
Toni Kukoc był koszykarzem, którym był zafascynowany Jerry Krause. Menedżer generalny Chicago Bulls chciał go koniecznie ściągnąć do drużyny Phila Jacksona, ale przeciwni takiemu rozwiązaniu byli Michael Jordan i Scottie Pippen. W efekcie utalentowany Chorwat nie trafił do zespołu Byków na początku lat 90., o czym wspomniał Johnny Smith w książce "Jumpman.
W przeciwieństwie do Michaela Jordana Scottie Pippen nigdy nie był opiewany jako ogólnokrajowy wzór. Gdy w sezonie 1990/91 narzekał na swój kontrakt, wielu rodziców zastanawiało się, czy daje dobry przykład podziwiającym go dzieciom. W trakcie recesji, gdy wielu dorosłych traciło pracę, Pippen — profesjonalny sportowiec zarabiający ponad 14-krotność mediany dochodów gospodarstwa domowego w Illinois — rozczarował część fanów, gdy głośno powiedział, że czuje się niedoceniany finansowo. W sytuacji, w której Jordanowi udało się przekonać Amerykę, że gra z miłości do koszykówki, ultimatum jego kolegi — "zapłaćcie mi albo mnie wymieńcie" — czyniło z niego osobę chciwą, nielojalną wobec zespołu. Wielu kibiców wymagało takiej lojalności od zawodowych sportowców, ale już nie od właścicieli drużyn. Ci sami fani z romantycznym nastawieniem do tego sportu ignorowali to, że NBA jest biznesem opartym na pracy zawodników wybieranych przez kluby, które decydowały o tym, gdzie będą mieszkać i wykonywać tę pracę.
Krytycy Pippena, w tym Jerry Krause, narzekali, że powinien okazywać więcej wdzięczności Bulls, którzy zagwarantowali mu takie zarobki, jakie przeciętny pracownik przyjąłby bez gadania. Menedżer powiedział Pippenowi, że ten "wszystko mu zawdzięcza", tak jakby żaden inny zespół NBA nie dostrzegł jego talentu w wieczór draftu i tylko on, a nie sam zawodnik, odpowiadał za wyciągnięcie go z biedy. To zbyt częsta śpiewka, wykorzystywana zwłaszcza w sytuacjach, gdy zawodowi sportowcy, zwłaszcza czarni, chcieli negocjować lepsze kontrakty. Przez całe dekady promotorzy twierdzili, że "sport dał Murzynom wiele dobrego" — paternalistyczny banał propagujący ideę, że merytokracja to kluczowa ideologia w zawodowym sporcie. Ten proces zakłamywania historii sportu sprawiał, że opinia publiczna miała uwierzyć, jakoby czarni sportowcy nie mieli przeciwko czemu protestować, bez względu na to, czy chodziło o wykorzystywanie na tle ekonomicznym, czy o brutalność policji. Zmuszała ich do skonfrontowania się z poglądem, że powinni "przyjąć postawę bezgranicznej wdzięczności — doceniać to, że dzięki sportowi wyrwali się z nizin społecznych, co nie udało się wielu takim jak oni", zauważał historyk Jelani Cobb.
Pippen uważał, że wnosi do drużyny zdecydowanie więcej, niż wskazywałby jego kontrakt, a od początku sezonu jego nieufność wobec Krause’a jeszcze się pogłębiła. Twierdził, że działacz go okłamał, nie dotrzymał obietnicy podpisania nowej umowy przed Bożym Narodzeniem, choć on i Jerry Reinsdorf utrzymywali, iż zadeklarowali jedynie rozpoczęcie w tym terminie negocjacji. W lutym Pippen opuścił kilka treningów, wymawiając się problemami żołądkowymi. Gdy jednak powrócił do zajęć, w zasadzie potwierdził w rozmowach z chicagowskimi dziennikarzami, że był to protest wobec zbyt wolnego postępu w pertraktacjach. "Uznałem, że i tak niewiele będzie się na nich działo", rzucił z szelmowskim uśmiechem. Odkąd pojawił się na obozie treningowym po tym, jak zagroził strajkiem, dopóki nie stanie się drugim najlepiej opłacanym graczem Bulls, żałował, że się ugiął. "Miałem nadzieję, że zostanę za to wynagrodzony — mówił w marcu. — Z perspektywy czasu uważam, że był to pewnie najgłupszy błąd, jaki popełniłem w całym swoim życiu".
Jednym z problemów Pippena było to, że nie zgadzał się na granie przed kamerami, tak jak to czynił Jordan. Ten wiedział, jak pokazywać opinii publicznej jedynie to, co chciał jej ujawniać, jego boiskowy partner natomiast nie zamierzał niczego ukrywać. Nie uśmiechał się w stronę fotografów i operatorów kamer zaglądających do szatni drużyny. W rozmowach z dziennikarzami nie zdradzał wiele ze swojego życia, nie interesowała go akceptacja tych, którzy kreowali bohaterów meczów. Zamiast tego "stał się jednym z bohaterów mitu o kimś »innym«", jak zauważył dziennikarz Scott Poulson-Bryant. Jedyni ludzie, którym Pippen naprawdę ufał, mieszkali w Hamburgu. Jego rodzina i przyjaciele z Arkansas niczego od niego nie chcieli. A jednak osoby piszące o koszykówce wymagały od niego, by się tłumaczył — nie tylko z gry na parkiecie, lecz także ze swoich myśli. Zawodnikowi Bulls, człowiekowi cichemu i wyważonemu, odpowiadanie na takie pytania sprawiało wręcz ból. W początkach kariery ten "surowy dzieciak z prowincji" z trudem udzielał pomeczowych wywiadów, nie mogąc ukryć wyraźnej nieśmiałości, którą jeszcze bardziej potęgowały ostre światła skierowane na jego kanciastą twarz.
Na początku kwietnia postanowił być jeszcze bardziej stanowczy w negocjacjach z zarządem. Jeśli Bulls nie zapłacą mu tyle, ile chce, będzie domagał się wymiany — tak przynajmniej twierdził publicznie, choć w rzeczywistości wcale nie pragnął wyprowadzki z Chicago. "Mam dość negocjacyjnego klinczu po stronie Bulls — irytował się. — Mówią, że dadzą mi nową umowę, i zawsze coś staje na przeszkodzie. Jeśli zdrowie mi na to pozwoli, dokończę ten sezon w Bulls, ale bez większego przekonania. Nie mogę zagwarantować, że dam z siebie wszystko, bo jestem naprawdę zły".
Reinsdorf był kompletnie zszokowany, gdy przeczytał to oświadczenie. Nie potrafił sobie wyobrazić Pippena obijającego się na parkiecie. To przecież nie rozwiązałoby problemu. Wiedział, że zawodnik czuje się ignorowany, bo on i Krause poświęcali dużo uwagi Toniemu Kukočowi, którego Bulls wybrali w drugiej rundzie draftu. Reinsdorf ustalił zatem termin spotkania z Pippenem i jednym z jego agentów na końcówkę marca, tuż przed tym, jak wraz z Krause’em mieli lecieć do Jugosławii, by ostatecznie zdecydować o zatrudnieniu Kukoča. Właściciel klubu usiłował przekonać Pippena, że chęć ściągnięcia do drużyny utalentowanego Chorwata w żaden sposób nie wpłynie na rozmowy dotyczące przedłużenia jego umowy. Jeśli jednak — stwierdził — Bulls zdecydują się na podpisanie umowy z Kukočem w tym roku, będą potrzebowali 1,8 miliona dolarów, które mają jeszcze do wykorzystania w puli wynagrodzeń. Jeśli nie uda im się dogadać z bałkańską gwiazdą, część z tych pieniędzy trafi do Pippena. Bez względu na efekt tych rozmów Reinsdorf zagwarantował swemu podwładnemu pięcioletnią umowę opiewającą na 18 milionów dolarów. Obiecał mu, że podpiszą ją po zakończeniu sezonu. "Nawet jeśli doznałbyś teraz kontuzji — powiedział — i tak ci zapłacimy. Bez względu na to, co ci się stanie, umowa jest pewna".
"Rozumiesz to, Scottie?", spytał kilka razy. Według niego koszykarz przystał na to, lecz gdzieś w jego głowie musiało rodzić się pytanie, czy obietnice Reinsdorfa są warte cokolwiek więcej niż fałszywe banknoty.
Gdy prezes Bulls leciał do rodzinnego miasta Kukoča, chorwackiego Splitu, portu nad Adriatykiem, sądził, że sprawa kontraktu jest już załatwiona. Obawiał się jednak, że wrogie wypowiedzi Pippena pod adresem trzykrotnego zdobywcy nagrody dla europejskiego gracza roku zniechęcą Chorwata do podpisania umowy. Choć Phil Jackson wielokrotnie dzwonił do niego i zapewniał, że widzi w nim potencjalną gwiazdę NBA, jeśli ten zdecyduje się dołączyć do Bulls, Pippen i Jordan odmówili wsparcia prób ściągnięcia go do Chicago. Drugi z nich uważał, że Europejczycy są zbyt miękcy, by odnosić sukcesy w NBA — to dość powszechna krytyka skierowana w stronę graczy z Bałkanów, choć oparta wyłącznie na stereotypach. Amerykanie często nie doceniali zagranicznych zawodników. Uważali ich za zbyt delikatnych — pasywnych i stroniących od fizycznej walki — by mogli rywalizować z miejscowymi koszykarzami. "Poczekajmy, aż dostanie łokciem w twarz od Laimbeera — mówił Jordan. — Więcej nie odważy się wejść pod kosz". Przewracał jedynie oczami, gdy Krause chciał pokazać mu kompilację najlepszych zagrań Kukoča. Kiedy zaś generalny menedżer poprosił go, by zadzwonił do Chorwata, zaśmiał się tylko i rzucił sławne: "Nie mówię po jugosłowiańsku".
Mieszkający osiem tysięcy kilometrów od Chicago Kukoč doskonale czuł lodowaty stosunek Jordana i Pippena do niego. Od lat marzył o grze w NBA. Podobnie jak całe rzesze młodych fanatyków koszykówki z Jugosławii bez końca oglądał kasetę lidera Bulls "Come Fly with Me". "Każdy chciałby grać z Michaelem Jordanem", mówił w październiku 1990 roku. Od tamtej pory martwił się jednak coraz bardziej o to, czy zdoła dopasować się do gwiazd Bulls, choć Krause utrzymywał, że nauczą się współpracować. Menedżer wyobrażał sobie ich wspólną znakomitą grę w ofensywie trójkątów — Jordan, Pippen i Kukoč byli przecież niezwykle wszechstronnymi zawodnikami, znakomicie radzącymi sobie z piłką w ręku, ale też świetnymi strzelcami. Działacz uważał, że z Kukočem i Pippenem na boisku Jordan nie będzie musiał zmagać się z ciągłym podwajaniem.
Mierzący 211 centymetrów, smukły, z opadającymi ramionami i długimi, chudymi rękoma, koszykarz z Bałkanów wyglądał, jakby nigdy w życiu nie dźwigał ciężarów na siłowni. Był chudy, choć poruszał się z gracją, niesamolubny, miał dryg do podań i spory zasięg rzutu. Na Starym Kontynencie nazywano go "Białym Magicem". Już jako nastolatek został gwiazdą europejskich parkietów i sprawił, że zaczęto porównywać go z rozgrywają cym Los Angeles Lakers. Gdy Bulls wybierali go z 29. numerem draftu, zaledwie 21-letni wówczas Kukoč zdążył już poprowadzić reprezentację Jugosławii do mistrzostwa świata w 1990 roku oraz dwóch kolejnych tytułów mistrzów Europy. Był, jak wspominał Krause, "Jordanem Europy. Bogiem. Nie mógł wyjść na ulicę, żeby nie dopadł go natychmiast tłum fanów". Jeśli Jordan usłyszałby to porównanie, pewnie przyjąłby je jako zniewagę, kolejny policzek ze strony starego koszykarskiego skauta, który nie ma o niczym pojęcia. Bez względu na to, co opowiadał Krause, wciąż nie wierzył, że Kukoč będzie w stanie rywalizować z Amerykanami. "Każdy sam może to ocenić — mówił. — Jeszcze żaden Europejczyk nie został tu gwiazdą".
Jordan miał rację. W jego lidze nie było do tamtej pory Europejczyka, który naprawdę by się wybił, ale koszykarski świat stopniowo się rozrastał. W latach 90. drużyny NBA wybrały w drafcie w sumie 130 graczy z zagranicy, a 70 procent z nich pochodziło z sześciu dawnych republik jugosłowiańskich. Już pod koniec lat 80., gdy liga się powiększała, co wiązało się ze wzrostem zapotrzebowania na zawodników, skauci i dyrektorzy drużyn eksplorowali rynek europejski w poszukiwaniu wielkich koszykarskich talentów. Wcześniej przepływ kulturowy w tej dyscyplinie sportu był raczej jednokierunkowy: amerykańscy zawodowcy, którym nie udało się dostać do NBA, znajdowali zatrudnienie w Europie, zwłaszcza w krajach basenu Morza Śródziemnego, gdzie grali w ligach na poziomie porównywalnym do niższych rozgrywek w ich kraju. Pod koniec lat 80. około 100 byłych zawodników NBA występowało w europejskich drużynach. W tym samym czasie ekipy z tej ligi zaczęły wybierać w drafcie nieliczne talenty z Europy. Na początku sezonu 1990/91 w składach zespołów NBA widniało ośmiu Europejczyków, w tym dwóch kolegów Kukoča z reprezentacji Jugosławii: obrońca Portland Trail Blazers Dražen Petrović — wkrótce oddany do New Jersey Nets — oraz środkowy Los Angeles Lakers Vlade Divac.
Rozwiązanie w 1990 roku partii rządzącej bałkańską federacją — Związku Komunistów Jugosławii — zwiastowało wybuch wojny domowej i rozpad najlepszej koszykarskiej drużyny narodowej na świecie. Te powiązane ze sobą wydarzenia ukształtowały życie i karierę Toniego Kukoča. W trakcie ostatniej dekady zimnej wojny jugosłowiańska kadra narodowa, czyli zlepek sześciu grup etnicznych — Serbów, Chorwatów, Słoweńców, muzułmanów z Bośni, Czarnogórców i Macedończyków — znakomicie radziła sobie na arenie międzynarodowej dzięki finansowanemu przez państwo systemowi szkolenia. Trenujący w kraju rządzonym przez socjalistyczny reżim gracze ucieleśniali panslawistyczną ideę "braterstwa i jedności", lecz narzucona przez władzę solidarność zaczęła pękać pod naciskiem tendencji nacjonalistycznych. W maju 1990 roku Chorwacja, ojczyzna Kukoča, stworzyła wielopartyjny parlament i wkrótce potem ogłosiła niepodległość. Kilka miesięcy później na mistrzostwach świata w Buenos Aires, gdy Jugosławia świętowała zwycięstwo w finale przeciwko Sowietom, na parkiet wbiegł fan machający flagą Chorwacji. Wściekły Serb Vlade Divac, "rozczochrany gigant o łagodnym spojrzeniu", zabrał mu ją, krzycząc, że wygrała zjednoczona Jugosławia, a nie zespół Chorwatów, Serbów i Bośniaków. Czerwony ze złości chorwacki kibic wrzeszczał, że trzymana przez Vladego jugosłowiańska flaga jest "gówno warta". Były to ostatnie mistrzostwa świata z udziałem koszykarskiej reprezentacji Jugosławii.
W Chicago — nazywanym "drugim największym chorwackim miastem" ze względu na dużą diasporę Chorwatów — poza okolicami zamieszkałymi przez tę grupę etniczną niewielu fanów Bulls interesowało się Kukočem czy jugosłowiańską kadrą narodową. Krause miał jednak prawdziwą obsesję na punkcie swojej draftowej zdobyczy. Po wybraniu Chorwata czterokrotnie odwiedzał Jugosławię, w tym raz z Reinsdorfem. Podobno dzwonił do domu zawodnika w Splicie ponad 100 razy. Aż promieniał, opowiadając wszystkim, jak go "odkrył". "To było w trakcie meczu play-offów w Detroit w 1989 albo 1990 roku. Leon Douglas [były koszykarz, mający na koncie występy w NBA — przyp. aut.], który grał w Europie, podchodzi do mnie i mówi: «Jerry, jest taki jugosłowiański rozgrywający, którego musisz zobaczyć. Biały, 211 centymetrów wzrostu, a jest głodny gry jak czarny dzieciak z getta». Więcej nie musiałem wiedzieć".
W czasach gdy biali amerykańscy gracze stopniowo znikali z NBA, Krause był zachwycony tym, że ta chorwacka nadzieja białych potrafi zdominować na parkiecie czarnych. W jego oczach zapalał się ogień, gdy wspominał, jak Kukoč zszokował amerykański zespół podczas Igrzysk Dobrej Woli w Seattle w 1990 roku, blokując próbę wsadu gwiazdy Georgetown Alonzo Mourninga, muskularnego zawodnika, którego mało kto był w stanie zatrzymać. Co więcej, Chorwat sam zaliczył wsad na Mourningu, najlepszym blokującym w amerykańskiej kadrze. Ta niesamowita akcja zachwyciła Krause’a. "Mourning był w szoku — wspominał. — Nie sądzę, by jakikolwiek biały koszykarz kiedykolwiek zaliczył wsad przy jego obronie".
Phil Jackson także spoglądał na umiejętności Kukoča przez typowo amerykański pryzmat rasowy, sugerując, że są one zbliżone do tych prezentowanych przez białych graczy urodzonych w Stanach. Twierdził, że charakterystyka rasowa ma wpływ na podejście Chorwata do gry. Tym samym ignorował zupełnie to, że jugosłowiańska szkoła koszykówki ceniła kreatywność i improwizację — cechy często utożsamiane z czarnymi graczami z Ameryki — równie mocno, jak koszykarskie podstawy i pracę zespołową. Odnosząc się do Kukoča, Jackson wyjaśniał: "Nasz styl koszykówki oraz stosowany przez nas system pasują do umiejętności wielu białych zawodników — rzut z konkretnego miejsca, ruch piłki, ścinanie do kosza — w przeciwieństwie do koszykówki siłowej, często naturalnej dla czarnych graczy, którą charakteryzują pojedynki jeden na jednego, szybkość czy skoczność". W latach 90. skauci, dyrektorzy i trenerzy z NBA, a także dziennikarze, przy ocenie europejskich graczy w coraz większym stopniu zwracali uwagę na to, że biali obcokrajowcy mają w porównaniu z czarnymi amerykańskimi zawodnikami znakomicie opanowane podstawy: ustawianie zasłon, wypychanie rywala spod kosza, ruch bez piłki oraz "sprytne" podania. W skrócie: wielu obserwatorów NBA dochodziło do wniosku, że europejscy koszykarze są "łatwiejsi do trenowania", bardziej efektywni i w mniejszym stopniu skupiają się na indywidualnych popisach.
Ostatecznie naciski Krause’a w sezonie 1990/91 nie odniosły skutku i Kukoč nie dołączył do zespołu. Wobec sporego międzynarodowego zainteresowania jego usługami oraz coraz większego politycznego zawirowania w Jugosławii zawodnik postanowił podpisać opiewający na ponad cztery miliony dolarów rocznie sześcioletni kontrakt z Benettonem Treviso z ligi włoskiej. W ramach umowy klub ten pokrywał podatki odprowadzane od zarobków Kukoča, a sam gracz mieszkał niedaleko swojej rodziny. Krause nie krył swojego rozczarowania, ale wcale się nie poddawał. Powiedział reporterom, że bałkański talent ma w swoim kontrakcie klauzulę pozwalającą mu na odejście z włoskiej drużyny. I kiedyś — Krause wierzył w to mocno — będzie największą gwiazdą Chicago Bulls, co potwierdzi bystrość i wyczucie menedżera i udowodni, że wcale nie potrzebuje on Michaela Jordana.
Gdy Krause i Reinsdorf wrócili z Chorwacji, kilku kolegów z drużyny irytowało Pippena plotkami o tym, jakoby władze chciały zastąpić go Kukočem. To tylko podsycało niepewność Scottiego. Zaczął zastanawiać się nad swoją przyszłością w Bulls. Po tym, jak przeczytał o poważnej, potencjalnie wykluczającej z gry do końca sezonu kontuzji Charlesa Barkleya, Pippen — jak donosił Sam Smith — zadzwonił do swojego agenta "niemal w histerii", obawiając się, że gdyby przydarzył mu się równie ciężki uraz, wszelkie zapewnienia Reinsdorfa nie będą nic warte. "Chcę podpisać kontrakt już teraz — oświadczył. — Muszę coś podpisać już teraz". Gdy jego przedstawiciel zadzwonił do Reinsdorfa, ten się wściekł. — Dosyć! Właściciel klubu coraz bardziej irytował się postawą zawodnika. Domagał się, by ten przekazał prasie, że "doszło do nieporozumienia". Pippen się ugiął. "Niedokładnie mnie zacytowano — stwierdził. — Zawsze dawałem z siebie wszystko tej drużynie, i to się nie zmieni. Nigdy nie zrobiłbym czegoś, co mogłoby zaszkodzić moim kolegom z zespołu. Nie chcę też zmieniać klubu".
Nawet gdy Pippen już wycofał się z gróźb, Krause potrzebował upewnić się, że będzie miał ostatnie słowo. "Nigdzie nie odchodzisz, Scottie. Jesteś nasz i tu zostaniesz. Bez względu na to, co zrobisz lub powiesz. Lepiej się z tym pogódź".
Oświadczenie menedżera rozsierdziło koszykarza. Swoją frustrację przekuł w najlepszy sezon w swojej karierze. Notował średnio niemal 18 punktów, siedem zbiórek i sześć asyst na mecz. I choć Michael Jordan narzekał, że ofensywa trójkątów go ogranicza, on także znakomicie prezentował się w tym systemie, rzucając 31,5 punktu na spotkanie. Bulls zakończyli sezon zasadniczy z najlepszym na Wschodzie bilansem 61-21, aż 11 wygranych przed Detroit Pistons. Gdy przyszedł czas play-offów, niszczyli kolejnych rywali: wygrali 3-0 w pierwszej rundzie z Knicks oraz sprawili lanie Charlesowi Barkleyowi i 76ers w czterech z pięciu rozegranych spotkań kolejnej fazy. Przyszedł czas na rewanż, którego wszyscy w Chicago tak mocno pragnęli.
Tłumaczenie: Jakub Michalski
Partner Wydawnictwo SQN
[REKLAMA] Okładka książki "Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną".