

    Alberto tylko czeka na koniec kadencji Donalda Trumpa. Wtedy ponownie wjedzie do USA. Nielegalnie, o czym dokładnie mi opowiedział, podobnie jak o ucieczce ze swojej ojczyzny do Meksyku.

    Korespondencja z Meksyku

    Z Alberto poznajemy się, jak to często ma miejsce w Meksyku - przypadkiem. Na jednej z uliczek nieopodal stacji metra Hidalgo zauważam zdjęcie młodej dziewczyny przyczepione do drzewa.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Palą się przy nim znicze w czymś w kształcie kieliszków. Leżą też piłkarskie trąbki, pudełeczko z balsamem konopnym, wymiętolona róża, otworzony batonik, niedokończone spaghetti, niedopite piwo w kubeczku, a na jego wierzchu napoczęty lizak. Wszystko, co w mniemaniu jej bliskich, będzie jej niezbędne na tamtym świecie.

    Nagromadzenie tak przypadkowych rzeczy powoduje, że nie zauważam, jak obok mnie wyrasta mężczyzna o aparycji "El Chapo". Ze słynnym narkobossem łączy go z grubsza tylko niski wzrost — w Tijuanie i okolicach takich niewysokich Meksykanów określa się właśnie mianem "un chapo".

    Potem okazuje się, że i on ma swoje na sumieniu, choć oczywiście nie aż tak wiele.

    Upamiętnienie przyjaciółki Alberto

    Dariusz Dobek / Onet

    Upamiętnienie przyjaciółki Alberto

    — To była moja przyjaciółka. Nawet nie wiedziałem, że nie żyje. Nie wiem, co się jej stało — oznajmia bez przedstawienia się. Dopiero potem dowiaduję się, jak się nazywa (choć na potrzeby tego materiału imię zostało zmienione), że jest Gwatemalczykiem (choć tutaj posługuje się tylko meksykańskim dowodem osobistym, w dodatku podrobionym) i że jest już na emeryturze (choć tak naprawdę aż przebiera nogami, żeby wrócić do pracy w USA).

    — Niech tylko Trump odejdzie ze swojego stanowiska. Wtedy od razu wjeżdżam do Stanów. Zresztą nie tylko ja. Wiesz, ilu ludzi na to czeka? Meksykanie, Kolumbijczycy, Gwatemalczycy, Wenezuelczycy... Wszyscy.

    — Ot tak wszyscy nagle będą mogli wjechać?

    — Już teraz Trump byłby pewnie w stanie zmienić zdanie. Ale jest zbyt dumny. Przecież Amerykanie nie będą się brać za wykonywanie tych najgorzej opłacanych prac. A ci obcokrajowcy, którzy siedzą tam już legalnie, raczej też rozglądają się za czymś innym.

    Jeden moment odmienił wszystko

    Alberto pierwszy raz wyjechał do USA w trakcie prezydentury George'a W. Busha. Swojego amerykańskiego snu może i nie spełnił, ale żył godnie. Wszystko zmieniło się podczas pierwszej kadencji Trumpa. Wtedy zaczęły się deportacje.

    Amerykański urząd antyimigracyjny dość szybko namierzył mojego nowego znajomego i wsadził go do samolotu do Gwatemali. Stało się jasne, że do Stanów nie wróci przez 10 lat. Przynajmniej legalnie.

    Także w ojczyźnie znalazł się na cenzurowanym. Gwatemalskie służby były przekonane, że Alberto musiał popełnić jakieś przestępstwo, skoro został deportowany przez USA. — Nic takiego nie miało miejsca. Gdyby było inaczej, wyszedłbym z samolotu w kajdankach, a nie jako wolny człowiek — zauważa.

    Jego kartoteka została już jednak zapaćkana. Istniały poważne obawy, że nie będzie mógł wyjechać legalnie z Gwatemali. Zdecydował się więc na nielegalne przekroczenie granicy na rzece.

    — Usumancita jest bardzo szeroka. Jak stąd do tamtego miejsca. — Alberto wskazuje jakiś punkt, który po zmroku i tak jest mi ciężko zobaczyć. Więc po prostu przytakuję, że zdołałem sobie uzmysłowić, o jaki dystans mu chodzi.

    — Normalnie trzeba wziąć łódkę. Ja przepłynąłem tę rzekę wpław — zarzeka się, a widząc moje niedowierzanie, dodaje: — Bardzo dobrze pływam.

    Wyzwiska pod adresem Trumpa na ulicach Meksyku

    Dariusz Dobek / Onet

    Wyzwiska pod adresem Trumpa na ulicach Meksyku

    Jak twierdzi, później część trasy przeszedł na nogach, część pokonał busami i znalazł się w Veracruz na karaibskim wybrzeżu Meksyku. Stamtąd dostanie się do stolicy to była już bułka z masłem.

    — W sumie to po co tu przyjechałeś? Przecież i tak nie pracujesz.

    — Poziom życia jest tu znacznie wyższy niż w Gwatemali.

    — To z czego się utrzymujesz?

    — Robię to, tamto.

    — Na czarno?

    — A jak. Chociaż mógłbym oficjalnie. Jestem przecież obywatelem Meksyku. — Ostatnie słowa wymawia z ewidentnym błyskiem w oku.

    Pogubiłem się. Mówię Alberto, że chyba nie nadążam. Że albo mi to wytłumaczy, albo się rozchodzimy, bo powoli ta rozmowa zaczyna nie mieć sensu.

    — Chwila, muszę za potrzebą. Nie, nie, nie odchodź. Zasłoń mnie. Możesz się odwrócić — pozwala mi łaskawie. W duchu powtarzam sobie, żeby na pożegnanie nie podać mu ręki, tylko zbić żółwia (spojler: nie pamiętałem).

    O higienie zapominam już po chwili, gdy Alberto wręcza mi meksykański dowód. Na zdjęciu rzeczywiście jest on, ale dane nie pokrywają się już z tym, co o sobie mówił. Możliwe więc, że jest fałszywy.

    Tylko ten nosi przy sobie. Gdyby zatrzymali go na ulicy z dwoma różnymi dokumentami tożsamości, ale z jego zdjęciem na obu, trafiłby po prostu za kratki. Gdy widzimy się następnego dnia, pokazuje mi gwatemalski dowód. Zdjęcie podobne, cała reszta inna.

    — Tutaj funkcjonuję jako Meksykanin, żeby za te dwa lata bez problemu móc opuścić ten kraj. Understand me? — upewnia się, chcąc zarazem zaznaczyć, że kilkunastoletni pobyt w USA na marne nie poszedł.

    Taka przyjemność kosztuje 2,5 tys. pesos. Za nieco ponad pięć polskich stówek można w Meksyku nabyć nową tożsamość. Dlaczego więc już teraz nie zdecydował się na wjazd do USA jako Meksykanin? — Służby Trumpa są bardzo skrupulatne. W trakcie wywiadu na granicy mógłbym powiedzieć coś nie tak, jeszcze zaczęliby grzebać i by się dokopali. Poczekam te dwa lata.

    Nielegalne przekroczenie granicy też nie wchodzi w grę. Głównie ze względu na pieniądze. Alberto ma jednak rozeznanie w tej kwestii. — Płacisz 8 tys. dolarów i transportują cię do samego Los Angeles. Jak to się odbywa? Zostaw mi swój numer, to skontaktuję cię z kim trzeba. Tylko zapisz mi na kartce, bo nie mam telefonu.

    Nagły zwrot

    Podobną rozmowę odbywam z taksówkarzem w Tijuanie. Najpierw wręcz rozpływa się nad tym, że to miasto znakomicie prosperuje, bo wielu mieszkańców mieszka po meksykańskiej stronie, ale codziennie przekracza granicę, zarabia w dolarach, które potem wydaje w Tijuanie i okolicach.

    Dopytuję więc, czy wielu jest takich, którzy przekraczają granicę w tamtą stronę tylko raz i niekoniecznie legalnie.

    — Ten biznes dalej się kręci. Tylko teraz jest to trochę bardziej skomplikowane. Ale nie aż tak. Za odpowiednią kwotę wszystko da się zrobić.

    Ile wynosi ta odpowiednia kwota? — Kilkanaście tys. dol. — odpowiada bez wahania.

    Granica amerykańsko-meksykańska w Tijuanie

    Dariusz Dobek / Onet

    Granica amerykańsko-meksykańska w Tijuanie

    Pytam więc, czy byłby w stanie polecić mi kogoś takiego. Jakiegoś coyote, który trudni się przemytem ludzi_._ Kierowca najpierw przeciągle się śmieje, a później wlepia we mnie wzrok w lusterku wstecznym. Zupełnie jakby chciał mnie przejrzeć, czy nie jestem człowiekiem podstawionym przez służby. Chwila ciszy i mój telefon zaczyna wibrować. Dojechaliśmy na miejsce.

    — Idź. Może spotkasz kogoś takiego na plaży. Oni wszyscy są wśród nas. Niekoniecznie się wyróżniają — rzuca już z poważną miną.

    Nieprawdopodobna puenta

    — To jak? Chcesz, żeby przemycić cię przez granicę? Powiedz tylko słowo. — Alberto świdruje mnie wzrokiem. Chyba zwietrzył szansę na swoją działkę.

    Takiej usługi oczywiście nie potrzebuję. Granicę w Tijuanie przekraczam dosłownie w kilkadziesiąt sekund. Amerykański pogranicznik niespecjalnie jest zainteresowany tym, co będę robił w USA. Mój bagaż nie obchodzi dosłownie nikogo. Nie zostaje przeskanowany, żaden pies też się nim nie interesuje.

    Alberto już by wiedział, jak to wykorzystać. Najpierw musiałby się stawić na granicy. Poczeka jednak na koniec prezydentury Trumpa.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?