
Mistrzostwa świata 2026 miały być dla amerykańskich barów i restauracji żyłą złota. Tysiące kibiców z całego świata codziennie zapełniają lokale i zostawiają rachunki liczone w setkach dolarów. Jest jednak jeden problem — wielu gości nie zostawia napiwków.
Region Nowego Jorku odwiedziło już około 1,2 mln fanów piłki nożnej. Lokale przeżywają oblężenie od porannych transmisji aż po późnonocne świętowanie. Choć obroty biją rekordy, pracownicy gastronomii alarmują, że mundial wywołał prawdziwą "wojnę o napiwki".
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— Zdarzały się stoliki, których rachunek wynosił prawie 700 dolarów, a napiwek był symboliczny albo nie było go wcale — mówi Louise Daggett, kelnerka nowojorskiego McCarthy’s Pub, cytowana przez "New York Post".
Problem wynika głównie z różnic kulturowych. W wielu krajach napiwki nie są standardem albo są już wliczone w cenę usługi. Tymczasem w USA stanowią ważną część dochodów pracowników restauracji i barów.
— Goście często pytają: "Jak to działa?". Tłumaczę im, że w Nowym Jorku napiwki są bardzo ważne i po prostu przyjęło się je zostawiać — opowiada Daggett.
Niektóre miasta postanowiły działać. W Kansas City, Atlancie czy Filadelfii część lokali zaczęła automatycznie doliczać do rachunków 20-procentowy napiwek. Ma to chronić pracowników przed stratami i ograniczyć nieporozumienia z zagranicznymi kibicami.
W Nowym Jorku takich rozwiązań jednak nie wprowadzono. Efekt? Kelnerzy i barmani muszą liczyć na dobrą wolę klientów oraz edukować ich w zakresie lokalnych zwyczajów.
— Wielu turystów jest przekonanych, że obsługa została już opłacona w cenie rachunku. To nie skąpstwo, tylko kwestia przyzwyczajeń — tłumaczy Anne Calimano, współwłaścicielka Hurley’s Saloon.
Mimo narzekań pracownicy gastronomii przyznają, że mundialowy boom i tak jest dla nich opłacalny. Lokale pękają w szwach od rana do nocy, a liczba klientów rekompensuje część strat wynikających z niższych napiwków.
— Wiedzą, że nie dostaną standardowych 20 procent, ale są tak zajęci, że i tak zarabiają — przyznaje Calimano.
Barman Cathal Reynolds z Garvey’s Irish Pub również podchodzi do sprawy ze spokojem. Jak zauważa, wielu kibiców wydało już fortunę na podróż i bilety.
— Skoro przyjechałeś do Nowego Jorku na mundial, warto poznać też miejscowe zwyczaje. To część całego doświadczenia — podkreśla.
Na razie wygląda więc na to, że mundialowa atmosfera wygrywa z frustracją obsługi.