
Nie dawał za wygraną i leżąc w łóżku, starał się pracować na laptopie. Gdy ręce coraz bardziej odmawiały posłuszeństwa, choć zdołał jeszcze poruszać palcem prawej dłoni — walczył z ustawieniem kursora i próbował pisać. Włodzimierza Szymańskiego, wieloletniego redaktora "Przeglądu Sportowego", wcześniej lekkoatletę, wspomina Lech Ufel.
Uroczystości pogrzebowe odbędą się 26 czerwca w Gdańsku. Msza w Kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus (godz. 10), pogrzeb na Cmentarzu Garnizonowym (11.30).
18 czerwca zmarł wieloletni redaktor "Przeglądu Sportowego", wcześniej lekkoatleta — Włodzimierz Szymański. Nasz dawny dziennikarz cieszył się wielkim uznaniem zwłaszcza za wiedzę w dziedzinie chodu sportowego, w której uchodził za autorytet. Miał niespełna 73 lata.
"Wiesz co, czuję się jakoś dziwnie. Pójdę do lekarza" — mówił mi Włodek, gdy dawna klubowa wiara zawodników Spójni Gdańsk (inna nazwa SLA Sopot) zebrała się w kawiarence sopockiego stadionu lekkoatletycznego. Wspominaliśmy wtedy minione przygody z okazji jubileuszu naszego ówczesnego trenera Henryka Tokarskiego. Kilka tygodni później, w marcu 2015 r., Włodek podzielił się tragiczną wiadomością. Zdiagnozowano u niego podstępną chorobę SLA — stwardnienie zanikowe boczne.
Poznałem Szymańskiego w Gdańsku jeszcze w czasach szkolnych w 1970 r. Trenowaliśmy wtedy w klubie GKS Wybrzeże. Ja biegałem, on uprawiał chód, do którego namówił go kolega z technikum, bo tamten nudził się na trasie. Włodek mu towarzyszył, aż stał się świetnym zawodnikiem. Dwukrotnie zajmował czwarte miejsce w mistrzostwach Polski juniorów, raz wystąpił w juniorskiej reprezentacji kraju w meczu międzypaństwowym. Cechował go niezwykły hart ducha.
Gdy w Wybrzeżu zlikwidowano sekcję lekkoatletyczną, występował w barwach Gwardii Olsztyn (1971), później Bałtyku Gdynia (1972–73), ale widywaliśmy się na treningach w sopockim lesie, bo trafił do Spójni (1974–75). Kiedy kończył z czynnym uprawianiem sportu, ówczesnego studenta ekonomii udało się namówić na dziennikarskie próby w prasie studenckiej ("TS Politechnik"). Odkrył wtedy, że świetnie włada piórem. Podążył następnie moim szlakiem do redakcji "Przeglądu Sportowego", gdzie wyróżnił się fachowymi tekstami o tematyce lekkoatletycznej. Po kilkunastu latach w "PS" wyjechał do USA, gdzie podjął współpracę z nowojorskim "Nowym Dziennikiem". Po powrocie do kraju dał się poznać m.in. czytelnikom "Dziennika Bałtyckiego", a jeszcze bardziej środowisku statystyków PZLA i międzynarodowej organizacji ATFS, której został członkiem już w 1987 r.
Włodek marzył o spisaniu "Historii chodu sportowego w Polsce". Z myślą o stworzeniu wyjątkowej monografii dziesiątki lat gromadził niezbędne informacje. Po całym świecie zbierał dane statystyczne, docierał do protokołów dawnych zawodów i zapomnianych chodziarzy. Nie spodziewał się, że nagła choroba stanie się przeszkodą w jego planach. "Nie poddam się, będę walczył" — mówił, gdy go odwiedzałem w gdańskim mieszkaniu. Ale choroba się rozwijała, z czasem następował paraliż kolejnych partii mięśni, nawet tych odpowiedzialnych za połykanie, mówienie czy oddychanie. Konieczny był zabieg tracheotomii, pojawił się respirator, specjalna rurka do karmienia. Porozumiewał się za pomocą mimiki, znakami przekazywanymi mrugnięciem oka. Zdany był na ogromny trud nieustannego odsysania śliny. Ale nie dawał za wygraną i leżąc w łóżku, starał się pracować na laptopie. Gdy ręce coraz bardziej odmawiały posłuszeństwa, choć zdołał jeszcze poruszać palcem prawej dłoni — walczył z ustawieniem kursora i próbował pisać. Nieuleczalna choroba odbierała nawet wzrok i mimo troskliwej opieki żony, dziennikarki Ireny Łaszyn, przekazał swój dorobek kolegom z LA, by dokończyli dzieła. Cierpiał, ale wyznawał, że wszystko ma swój sens.
Uroczystości pogrzebowe odbędą się 26 czerwca w Gdańsku. Msza w Kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus (godz. 10), pogrzeb na Cmentarzu Garnizonowym (11.30).