
— Trzeba to dopiero zbudować, nauczyć pomysłu i gry, która ma nas charakteryzować. To jest proces, zawodnicy potrzebują czasu na adaptację, ale wierzę, że wydarzy się to szybko — mówi nam trener Łukasz Tomczyk, który przygotowuje się do nowego sezonu w pierwszoligowej Odrze Opole. Wraca też do nieudanej przygody w Rakowie Częstochowa.
Karol Bugajski (Przegląd Sportowy): Łukasz Tomczyk przychodzi do Odry Opole w poszukiwaniu spokoju?
Łukasz Tomczyk (Trener Odry Opole): Na pewno każdego trenera charakteryzuje to, że chciałby mieć trochę czasu na pracę, przeżyć pierwsze porażki i wyciągnąć z nich wnioski, a do tego dostawać zaufanie w trudnych momentach. Wszyscy wiemy jednak, że Opole jest głodne sukcesów, więc tego spokoju na 100 proc. nie będzie.
W ciągu niewiele ponad pół roku pracuje pan już w trzecim klubie. Spora dawka wrażeń, ale po nagłym zakończeniu przygody z Rakowem Częstochowa pewnie też chęć jak najszybszego powrotu.
Po takim okresie na pewno było pewne zmęczenie, odczułem to dopiero na urlopie. Trochę się działo, bo najpierw był awans z Polonią Bytom, potem niezła runda jesienna w I lidze, huśtawka emocjonalna, bo musisz zmienić klub, na którym ci zależało na drugi, który jest również dla ciebie ważny. A tam europejskie puchary, debiut w PKO BP Ekstraklasie, Puchar Polski, przegrany finał, potem zwolnienie i już następny klub. Trochę się tego nazbierało, ale to wszystko są wartościowe doświadczenia.
Nie będę pana pytał, czy z perspektywy czasu żałuje pan związania się z Rakowem, ale zastanawiam się, jak często miał pan refleksję, na ile faktycznie było to potrzebne na tamtym etapie kariery?
Wiadomo, że zawsze wszystko jest po coś. Wychodzę z założenia, że z szans trzeba korzystać, bo kolejne mogą się już nie pojawić. Okresu pracy w Rakowie na pewno nie uważam za błąd, tylko kolejny krok w rozwoju swojej kariery.
Różnych emocji w Rakowie można było spodziewać się w związku z przegraną na PGE Narodowym, ale raczej nie tego, że 26 godzin po meczu oficjalnie ogłosi zmianę szkoleniowca. Co się działo w Częstochowie 3 maja, kiedy tracił pan pracę?
Zawsze musisz się spodziewać różnych scenariuszy, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że byłem na to przygotowany. Nie miałem żadnych sygnałów, że finał Pucharu Polski będzie decydujący dla mojej przyszłości. Wręcz przeciwnie, raczej czułem, że zespół wchodzi na odpowiednie tory po wcześniejszych wynikach w lidze. Jeśli już mógłbym się tego spodziewać, to może trochę wcześniej, ale na pewno nie w takim momencie. Byliśmy po pięciu meczach z rzędu bez porażki, w tym dwóch kolejnych wygranych w PKO BP Ekstraklasie. Natomiast wiemy, jakim klubem jest Raków, o co zawsze gra, więc przegrana w finale na pewno mogła spowodować taką decyzję. 3 maja ona zapadła i tyle.
NATANAEL BREWCZYNSKI / 400mm.pl/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Łukasz Tomczyk jako trener Rakowa Częstochowa
Po pańskim zwolnieniu pojawiło się wiele komentarzy ze środowiska piłkarskiego, że Raków potraktował pana nie fair, zważywszy, jak wcześniej zależało mu na pańskim przejęciu z Polonii Bytom. Pan sam podpisałby się pod taką oceną?
Na pewno był to dla mnie krótki, ale i intensywny czas. Dużo pracowałem w Polonii Bytom, a w Rakowie tej pracy było jeszcze więcej. Na tym polega zawód trenera, chociaż nikt nigdy nie udowodni tego, ile czasu pracujemy w domu, gdzie można się bardziej skupić, a to w praktyce jest praca przez 24 godziny na dobę. Praca oczywiście nie tylko moja, ale również całego sztabu, bo wiem, ile chłopaki poświęcali na to czasu. W półfinale Pucharu Polski z GKS Katowice (4:4 po dogrywce i awans po rzutach karnych) to właśnie sztab zachował się kapitalnie, wzmocnił zawodników, dał im tę iskrę i pokazał plan na drugą połowę.
HUGO WIECKOWSKI / 058SPORT.PL/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Łukasz Tomczyk stracił pracę w Rakowie po przegranym finale STS Pucharu Polski (0:2 z Górnikiem)
Dawali wskazówki, dawali energię, więc cała ekipa, która poszła ze mną do Rakowa zachowywała się bardzo fajnie, a zarzucano im brak doświadczenia. Oczywiście, wszyscy się uczyliśmy, bo na pewno brakowało nam obycia w tak dużym klubie, przecież wszyscy znali nasze CV, ale czas grał na naszą korzyść, wszyscy dawaliśmy z siebie maksa. Na koniec kolejny raz przekonaliśmy się, że w sporcie nie ma sentymentów, a uważam, że ten czas jest jednak potrzebny, jak we wszystkich branżach i każdy go potrzebuje. To, co mi Raków dał i jak mnie potraktował, niech już każdy oceni indywidualnie.
Z okolic klubu po decyzji o pańskim zwolnieniu płynęły bardziej lub mniej oficjalne sygnały, że do zmiany na ławce doszło, bo zagrożony był awans do europejskich pucharów. Zgadza się pan z takim postawieniem sprawy?
Każdy w klubie ma prawo się czegoś obawiać, ale trener jest tak mocny, jak wiara kibiców i ludzi odpowiedzialnych w niego. Pierwszy trener zawsze czuje, czy prezes, albo właściciel w niego wierzą. Jeżeli w tamtym momencie ta wiara została zachwiana, to może był dobry ruch, bo ja też bym to odczuł.
Co do europejskich pucharów, byliśmy na czwartym miejscu, z dwoma punktami straty do wicelidera i trzema meczami u siebie do zagrania — z Arką, która jak się okazało przyjechała już zdegradowana, Korona miała nie najlepszy moment i z Jagiellonią można było powalczyć. Miałem plan na te spotkania, wiedziałem, jak pobudzić zespół i wierzyłem, że możemy bić się do końca nawet o wicemistrzostwo Polski, bo kalendarz nam sprzyjał, a ja miałem swoje wnioski po finale. Ja wierzyłem, ale decyzja zapadła, jaka zapadła.
Poziom PKO BP Ekstraklasy pana zaskoczył? To była dla pana duża różnica względem wcześniejszych doświadczeń w Polonii Bytom?
Nie ma się co oszukiwać, poziom PKO BP Ekstraklasy poszedł do przodu i jest już pewna przepaść między nią a I ligą pod względem opakowania, stadionów, pieniędzy, możliwości, każda drużyna ma kuchnię, a na poziomie niżej nie ma tyle pieniędzy, żeby sobie na takie rzeczy pozwolić. Różnica organizacyjna jest duża.
Jeżeli chodzi o zawodników, nie jest to już takie oczywiste, czego najświeższym przykładem jest chociażby Rafał Adamski, który świetnie się odnalazł w Legii Warszawa po transferze z Pogoni Grodzisk Mazowiecki, a w obecnym okienku w podobnym kierunku z Polonii Warszawa podążył Łukasz Zjawiński. W I lidze można się w wypromować, co w sumie mogę też powiedzieć o sobie, ale ten szczebelek wyżej różnica jest odczuwalna, więc musiałem się dostosować, bo taka jest też rola trenera.
KAMIL WOLNY/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Łukasz Tomczyk jako trener Polonii Bytom
Wielu młodych, ambitnych trenerów po pierwszej szansie w PKO BP Ekstraklasie, zwłaszcza tak niespodziewanie przerwanej, chce za wszelką cenę pozostać w najwyższej lidze. Co pana przekonało, żeby związać się z Odrą Opole, dla której szczytem możliwości w poprzednim sezonie było utrzymanie się na zapleczu elity?
Chciałem pracować w projekcie z potencjałem i zasobami, w takim projekcie, w którym mogę coś dać od siebie. W Rakowie wiele rzeczy jest już wypracowanych i nie jest tak łatwo wprowadzić coś swojego. Jestem młody, chcę pracować, a Opole jest spójne z moją wizją. Trzeba wszystko robić z głową, bo nie wszystko będzie łatwe i szybkie, ale wiem, że z tymi ludźmi można zrobić coś fajnego.
Mówi pan o metodzie małych kroków, a pańskie zatrudnienie przez Odrę natychmiast wywindowało oczekiwania. Temat walki o PKO BP Ekstraklasę przewija się coraz częściej.
Też się już z tym zderzyłem i powiem szczerze, że nawet nie myślałem, że moje przyjście tak podniesie te nastroje. Trzeba próbować za tym nadążyć, ale musi to być zdrowe, bo to nie jest takie proste, czego przykłady niedawno mieliśmy nawet w PKO BP Ekstraklasie. Z drugiej strony nie można tego przycinać, bo chcę wygrywać każdy mecz, co z tymi najbardziej optymistycznymi oczekiwaniami koresponduje. Rozbudziłem apetyty i trzeba będzie temu sprostać.
Póki co przez klub przechodzi rewolucja kadrowa. Po stronie ubytków jest już jedenaście nazwisk, a wzmocnienia, choć interesujące jak choćby Mathieu Scalet z Motoru Lublin, na razie tego nie rekompensują.
I to jest właśnie kwestia cierpliwości, na której mi zależy. Jest czterech nowych członków sztabu, jedenastu zawodników odeszło, a sprawa kadry wciąż jest otwarta, bo jasne, że potrzebujemy rywalizacji. Trzeba to dopiero zbudować, nauczyć pomysłu i gry, która ma nas charakteryzować. To jest proces, zawodnicy potrzebują czasu na adaptację, ale wierzę, że wydarzy się to szybko. Na razie to faktycznie mała rewolucja.
Credit: Mateusz Sobczak / PressFocus/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Mathieu Scalet w letnim okienku podpisał już kontrakt z Odrą
W minionej rundzie śledził pan losy Polonii Bytom? Serce pewnie bolało widząc, jak zespół, który zostawiał pan na pozycji wicelidera po rundzie jesiennej, osuwa się znacznie poza strefę barażową.
Oczywiście, że obserwowałem ich mecze. Myślę, że zawsze będę życzył Polonii jak najlepiej i chciał jej rozwoju oraz sukcesów. Nie będąc bezpośrednim rywalem Polonii, zawsze chciałbym, żeby byli jak najwyżej. Teraz sytuacja się zmieni, bo znowu jesteśmy w tej samej lidze, ale taki jest sport. Polonia zawsze będzie miejscem, z którego wypłynąłem i o tym nie zapomnę.
JAROSLAW FIEDOR / newspix.pl
Łukasz Tomczyk jako trener Polonii Bytom
Termin meczu Odry przeciwko Polonii zakreślił pan już w kalendarzu nowego sezonu na czerwono? Po raz pierwszy zagracie pod koniec października, w 13. kolejce, w Bytomiu.
Nie, naprawdę. Cieszę się, że w 1. kolejce zagramy u siebie, ze spadkowiczem z PKO BP Ekstraklasy Arką Gdynia. Może uda się zapełnić cały stadion i kibice będą naszym dwunastym zawodnikiem. Chciałbym, żeby ich doping pchał nas do ataku, do intensywności i dawał dodatkową energię, jaką widziałem już na stadionie w Opolu, obserwując Odrę przed podpisaniem kontraktu w samej końcówce poprzedniego sezonu.