
"Celem działania UPA nie było mordowanie Polaków, tylko walka o niepodległość Ukrainy" — pisze w swym tekście dla Onetu historyk Piotr Gontarczyk z Instytutu Pamięci Narodowej. I dodaje: "Patrzę na wystąpienia polityków i publicystów, podburzających przeciwko Ukraińcom, z niesmakiem i niedowierzaniem".
Sytuacja wydaje się prosta: organizacja lub związek przestępczy to grupa osób, która powstała w celu lub w trakcie popełniania czynu zabronionego. To nie ma nic wspólnego z UPA: celem działania tej organizacji nie było mordowanie Polaków, tylko niepodległość Ukrainy od 300 lat — a tak się składa, że to niepodległość wykuwana głównie w walce z Moskalami i Polakami. Jakie pretensje mieli Kozacy do Rzeczypospolitej, celnie punktuje w "Ogniem i mieczem" Bohdan Chmielnicki. Podzielam opinię Pawła Jasienicy, że to Polakom zabrakło mądrości, żeby w stosownej chwili Rzeczpospolitą Dwojga Narodów przekształcić w Rzeczpospolitą Trojga Narodów — do Polaków i Litwinów dodać Ukraińców.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
W finale Polacy i Ukraińcy — oba bratnie narody — trafili pod but Moskwy. Kiedy w XX w. Rzeczpospolita odzyskała niepodległość, była i polska kolonizacja Wołynia, i szykany wobec Ukraińców, i próby brutalnej polonizacji. O tym nie wolno zapominać. Parafrazując stare powiedzenie: jak chcesz wystawiać rachunki, to zacznij od siebie. Dopiero potem wzajemne krzywdy można ważyć sprawiedliwie i z umiarem.
Mamy obowiązek opisywania i potępiania eksterminacji polskiej ludności podjętej w 1943 r. przez UPA na południowo-wschodnich Kresach. Ale nie możemy uciekać od realiów epoki.
Rzeź wołyńska to fragment tragicznej historii XX w., gdy triumfowały ideologie gloryfikujące rozwiązania "ostateczne" w eliminacji całych narodów. Tą drogą poszedł w czasie wojny także ukraiński ruch narodowy — stąd mordowanie Polaków. To nie zmienia faktu, że Ukraińską Armię Powstańczą trzeba traktować jako formację niepodległościową, której celem była "samostijna Ukraina". O nią przyszło się zmierzyć członkom UPA przede wszystkim z Sowietami, ale niestety za swych wrogów nacjonaliści ukraińscy uznali też zamieszkujących Wołyń Polaków. Tyle że to jeszcze nie powód, żeby uznać ją za formację zbrodniczą.
PAP/Vladyslav Musiienko / PAP
9 czerwca 2026. Prace poszukiwawcze w Hucie Pieniackiej, gdzie mogą znajdować się masowe mogiły Polaków zabitych przez UPA w lutym 1944 r. Prace prowadzi IPN we współpracy z Ukraińcami
Nieporozumienie między Polakami i Ukraińcami polega tu na rzeczy kluczowej: my potępiamy zbrodnię, Ukraińcy usiłują ją zamilczeć, a nawet racjonalizować. Dla nich UPA to legenda — jak u nas Armia Krajowa, Narodowe Siły Zbrojne (NSZ), Wolność i Niezawisłość (WiN) i Narodowe Zjednoczenie Wojskowe (NZW). Czy nam się to podoba, czy nie, tak właśnie jest — UPA ma dla niepodległej Ukrainy niekwestionowane zasługi.
Skoro Polacy i Ukraińcy postrzegają tę historię inaczej, to trzeba rozmawiać i artykułować swoje poglądy, próbując zrozumieć punkt widzenia drugiej strony. Zamiast tego prof. Mirosław Szumiło krytykuje rozumiejącego różne punkty widzenia i niuanse prof. Normana Daviesa, pisząc twardo, że UPA to organizacja zbrodnicza, a nawet, uwaga, "kryminalna". To nie jest nauka. To ideologia, propaganda i wyzwiska.
W tym momencie mógłbym zarzucić dalszą polemikę z tekstem prof. Szumiły, gdyby nie inne frapujące informacje z jego tekstu. Szumiło napisał, że UPA słabo walczyła z Niemcami. Tłumaczę i wyjaśniam: o niepodległość walczy się z tym, kto jest jej największym zagrożeniem. Od 1943 r. Niemcy tę wojnę przegrywały, więc groźniejszy dla Ukrainy był komunizm i Związek Sowiecki. Po co więc było tracić siły w walce z Niemcami?
Uwagi prof. Szumiły w tej materii wyglądają jak te z PRL o AK "stojącej z bronią nogi" — która rzekomo nie walczyła z Niemcami, oszczędzała siły i czekała na konflikt Zachodu lub polskiego podziemia z ZSRR. Albo komunistyczne hasła wobec "zbrodniarzy i kolaborantów" z NSZ, którzy głosili i wcielali w życie hasło: "nim Hitler runie, śmierć komunie". W propagandzie PRL hasło to było wyjątkowo użyteczne, bo miało świadczyć o tym, że NSZ nie chciały walczyć z Hitlerem, lecz skupiały się na mordowaniu komunistów i walce z lewicowym podziemiem.
Prof. Szumiło pisze, że także po wojnie walcząca z Sowietami UPA to organizacja wręcz zbrodnicza: "Według zestawienia sporządzonego przez stronę sowiecką od 1944 r. na terenach zachodniej Ukrainy z rąk UPA zginęło ponad 30 tys. osób. Ponad 8 tys. stanowili funkcjonariusze NKWD, milicjanci i żołnierze Armii Czerwonej. Wśród pozostałych ofiar byli urzędnicy, działacze partyjni, ale także ponad 15 tys. mieszkańców wsi i kołchozów, czyli zwykłych chłopów, zarówno ukraińskich, jak i polskich. Oznacza to, że nawet po wojnie większość ofiar UPA stanowiła ludność cywilna".
Polskie podziemie także po wojnie likwidowało różnych aktywistów, zdrajców i ukrytych konfidentów w ramach regularnej samoobrony własnych szeregów, siatki współpracowników w terenie i polskiej ludności. Te ofiary potem w raportach MO i UB były klasyfikowane jako zwykli chłopi.
W Ukrainie działanie niepodległościowej konspiracji było bez porównania trudniejsze niż w Polsce. Totalne metody działania NKWD — w tym masowy werbunek agentów — powodowały, że UPA musiała być w takich sprawach wyjątkowo bezwzględna. Czasem wraz konfidentem zabijała jego rodzinę, nawet dzieci, które z zemsty mogły zadenuncjować sąsiadów wspierających podziemie. Kto tu kogo zabił i dlaczego? To materiał do badań. W dodatku Szumiło opisuje ofiary cywilne, biednych chłopów i kołchoźników zabitych przez UPA, za pomocą niewiarygodnych statystyk NKWD. Po tylu latach pracy z aktami komunistycznych służb specjalnych w IPN? To żenujące.
Krytyka wypowiedzi prof. Normana Daviesa jako rzekomego apologety ukraińskich nacjonalistów pochwalających UPA nie ma podstaw naukowych. To ideologia i propaganda, wręcz wyzwiska, z odwołaniem do wątpliwych danych statystycznych.
Zamiast trudnej naukowej debaty z sąsiadem prof. Szumiło zaprezentował ultymatywne żądanie uznania UPA za organizację zbrodniczą, nawet kryminalną. Taka postawa znana jest Ukraińcom od 300 lat: Lachy znów pokazują wyższość cywilizacyjną i moralną, tupią nogą z marsową miną i oświadczają, kogo sobie nie życzą w historii Ukrainy. Na ich miejscu też przestałbym rozmawiać z butnym historycznym agresorem i pokazałbym mu zasłużony — tym bardziej że pochodzi z Polski — gest Kozakiewicza.
Od ponad roku patrzę na wystąpienia polityków i publicystów, wygadujących głupstwa i podbechtujących antyukraińskie nastroje w Polsce, z niesmakiem i niedowierzaniem. Prof. Andrzejowi Szeptyckiemu, wiceministrowi nauki, wypomina się ukraińskie pochodzenie — przy czym żaden z atakujących go chłystków nie rozumie, że jego przodkowie to jeden z wybitniejszych rodów Rzeczypospolitej o wielkich zasługach dla polskiej historii.
Tekst prof. Mirosława Szumiły to kolejna w przestrzeni publicznej eskalacja arogancji wobec sąsiada, tyle tylko, że tym razem sygnowana tytułem profesorskim i szyldem Instytutu Pamięci Narodowej.
Arkadiusz Ziolek / East News
Centrala Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie
Mam do Szanownego Kolegi prośbę. Ilekroć ja publikuję w mediach teksty publicystyczne, jest tam zawsze informacja, że pracuję w IPN, ale tekst odzwierciedla tylko i wyłącznie moje poglądy. Ja nie obciążam IPN swoimi opiniami, więc niech profesor także tego nie robi. Jeśli obaj będziemy przestrzegali tej zasady, to unikniemy sytuacji, w której nasza polemika angażuje IPN w bieżące awantury polityczne z Ukrainą, i mu szkodzi.
Dr Piotr Gontarczyk jest pracownikiem naukowym Instytutu Pamięci Narodowej, historykiem PRL, autorem i współautorem kilkudziesięciu publikacji, w tym głośnej książki "SB a Lech Wałęsa". Pracował w biurze Rzecznika Interesu Publicznego, czyli prokuratora lustracyjnego. Tekst wyraża jego osobiste poglądy.