
— A właśnie, mówiłeś, że jesteś z Polski. Tak jak [Szymon] Marciniak, co nie? To świetny sędzia, a taki cyrk tutaj odstawił — piekli się Anglik, a ja nie wiem, jak mam bronić przegranej sprawy.
Korespondencja z Miami
Od razu po końcowym gwizdku w meczu Norwegia — Anglia (1:2) ładuję się do autobusu dla mediów z myślą o tym, żeby jak najszybciej dojechać do centrum i usiąść w jakiejś knajpie z transmisją ostatniego z ćwierćfinałów. Korki skutecznie uniemożliwiają obejrzenie pierwszej połowy i początku drugiej, więc po dotarciu do śródmieścia wybieram pierwszą lepszą restaurację.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Zasiadam przy barze, a obok mnie dwójka Anglików około "60" sączy piwo. Nie wyglądają na takich, którzy przesadnie ucieszyli się z awansu do strefy medalowej. Szwajcarzy właśnie wyrównali z Argentyną, więc zaczepiam moich sąsiadów pytaniem, z kim woleliby zagrać w półfinale.
— Wiadomo, że ze Szwajcarią byłoby łatwiej. Ale to z Argentyną mamy pewne rachunki do wyrównania. Czekamy już 40 lat. — Wypowiadając ostatnie słowa, żyły na jego ręce ściskającej butelkę ewidentnie się napięły.
Chodzi oczywiście o mecz na mistrzostwach świata w 1986 r. W trakcie brytyjsko-argentyńskiego konfliktu zbrojnego o Falklandy, Synowie Albionu zmierzyli się z Diego Maradoną i spółką na meksykańskim Estadio Azteca. "El Pelusa" dał prawdziwy show. Najpierw trafił do siatki "ręką Boga", a później przeprowadził rajd przez połowę boiska zakończony "golem stulecia". I Anglicy odpadli w ćwierćfinale.
Potem te drużyny zmierzyły się ze sobą na mundialach jeszcze dwa razy, ale już nie w takim anturażu. Choć i tak te mecze zapisały się w historii mistrzostw świata. W 1998 r. Wyspiarze przegrali po rzutach karnych w 1/8 finału. Jedynym winowajcą okrzyknięto Davida Beckhama, który dał się sprowokować Diego Simeone i dostał czerwoną kartkę.
Na odkupienie swoich win czekał cztery lata. Na kolejnym mundialu był autorem jedynej bramki w meczu tych drużyn, przez co Argentyna odpadła już w fazie grupowej.
Mija kilka minut i z boiska wylatuje Breel Embolo. Jest to decyzja co najmniej kontrowersyjna, bo drugie upomnienie dostał po analizie VAR, który co do zasady żółtych kartek nie weryfikuje.
— W każdym meczu jest to samo! FIFA ciągnie za uszy Argentynę. Tak jest od początku tego turnieju! — piekli się Anglik.
Kładę tylko uszy po sobie, bo zaraz będę musiał bronić przegranej sprawy.
— A właśnie, mówiłeś, że jesteś z Polski. Tak jak Marciniak, co nie? To świetny sędzia, prowadził finał mistrzostw świata i Ligi Mistrzów, a taki cyrk odstawił tutaj w pierwszym meczu. Przecież Messi powinien dostać czerwoną kartkę w meczu z Algierią. Marciniak go oszczędził! Po co mu to?
— Zgadzam się. Tyle że pierwszy gol Bellinghama z Norwegią nie powinien zostać uznany.
— Dlaczego?
— Piłka trafiła w kabel od kamery, sędzia nie przerwał gry, Anglicy przejęli piłkę i zaraz padł gol na 1:1.
— Coooo? Pierwsze słyszę! — odpowiada przeciągle Anglik, po czym mruga do mnie okiem i dziarsko pociąga łyk piwa.
W tzw. sukurs przychodzi mu jego kolega.
— Pierwszy raz w Polsce byłem w 1993 r.
— Z okazji meczu?
— Tak.
— Chorzów?
— Tak, Stadion Śląski. Angielskich kibiców było niewielu. Myślałem, że dostaniemy wp*****l. A tu w trakcie meczu Polacy zaczęli się bić między sobą! Siedzieliśmy o tak — w tym momencie mój rozmówca pokazuje rozdziawione usta. — Niedawno wróciłem do Polski z okazji meczu Anglii z Ukrainą [we wrześniu 2023 r.] i nie mogłem uwierzyć, że to ten sam kraj, w którym byłem 30 lat temu. Przylecieliśmy do Warszawy, tam byliśmy jakiś czas, później pojechaliśmy do Wrocławia. Bezpieczne, piękne, zadbane miasta. Wow! — nie może się nachwalić.
— O tak, stary. To musi być znakomite miejsce do życia. Mam nadzieję, że niedługo znowu będę miał okazję przyjechać — dodaje jego kolega.
Gdy po kilkunastu minutach Julian Alvarez strzela w samo okienko, łapie się za głowę i zaczyna przeciągle siorbać piwo przez słomkę. Po chwili wypluwa jeszcze z siebie serię angielskich słów rozpoczynających się na "f".
Czas rewanżu nieubłaganie nadchodzi.