
Wystarczy odejść zaledwie kilkadziesiąt metrów od głównych bram Wimbledonu, by zderzyć się z brutalną rzeczywistością. Z przydomowych płotów, drzew i okien bogatych rezydencji krzyczą wymowne banery. W cieniu najbardziej prestiżowego turnieju świata rozpętała się właśnie wojna o 200 milionów funtów.
Korespondencja z Londynu
Dzielnica SW19 przez dwa tygodnie w roku zamienia się w globalną stolicę sportu. Tłumy ciągnące ze stacji metra Southfields w stronę kortów Wimbledonu zazwyczaj chłoną atmosferę tenisowego święta. W tym roku jednak, spacerując uliczkami bezpośrednio sąsiadującymi z kompleksem, trudno uciec od narastającego napięcia. Mieszkańcy zrzeszeni wokół inicjatywy Save Wimbledon Park mają dość i postanowili uderzyć w nieskazitelny wizerunek turnieju dokładnie wtedy, gdy patrzą na niego miliony kibiców.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— Nieoficjalnie, w poprzednich latach wielu lokalnych mieszkańców protestowało w pierwszy poranek przy kolejce, ale teraz zdecydowaliśmy się nadać temu bardziej oficjalny charakter, by upewnić się, że wiedzą, iż nas nie słuchają — tłumaczyła Susan Cusack, rzeczniczka grupy, cytowana przez lokalny portal Clapham Junction Insider.
O co toczy się ta wojna? O gigantyczne, opiewające na 200 mln funtów plany rozbudowy tenisowej świątyni. Władze Wimbledonu chcą zagospodarować tereny dawnego pola golfowego. Ich projekt jest imponujący: 38 nowych kortów trawiastych, olbrzymi stadion z widownią na 8 tys. miejsc i cała masa budynków technicznych. Docelowo kompleks ma powiększyć się niemal trzykrotnie.
Klub tłumaczy to koniecznością utrzymania turnieju na samym szczycie. Rzecznik All England Clubu w oświadczeniu dla brytyjskiego BBC przekonuje, że to "jedna z największych sportowych transformacji dla Londynu od 2012 r.", która "przyniesie społeczności znaczne korzyści ekonomiczne i środowiskowe".
Kiedy jednak przechodziłem ulicami bezpośrednio sąsiadującymi z kompleksem kortów, spotkałem się wyłącznie z głosami przeciwko rozbudowie. Na bramach, drzewach i budynkach mieszkańcy Wimbledonu zawieszają jednoznaczne banery.
Maciej Trąbski
Plakaty mieszkańców Wimbledonu wspierające protest
— Nasze obawy dotyczą rozkopania 30 hektarów terenów zielonych, zniszczeń ekologicznych, a także problemu, z jakim zmagaliby się okoliczni mieszkańcy przez 10 lat nieustannych prac budowlanych — wyliczała Cusack w rozmowie z dziennikarzami BBC. — To po prostu korporacyjna chciwość i zawłaszczanie terenu — dodała.
Maciej Trąbski
Plakaty mieszkańców Wimbledonu wspierające protest
Wtórował jej inny protestujący, Simon Wright: — Zarobią na sprzedaży dodatkowych 8 tysięcy biletów dziennie. Sęk w tym, że infrastruktura nie poradzi sobie z taką liczbą osób. To posłuży tylko zwiększeniu dochodów klubu, który zrzesza wyłącznie prywatnych członków.
Maciej Trąbski
Plakaty mieszkańców Wimbledonu wspierające protest
Najbardziej fascynujące w tym buncie jest to, kto stanął po stronie protestujących. Do rewolty dołączył Richard Rees. To człowiek-legenda, wybitny architekt, który w latach dziewięćdziesiątych projektował kort numer jeden i słynne wzgórze Henman Hill. Ten sam człowiek, który stworzył dzisiejszy urok Wimbledonu, teraz otwarcie punktuje plany klubu.
— Przyjrzałem się projektowi przygotowanemu przez All England Club i nie jestem pod wrażeniem — przyznał architekt cytowany przez lokalny portal. — Po pierwsze, jest tam o wiele za dużo kortów, które są niepotrzebne dla funkcjonowania klubu. Po drugie, nowy kort nr dwa, wielkości Royal Albert Hall [legendarna sala koncertowa w centrum Londynu], miałby powstać na obszarze parku objętym umową ochronną i wpisanym na listę zabytków. To zupełnie zbyteczne.
Rees przygotował nawet alternatywny projekt. Zaproponował budowę zaledwie 21 kortów i mniejszego stadionu, udowadniając, że to w zupełności wystarczy do organizacji kwalifikacji, chroniąc jednocześnie historyczne tereny. Jak zareagowały władze turnieju?
— Kiedy próbowaliśmy zasugerować plan alternatywny, All England Club po prostu odesłał nam to samo, co odpowiedział w 2021 r. Wiemy, że nie słuchają nas od pięciu lat — ujawniła Susan Cusack. Opcja kompromisu dla Wimbledonu po prostu nie istnieje. Chcą wszystkiego.
mike egerton / Getty Images
Protestujący mieszkańcy Wimbledonu
mike egerton / Getty Images
Protestujący mieszkańcy Wimbledonu
Za kulisami najważniejszego turnieju tenisowego na świecie toczy się walka Dawida z Goliatem. Mieszkańcy zebrali z własnych kieszeni dwieście tysięcy funtów, by walczyć z klubem w sądach. Złożyli apelacje, powołują się na stare umowy gwarantujące ochronę terenów rekreacyjnych.
Turniej trwa w najlepsze, ale gdy za kilka dni zgasną jupitery, a gwiazdy tenisa rozjadą się do domów, mieszkańcy SW19 zostaną sami ze swoim problemem. Jeśli ich apelacje nie powstrzymają machiny All England Clubu, słynny angielski park wkrótce zamieni się w potężny plac budowy. Londyńczycy nie zamierzają jednak wywieszać białej flagi.