RAK
    Toksyczne biuro. Tak psychopaci przejmują władzę w pracy

    Toksyczne biuro. Tak psychopaci przejmują władzę w pracy

    1568 odsłon
    Toksyczne biuro. Tak psychopaci przejmują władzę w pracy

    Toksyczne biuro nie zawsze zaczyna się od krzyku. Czasem zaczyna się od charyzmatycznego szefa, który "wie lepiej". Od obietnic, które brzmią zbyt dobrze.

    W książce "Toksyczne biuro" David Gillespie pokazuje, jak psychopatyczne cechy mogą działać w miejscu pracy: przez manipulację, kontrolę, brak empatii i bezwzględne podporządkowywanie ludzi celowi. To opowieść nie tylko o "trudnych charakterach", ale o mechanizmach, które potrafią zniszczyć zespoły, kariery i całe organizacje.

    W artykule przyglądamy się temu, dlaczego tak często ufamy niewłaściwym osobom — i jak rozpoznać sygnały ostrzegawcze, zanim toksyczne biuro stanie się codziennością.

    Fragment książki

    ***

    Kluczowe cechy psychopatii. Bycie drapieżnikiem we własnym gatunku

    W filmie "The Invention of Lying" Ricky Gervais gra Marka Bellisona — pulchnego, zadartonosego "zwykłego faceta". Mark żyje w świecie, w którym wszyscy zawsze mówią prawdę. Reklama Coca-Coli zachęca do kupna tuczącej "brązowej wody z cukrem", bo jest "bardzo znana". Z kolei reklama na autobusie przypomina, by poprosić o Pepsi, "kiedy nie ma Coca-Coli", a dom spokojnej starości reklamuje się hasłem: "Smutne miejsce dla beznadziejnie starych ludzi".

    Na początku filmu Mark idzie na randkę w ciemno z Jennifer. W trakcie spotkania kobieta odbiera telefon od matki i przy stoliku bez skrępowania relacjonuje jej, jak przebiega randka: "Halo? Tak, jestem z nim. Nie, niezbyt atrakcyjny. Nie, nie zarabia dużo. W sumie jest okej. Wydaje się miły. Trochę zabawny. Trochę gruby. Śmieszny, zadarty nosek. Nie, dziś z nim nie pójdę do łóżka. Nie, raczej nawet się nie pocałujemy. Dobrze, ty też. Pa". Mark wcale nie czuje się tym dotknięty. W jego świecie ludzie przez całe życie byli wobec niego niemal chorobliwie szczerzy. Randka kończy się zgodnie z przewidywaniami — krótkim buziakiem w policzek. Pojawia się jednak odrobi­na nadziei, gdy Jennifer obiecuje, że oceni jego szanse na drugą randkę, kiedy będzie trzeźwa.

    Mark pracuje jako scenarzysta w wytwórni filmowej, która produkuje wyjątkowo ciężkostrawne filmy — wier­ne, wręcz szkolne rekonstrukcje słynnych wydarzeń histo­rycznych, opowiadane suchym, beznamiętnym komenta­rzem. W świecie, w którym kłamstwo nie istnieje, nie ma miejsca na fikcję ani na aktorstwo, bo to oznaczałoby uda­wanie kogoś, kim się nie jest. Problem w tym, że Mark nie potrafi zamienić historii z XIV wieku, które ma przypisa­ne jako swój "gatunek", w kinowe hity. Jego scenariusze o czarnej śmierci są szczególnie ponure i zupełnie nie przyciągają widzów, dlatego zostaje zwolniony bez żad­nych formalności. Przed wyjściem z biura Mark sprawdza e-maile i znajduje wiadomość od Jennifer. Informuje ona, że po przeanalizowaniu jego wyglądu, sytuacji finansowej i pozycji życiowej doszła do wniosku, iż jest "zbyt wysoko, poza jego zasięgiem", dlatego nie widzi możliwości związ­ku. Na tym jednak pechowy dzień się nie kończy. Mark zostaje wyrzucony z mieszkania. Czynsz wynosi 800 dola­rów, lecz zgodnie z prawdą bohater przyznaje właścicielo­wi, że na koncie ma tylko 300. Wynajmujący pomaga mu wynieść rzeczy na korytarz i sugeruje, by te 300 dolarów przeznaczył na wynajęcie ciężarówki, która zabierze je z budynku.

    Toksyczne biuro

    Partner Bellona

    Toksyczne biuro

    Mark idzie do banku, żeby wypłacić swoje 300 dola­rów, ale nagromadzony stres sprawia, że w jego głowie coś pęka i po raz pierwszy mówi "coś, co nie jest prawdą". W świecie, w którym kłamstwa nie istnieją, nie ma nawet słowa na ich określenie. Mark prosi kasjerkę o 800 dolarów, choć komputer wyraźnie pokazuje, że na jego koncie jest tylko 300. Kasjerka wierzy Markowi — w końcu ludzie ni­gdy nie kłamią. Wypłaca mu pieniądze i ostrzega współpra­cowników, że system komputerowy jest dziś "trochę wadli­wy". Mark szybko odkrywa, że może powiedzieć absolutnie wszystko, a inni i tak mu uwierzą. Później, w barze, demon­struje swoje nowo odkryte "umiejętności", opowiadając znajomym kolejne zmyślone historie. Mówi im, że jest czar­noskóry. Odpowiadają, że ma bardzo jasną skórę, ale skoro tak mówi, to musi to być prawda. Następnie twierdzi, że jest Eskimosem, a oni zauważają, że nigdy wcześniej nie widzieli czarnoskórego Eskimosa. W końcu oznajmia, że jest jedno­rękim żydowskim astronautą. Zamiast wątpić, pytają go o datę startu w kosmos i o to, jak stracił rękę.

    Świat Marka jest oczywiście pewnym wyolbrzymie­niem, ale zawiera w sobie ziarnko prawdy. Ludzie z natury skłaniają się ku zaufaniu. Naszą domyślną postawą jest uczciwość, dopóki druga strona również taka pozostaje. Gdy ktoś przestaje być fair, odpowiadamy tym samym, aż znów zacznie zachowywać się uczciwie. Nie możemy wprawdzie powiedzieć kasjerowi w banku, że mamy na koncie 800 dolarów, jeśli w rzeczywistości jest tam tylko 300, i liczyć na to, że nam uwierzy. Jednak w codziennych sytuacjach większość ludzi bierze nasze słowa za dobrą monetę, dopóki nie damy im powodu, by stracili zaufa­nie. A gdy ktoś je zawiedzie, często jesteśmy gotowi znów zachowywać się życzliwie, jeśli uwierzymy, że on także zmienił swoje postępowanie. Kiedy Mark odkrywa, że można kłamać, musi to być podobne do tego, co odczuwa psychopata w chwili, gdy po raz pierwszy sobie uświada­mia, że większość z nas domyślnie ufa innym ludziom.

    Mark odkrywa, że reszta świata znajduje się na wyraź­nie gorszej pozycji, ponieważ ludzie z zasady mówią praw­dę. On natomiast jest wolny od takich ograniczeń. Może mówić, co tylko chce, i być traktowany poważnie. Tak właśnie wygląda rzeczywistość z perspektywy psychopaty. To świat pełen naiwnych ludzi, którzy obdarzają innych zaufaniem od pierwszego wejrzenia. W prawdziwym ży­ciu psychopata musi jednak zachować pewną ostrożność, bo nie gramy w grę: ufaj wszystkim zawsze, lecz raczej — wet za wet. Jeśli zauważymy oszustwo, najprawdopodob­niej odpowiemy tym samym. Dopóki jednak psychopata nie wzbudzi naszego niepokoju, może mówić praktycznie wszystko, a my nadal będziemy mu wierzyć. Możliwości są wówczas niemal nieograniczone.

    Jednym z najczęstszych obszarów, w których psycho­paci mijają się z prawdą, są ich CV. Bez oporów wymyśla­ją wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie zawodowe, stosując kłamstwa starannie wtopione w rzeczywistość. Dokładnie sprawdzają firmy, klientów i projekty, do któ­rych się "przyznają", tak aby ich opowieści pasowały do tego, co można znaleźć w publicznie dostępnych źródłach. Dzięki temu ich historie brzmią wiarygodnie i są trudne do podważenia. Często wplatają w nie elementy prawdzi­we albo wybierają takie szczegóły, których nie da się łatwo zweryfikować. Przykładowo mogą twierdzić, że współpra­cowali z prestiżowym klientem, który ceni sobie dyskre­cję, co skutecznie zniechęca innych do zadawania pytań. Psychopaci świetnie radzą sobie z improwizacją i potrafią błyskawicznie dostosowywać swoje kłamstwa do zmieniają­cych się okoliczności. Gdy ktoś zwróci uwagę na sprzeczno­ści lub przedstawi nowe informacje, szybko wymyślają przekonujące wyjaśnienia, by utrzymać fasadę. A ponieważ z natury obdarzamy ludzi zaufaniem, w chwili wahania często skłaniamy się ku temu, by jednak uwierzyć w to, co psychopata nam mówi.

    Mark postanawia sprawdzić, jak daleko może go za­prowadzić jego "supermoc". Idąc ulicą, zauważa niezwy­kle atrakcyjną blondynkę. Kobieta reaguje ostro, każe mu przestać się gapić i daje jasno do zrozumienia, że nie jest nim zainteresowana. Mark rusza za nią i bez mrugnięcia okiem oświadcza, że jeśli nie pójdzie z nim do łóżka, świat ulegnie zagładzie. Wizja końca świata kompletnie ją prze­raża. Po krótkiej rozmowie dochodzą do wniosku, że mają wystarczająco dużo czasu, by znaleźć jakieś ustronne miej­sce, więc jadą do motelu. Tam kobieta, cała roztrzęsiona i zalana łzami, zaczyna się rozbierać. Wtedy Marka dopa­da nagłe poczucie winy. Udaje, że odbiera telefon z NASA, które rzekomo informuje go, że niebezpieczeństwo minę­ło, świat został ocalony, a ona może spokojnie odejść.

    W tym miejscu pojawia się zasadnicza różnica między Markiem a prawdziwym psychopatą. Gdyby Mark rze­czywiście nim był, doszłoby do seksu. Wykorzystałby na­turalną skłonność kobiety do ufania innym. Psychopatów nie interesują cudze emocje. Nie potrafią ich odczuwać, więc w ogóle nie biorą ich pod uwagę. Nie przejmowaliby się tym, że kłamstwo wywołało u dziewczyny silny stres czy cierpienie. Liczyłby się wyłącznie efekt: osiągnięcie celu. Większość z nas ma podobny stosunek do roślin. Być może trawa na moim trawniku "coś czuje", gdy prze­jeżdżam po niej kosiarką, a być może nie. Moje neurony von Economo nie odbierają żadnych sygnałów emocjo­nalnych ze strony trawnika, więc nie uwzględniam ich w podejmowaniu decyzji. Bez większych wątpliwości za­kładam, że koszenie trawy jej nie "krzywdzi". Im bardziej istota, z którą mamy do czynienia, zachowuje się jak czło­wiek, tym chętniej bierzemy pod uwagę jej uczucia. Mało kto martwi się emocjami mrówek czy pająków, ale już psami przejmujemy się bardzo. Niektórzy nawet kotami.

    Psychopata potrafi odczuwać żal wtedy, gdy jego wła­sne działania przynoszą mu szkodę, ale nie jest w stanie odczuwać wyrzutów sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządza innym ludziom. Nie bardziej, niż ty czułbyś wy­rzuty wobec trawy po skoszeniu trawnika. Po prostu nie ma w mózgu mechanizmów, które pozwalałyby mu się przejmować cudzymi emocjami. Jeśli psychopata miałby romans z blondynką i zaraził się opryszczką, żałowałby tego. Ale uczucia tej dziewczyny w ogóle nie pojawiłyby się w jego rozważaniach. Podobnie jak wtedy, gdy skale­czysz się podczas koszenia trawnika — pożałujesz własnego urazu, ale nie będziesz odczuwać żadnej skruchy wobec trawy, którą ściąłeś.

    W świecie psychopaty znaczenie mają wyłącznie jego własne emocje. To cecha fundamentalna, kluczowa do zrozumienia wszystkiego, co robi. Psychopaci wiedzą, że inni ludzie mają emocje, ale sami ich nie odczuwają, dla­tego nie biorą ich pod uwagę automatycznie. Emocje in­nych są dla nich czymś, co muszą świadomie zauważyć i ewentualnie uwzględnić, jeśli uznają to za konieczne. Tę emocjonalną ślepotę postrzegają jako swoją przewagę, niemal supermoc. My natomiast widzimy w niej zaburze­nie psychiczne.

    Ta "supermoc" ma jednak ciemną stronę. W przeci­wieństwie do Marka psychopata w prawdziwym świecie nie może mieć pewności, że wszyscy inni zawsze mówią prawdę. Owszem, zazwyczaj jesteśmy wobec siebie uprzej­mi i życzliwi, ale nie zawsze i nie w każdej sytuacji.

    Nie jesteśmy też tak niezawodni jak sprzedawca "brązowej wody z cukrem" z reklamy telewizyjnej. Empatia wyewo­luowała właśnie po to, by pomagać nam ocenić, czy mo­żemy komuś zaufać. Działa jak swego rodzaju szósty zmysł — po części wykrywacz kłamstw, po części regulator zachowania. Pozwala nam wyczuwać emocje drugiej oso­by i włączać je do własnego procesu decyzyjnego, niemal tak, jakby były naszymi własnymi. Dzięki temu w więk­szości sytuacji powstrzymujemy się od kłamstwa, bo za­kładamy, że druga strona również ma sprawnie działającą empatię. A jeśli tak jest, możemy uznać, że nie zrobi nam krzywdy.

    Psychopata nie odbiera takich empatycznych sygnałów emocjonalnych. To sprawia, że nie jest w stanie nikomu naprawdę zaufać. Nie ma biologicznych podstaw zaufa­nia, więc choć może przypuszczać, że zazwyczaj mówimy prawdę, nigdy nie może mieć co do tego pełnej pewności.

    Jak więc psychopaci sprawiają, że im ufamy? Dzięki urokowi osobistemu. Nawet jeśli podświadomie wyczu­wamy brak empatii, potrafią nas oczarować na tyle, że ignorujemy sygnały ostrzegawcze.

    Hervey Cleckley uznał powierzchowny urok osobisty za jedną z podstawowych cech psychopatii i uwzględnił go we wszystkich nowoczesnych listach kryteriów diagnostycznych. Psychopaci potrafią być niezwykle czarujący. Wykorzystują ten urok, aby rozwiewać wszelkie intuicyj­ne wątpliwości, jakie możemy mieć co do ich intencji. Dla psychopaty urok osobisty jest zasłoną dymną, która pozwala mu spokojnie oszukiwać, a jednocześnie opóź­niać lub neutralizować naszą reakcję na to oszustwo.

    Arnold Toynbee, jeden z najbardziej znanych brytyj­skich historyków i ekspert od spraw międzynarodowych, spotkał się z Adolfem Hitlerem w 1936 r. i wyszedł z tego spotkania z niezwykle pozytywnym wrażeniem. W poufnej notatce dla premiera napisał, że jest "przeko­nany o szczerym pragnieniu pokoju w Europie oraz bliskiej przyjaźni [Hitlera] z Anglią". W tym samym roku były premier Wielkiej Brytanii Lloyd George spędził z Hitlerem kilka godzin na prywatnym spotkaniu. Po jego zakończeniu rozpływał się w zachwytach, mówiąc: "Hitler jest jednym z największych ludzi… Jest urodzonym przy­wódcą. Magnetyczną i dynamiczną osobowością, obda­rzoną jednością celu, niezłomną wolą i nieustraszonym sercem". Podobnie ówczesny premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain, zaledwie kilka miesięcy przed wy­buchem II wojny światowej, po prywatnym spotkaniu sam na sam z Hitlerem stwierdził, że to "człowiek, na któ­rym można polegać, gdy daje swoje słowo". Hitler obiecał Chamberlainowi, że Wielka Brytania i Niemcy nigdy więcej nie pójdą na wojnę. Podpisał nawet dokument za­wierający takie zobowiązanie. Po powrocie do kraju Chamberlain odmówił przestawienia przemysłu na tryb wojenny, obawiając się, że mogłoby to sugerować Hitlero­wi zerwanie ich porozumienia. Pięć miesięcy później Hitler dokonał inwazji na Czechosłowację.

    Mary Trump, siostrzenica Donalda Trumpa, jest psy­cholożką kliniczną i autorką wydanej w 2020 roku książki "Zbyt wiele i nigdy dość. Jak moja rodzina stworzyła najnie­bezpieczniejszego człowieka na świecie". Nie kryje swojej niechęci do słynnego wuja. W książce przytacza krótką historię, która dobrze pokazuje jedno z najpotężniejszych narzędzi w arsenale psychopaty: urok osobisty.

    Był rok 2017. Mary została zaproszona na rodzinne spotkanie w Białym Domu. Świeżo zaprzysiężony prezy­dent stał w drzwiach i osobiście witał każdego z przyby­łych gości. Jak pisze Mary, gdy ją zobaczył, wskazał na nią palcem z wyraźnym zaskoczeniem i powiedział: "Specjal­nie prosiłem, żebyś tu była". Następnie rozłożył ramiona i po raz pierwszy w życiu ją przytulił. "To był typ zdania, którym często czarował ludzi — pisze Mary. — Miał nie­zwykłą umiejętność dopasowywania swoich słów do sy­tuacji, co robiło jeszcze większe wrażenie, zwłaszcza że wiedziałam, iż nie było to prawdą".

    Inni, którzy spotkali Trumpa osobiście, opisywali bar­dzo podobne doświadczenia. Gdy na początku 2017 roku do Białego Domu zaproszono szefów największych firm farmaceutycznych na świecie, nie spodziewali się przyjem­nego spotkania. Przez kilka tygodni Trump ostro ich atakował w mediach społecznościowych, oskarżając, że "uchodzą im na sucho morderstwa", zawyżają bowiem ceny leków ratujących życie. W efekcie kursy akcji ich firm gwałtownie spadły, co kosztowało akcjonariuszy mi­liardy dolarów. Ku ich zaskoczeniu Trump okazał się jed­nak serdecznym gospodarzem. Oprowadził ich osobiście po Białym Domu i Gabinecie Owalnym i ani razu nie zasugerował, że to oni ponoszą winę za wysokie ceny le­ków. Zamiast tego mówił o przestarzałych regulacjach, które podnoszą koszty działalności, oraz o swoich pla­nach, by im pomóc poprzez uproszczenie prawa. Trump bardziej słuchał, niż pouczał, a goście opuszczali Biały Dom z poczuciem, że ich argumenty zostały wysłuchane i prezydent rzeczywiście chce im pomóc.

    Nie było to odosobnione doświadczenie. W 2017 roku agencja Reuters przeprowadziła rozmowy z niemal tuzi­nem dyrektorów i lobbystów, którzy uczestniczyli w po­dobnych spotkaniach. Gdy Trump gościł przedstawicieli amerykańskich producentów samochodów, żartobliwie klepnął dyrektorkę generalną General Motors Mary Barrę w ramię i łagodnym tonem poprosił ją o tworzenie więk­szej liczby miejsc pracy w kraju. Jak wynika z zapisu wi­deo, na początku spotkania odsunął jej również krzesło. Podczas tego samego spotkania przywitał prezesa Forda Marka Fieldsa słowami: "Wszystkiego najlepszego. To dziś jego urodziny, panie i panowie". O prezesie Fiata Chryslera Sergiu Marchionnem powiedział z kolei, że to dla niego "wielki zaszczyt" móc go spotkać. Mary Barra była na tyle pod wrażeniem tego spotkania, że miesiąc później w jednym ze swoich wystąpień stwierdziła, że Trump "naprawdę wsłuchał się w obawy producentów sa­mochodów". I to mimo iż jego komentarze na Twitterze (obecnie X) kosztowały te firmy fortunę w postaci utraco­nej wartości giełdowej. Po prywatnych spotkaniach więk­szość z nich deklarowała jednak poparcie dla Trumpa. W bezpośrednim kontakcie Donald Trump był czarujący i przekonujący. Zupełnie nie przypominał agresywnej pu­blicznej postaci, która w mediach społecznościowych bez­litośnie atakowała te same firmy.

    Trump wie coś, co doskonale zna każdy sprzedawca w sklepie odzieżowym i co psychologowie wielokrotnie potwierdzili w badaniach: pochlebstwa otwierają wiele drzwi. Znacznie łatwiej obdarzamy zaufaniem osoby, któ­re nam schlebiają. Jedno z klasycznych badań na ten te­mat przeprowadził w 1978 roku zespół z Uniwersytetu Karoliny Północnej. Uczestnicy rozmawiali z osobą odgrywającą rolę oceniającego, która prosiła ich o przy­sługę dla kogoś trzeciego. W trakcie rozmowy oceniający wplatał pod adresem badanego komentarze pozytywne, negatywne lub mieszane. Gdy badani słyszeli pochwały, znacznie częściej darzyli oceniającego zaufaniem i byli skłonni mu pomóc. Co istotne, efekt ten utrzymywał się nawet wtedy, gdy uczestnicy wiedzieli, że osoba schlebia­jąca odniesie z tej przysługi osobistą korzyść. Nie miała znaczenia także prawdziwość pochlebstw. Nawet gdy ktoś mówił rzeczy, o których badany wiedział, że są przesadzo­ne albo zwyczajnie nieprawdziwe, i tak wzbudzał większą sympatię i zwiększał gotowość do współpracy.

    Dla psychopaty świat jest pełen ludzi, którym nie można ufać. Trzeba przeliczać resztę w sklepie. Sprawdzać, czy me­chanik naprawdę zrobił to, co obiecał. Ponieważ zakładasz, że wszyscy myślą tak samo jak ty, stajesz się skrajnie podejrz­liwy. Nie potrafisz zrozumieć, jak ktokolwiek mógłby ci za­ufać, więc z góry zakładasz, że inni zdradzą cię przy pierwszej okazji. Jednocześnie wiesz, że jeśli uruchomisz swój urok osobisty, masz większą szansę zdobyć ich zaufanie. To dlatego ofiary psychopatów często mówią, że przy pierwszym spotka­niu zostały przez nich oczarowane. Gdy psychopata cię kom­plementuje, chodzi mu o jedno: żebyś mu zaufał. Psychopaci potrafią świetnie słuchać. Uważnie wychwytują to, co dla ciebie ważne, a potem oddają ci to jak w lustrze. Chamberlain chciał usłyszeć od Hitlera, że nie będzie wojny, więc do­kładnie to Hitler mu powiedział. A na koniec, dla wzmoc­nienia efektu, dorzucił jeszcze odrobinę pochlebstwa. Wielu ludziom to wystarcza, by zaufać psychopacie — niezależnie od tego, jak zachowywał się wcześniej.

    Czy psychopata może wejść w jakąkolwiek relację, sko­ro nie ufa drugiej osobie? Może, ale to nie jest relacja, w której ktokolwiek chciałby być. Ponieważ psychopata nie potrafi ci zaufać, musi cię kontrolować. A to oznacza, że tak długo, jak jesteś mu do czegoś potrzebny, będzie próbował wymuszać twoją lojalność za pomocą nagród i kar.

    W swojej biografii z 1999 roku John A. Byrne opisał Alberta "Chainsaw Ala" Dunlapa, czyli "Ala Piłę Łańcu­chową", osławionego byłego prezesa firmy Sunbeam, jako człowieka, który "wysysał z firm i ludzi samo życie i du­szę. Odbierał organizacjom godność, sens i poczucie celu, zastępując je strachem i zastraszaniem". Dunlap był znany z agresywnego cięcia kosztów, obejmującego maso­we zwolnienia oraz zamykanie zakładów. Jego działania miały charakter destrukcyjny i poważnie szkodziły długo­falowym perspektywom firm. Zdaniem Byrne’a Dunlap koncentrował się wyłącznie na natychmiastowych zyskach finansowych, całkowicie pomijając dobro pracowników, kulturę organizacyjną oraz zrównoważony rozwój przedsię­biorstw. W momencie publikacji książki jej bohater był już objęty dochodzeniami w sprawie oszustw i powszechnie znany z korporacyjnych metod zarządzania, które niemal zawsze kończyły się utratą pracy przez dużą liczbę osób.

    Dunlap sprawiał wrażenie, jakby czerpał przyjemność ze zwalniania ludzi do tego stopnia, że w 2005 roku ma­gazyn "Fast Company" umieścił go na liście potencjalnie psychopatycznych prezesów. Niemal dekadę później autor Jon Ronson przeprowadził z Alem wywiad. Ronson na­mówił Dunlapa, by na potrzeby jego książki "Test psychopa­ty" wypełnił kwestionariusz psychopatii autorstwa Roberta Hare’a. "Chainsaw Al" bez większych oporów przyznał się do większości kryteriów psychopatii, ale w jego własnym przekonaniu były to cechy dobrego lidera. Impulsywność oznaczała dla niego zdolność do szybkiego podejmowania decyzji. Brak empatii uważał za zaletę, bo nie rozpraszały go "bezsensowne emocje". Z kolei brak poczucia winy po­zwalał mu iść naprzód i realizować kolejne wielkie rzeczy. Dla Dunlapa manipulowanie innymi było po prostu in­spirowaniem ich. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego wybu­jałe poczucie własnej wartości czy powierzchowny urok miałyby być czymś negatywnym. Cierpienie innych wzbu­dzało w nim raczej ciekawość niż szok czy chęć niesienia pomocy.

    Dunlap wierzył, że żyje w świecie "zabij albo zgiń". W autobiografii "Mean Business" wyjaśniał: "Drapieżniki są wszędzie, krążą, próbują cię przejrzeć, czekają na naj­mniejszy znak słabości, gotowe rzucić się na ciebie i uczy­nić cię swoim kolejnym posiłkiem". Paranoja Ala to ty­powa cecha osób, które od urodzenia nie potrafią ufać innym. Donald Trump kierował się podobną filozofią. W 1981 roku powiedział magazynowi "People": "Czło­wiek jest najbardziej złośliwym ze wszystkich zwierząt, a życie to seria bitew kończących się zwycięstwem lub po­rażką". Obaj mogli, choć prawdopodobnie nie cytowali Niccolo Machiavellego, włoskiego polityka z XV/XVI wieku, który pisał: "Ludzie pożerają się nawzajem, a ci, którzy nie potrafią się bronić, powinni się martwić". Ma­chiavelli dosłownie napisał podręcznik dla psychopatów. "Książę" to przewodnik dla aspirujących urzędników pań­stwowych i prawdopodobnie najsłynniejszy traktat z filo­zofii politycznej. Machiavelli podkreśla w nim, że jedy­nym sposobem na sukces w życiu jest użycie siły lub miejsca. Słowo "makiaweliczność", oznaczające przebie­głość, dwulicowość lub brak skrupułów, często jest uży­wane jako synonim psychopatii.

    Albert John Dunlap ukończył West Point w 1960 roku, zajmując 537. miejsce spośród 550 osób. Służył jako spa­dochroniarz w bazie z pociskami nuklearnymi, zanim w 1963 roku rozpoczął pracę jako stażysta menedżerski w papierni Kimberly-Clark. W następnej dekadzie zajmo­wał różne stanowiska kierownicze w przemyśle papierni­czym, aż w końcu objął funkcję dyrektora operacyjnego w Nitec, papierni w Niagara Falls zatrudniającej 700 osób. Było to spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że wcześniej został zwolniony z poprzedniej firmy, Max Phillips & Son, niewielkiej papierni, za zaniedbywanie obowiązków i tak krytyczne wypowiedzi o swoim szefie, że szkodziły intere­som firmy. Przepracował tam jedynie dwa miesiące z trzy­letniego kontraktu, a personel ciągle skarżył się na jego "warkliwy temperament".

    Dunlapowi znalezienie pracy w Nitec zajęło sześć mie­sięcy. Przewodniczący rady nadzorczej firmy George S. Petty dał się mu jednak oczarować i popierał jego sposób prowadzenia biznesu. Zadaniem Dunlapa było wyciągnięcie podupadającej spółki na prostą. Aby to osiągnąć, niemal natychmiast zaczął zwalniać pracowników. Dzięki agresywnym cięciom kosztów firma zdołała wykazać nie­wielkie zyski w latach 1975 i 1976.

    Uznając się za odnoszącego sukcesy przodownika lo­kalnego świata biznesu, Dunlap zapisał się do ekskluzyw­nego klubu golfowo-tenisowego i zaczął wyzywać jego członków na mecze tenisa. Szybko jednak zabrakło mu rywali, ponieważ był notorycznym oszustem i wpadał w furię, gdy ktoś próbował podważyć jego zachowanie. Oszukiwanie jest dla psychopatów czymś zupełnie natu­ralnym. Donald Trump na przykład regularnie oszukuje na polu golfowym, poprawiając pozycję swojej piłki. Po­dobno robił to tak często, że caddie przezwali go Pelé, na cześć jednego z najwybitniejszych piłkarzy w historii. Bry­an Marsal, przewodniczący turnieju Men’s US Open w golfie w 2020 roku i częsty partner Trumpa do gry, po­wiedział magazynowi "Golf", że Trump uważa, iż "i tak będą próbowali go oszukać", dlatego nie ma żadnych skrupułów, by robić to pierwszy.

    Gdy psychopaci biorą udział w dylemacie więźnia, zwy­kle decydują się zdradzić wspólnika. Osoba pozbawiona neuronów von Economo nie jest w stanie zaufać, że druga strona nie oszuka. Zakłada, że myśli ona tak samo i na pew­no pójdzie na donos. A jeśli druga osoba jednak zachowa się uczciwie, psychopata i tak zyska przewagę, co tylko do­datkowo utwierdza go w przekonaniu, że warto oszukiwać. Oszukiwanie jest szczególnie widoczne w takich testach jak dylemat więźnia czy sportach towarzyskich, które opierają się na uczciwości graczy. Psychopatów to jednak nie krępu­je, bo wychodzą z założenia, że wszyscy postępują tak samo. W ich rozumieniu skoro każdy oszukuje, to w gruncie rze­czy nie jest już oszustwo. Osoba, która nałogowo i regular­nie oszukuje w grach, z dużym prawdopodobieństwem bę­dzie też oszukiwać w bardziej złożonych sytuacjach życiowych. Skłonność do oszustwa jest u psychopatów głę­boko zakodowana w mózgu. Po prostu nie potrafią zrozu­mieć, dlaczego ktoś miałby postępować uczciwie, a ludzi, którzy tego nie robią, uważają za naiwniaków.

    W sierpniu 1976 roku Petty nagle zwolnił Dunlapa. Jak później ujawniono w dokumentach sądowych, praktycznie wszyscy menedżerowie wyższego szczebla podlegający Dunlapowi zagrozili zbiorowym odejściem, jeśli ten pozo­stanie w firmie. Mimo to, ponieważ spółka miała właśnie ogłosić roczny zysk w wysokości 5 milionów dolarów, Pet­ty zorganizował dla Dunlapa pokaźną premię na pożegnanie. Krótko po jego odejściu zewnętrzni audytorzy odkryli jednak, że spodziewany zysk w rzeczywistości oznaczał stratę rzędu 5,5 miliona dolarów. Wykazali ist­nienie kosztów nieuwzględnionych w księgach, zawyżo­nych zapasów oraz fikcyjnej sprzedaży. Petty natychmiast anulował wypłatę premii, co zapoczątkowało wieloletni spór sądowy z Dunlapem, który ostatecznie doprowadził Nitec do bankructwa.

    Po odejściu z Nitec Dunlap znalazł zatrudnienie w dzia­le planowania strategicznego American Can, podupadają­cego producencta puszek, a następnie w korporacji Manvil­le, zajmującej się wydobyciem azbestu i przetwórstwem drewna. Z obu firm został zwolniony w ciągu roku. Nie­długo potem zatrudniono go jednak, by "uratował" Lily­-Tulip, dużego producenta papierowych kubków, który po wykupie lewarowanym ledwo utrzymywał się na rynku. Dunlap "uratował" firmę, zwalniając niemal całą kadrę kie­rowniczą pierwszego dnia pracy, redukując o połowę perso­nel centrali i wyrzucając jedną piątą pozostałych pracowni­ków. To, co z firmy zostało, sprzedał w 1986 roku, inkasując przy tym 6 milionów dolarów. W czasie pracy w Lily-Tulip Dunlap trzymał na biurku niewielką brązową rzeźbę przed­stawiającą cztery rekiny w amoku żerowania. Jak twierdził, miała mu przypominać, że świat pełen jest rekinów.

    Ostry, bezwzględny, ale skuteczny styl Dunlapa zwrócił uwagę korporacyjnego "raidera" sir Jamesa Goldsmitha. To on zatrudnił Dunlapa do pomocy przy nieudanej próbie przejęcia British American Tobacco, a następnie przy skutecznym przejęciu Crown Zellerbach, firmy z bran­ży celulozowo-papierniczej, którą Goldsmith zdobył w ra­mach wrogiego przejęcia w 1985 roku. Dunlap wdrożył tam swój sprawdzony schemat cięcia kosztów: zwolnił jedną piątą załogi, a z pozostałymi pracownikami renego­cjował warunki zatrudnienia.

    Z polecenia Goldsmitha Kerry Packer zatrudnił Dun­lapa w 1991 roku, by ten "zrobił porządek" w Consolida­ted Press Holdings. Packer, który rok wcześniej przeszedł poważny zawał serca, potrzebował większej płynności finansowej. Dunlap natychmiast zabrał się do redukcji za­trudnienia i działalności operacyjnej. Polecił rodzinie Pac­kerów, by nie wtrącali się do jego pracy — i faktycznie trzy­mali się z dala. Jednym z jego pierwszych zadań było przygotowanie do sprzedaży ogromnej amerykańskiej spół­ki zależnej Packera, Valassis, zajmującej się drukiem kupo­nów rabatowych wkładanych do gazet. David Brandon, ówczesny prezes Valassis, wspominał później, że praca pod kierownictwem Dunlapa była "istnym piekłem". Według Brandona Dunlap był żądnym władzy maniakiem kontroli, który czerpał satysfakcję ze zwalniania ludzi. Jego strategia polegała na łamaniu oporu: najpierw izolował wybrane osoby, a potem publicznie "rozrywał je na strzępy" podczas zebrań. Po dwóch latach pracy i na trzy lata przed końcem kontraktu Packer zwolnił Dunlapa z dnia na dzień. Nigdy nie podano oficjalnego powodu. Po odejściu "Chainsaw Ala" Packer potrzebował jeszcze czterech lat, by ustabilizo­wać Valassis na tyle, aby spółkę dało się sprzedać.

    Strategie kontroli stosowane przez Dunlapa pojawiają się w niemal wszystkich szczegółowych opisach psychopatycz­nych zachowań w miejscu pracy. W czerwcu 2013 roku doktor habilitowany Clive Boddy z Uniwersytetu Anglia Ruskin spotkał się z menedżerem dużej brytyjskiej organi­zacji charytatywnej, który był przekonany, że nowy dy­rektor generalny jest psychopatą. Boddy, uznawany za jednego z czołowych ekspertów w dziedzinie psychopatii korporacyjnej, namówił go do udziału w studium przy­padku dotyczącym tego dyrektora, opartym na serii szcze­gółowych wywiadów. To studium przypadku daje wgląd w metody, jakimi psychopata kontrolował organizację charytatywną.

    Boddy opisuje strategię izolowania i karania, jaką sto­sował psychopatyczny dyrektor, przywołując przykład jednej z menedżerek wyższego szczebla, którą uczynił swoim celem. Rozmówca relacjonował: "Na zebraniach dosłownie ją miażdżył, nie pozwalał jej rozmawiać z inny­mi menedżerami podczas posiedzeń zarządu, zagadywał ją i sprawił, że jej życie stało się koszmarem. W końcu bie­daczka uznała, że najlepszym wyjściem będzie podpisanie ugody i odejście". W ostatecznym rozrachunku strategia dyrektora doprowadziła do tego, że w ciągu trzech lat z pracy odeszła większość kadry kierowniczej. Ich następ­ców rzecz jasna zatrudniał już sam psychopata — byli to niemal zawsze ludzie, którzy rozumieli, że lojalność ceni on bardziej niż kompetencje. Spośród czterech pozosta­łych menedżerów wyższego szczebla, jak mówił rozmów­ca, jeden "powoli przechodził na emeryturę" i nie był za­interesowany żadnymi wyzwaniami, a dwóch pozostałych było "kompletnie bezużytecznych".

    Psychopaci nie potrafią ufać innym na tyle, by wspól­nie z nimi realizować własne cele. Wiedzą jednak, że większością z nas rządzi strach przed karą. Przez całe życie uczą się tego, co psychologowie potwierdzili w testach badających reakcje na zagrożenie: gdy osoby niebędące psychopatami wiedzą, że czeka je kara, zaczynają odczu­wać lęk i zmieniają swoje zachowanie. Psychopaci wiedzą, że nie muszą karać wszystkich. Wystarczy wybrać jedną ofiarę, jak wspomnianą menedżerkę z brytyjskiej organi­zacji charytatywnej, i "publicznie ją zgładzić", oczywiście w przenośni, aby reszta podporządkowała się bez oporu. Świadomość, że to samo może spotkać nas, wystarcza, by nagiąć nas do ich woli. Wtedy nie muszą nam ufać — wie­dzą, że posłuchamy ze strachu. Oczywiście ta metoda nie działa na innych psychopatów, ale i na nich istnieją sposo­by, które nie wymagają zaufania.

    Po zwolnieniu przez Packera Dunlap objął stanowisko dyrektora generalnego w Scott Paper, u najstarszego i naj­większego w USA producenta papieru toaletowego. Firma była mocno zadłużona i notowała słabe wyniki finansowe, a Dunlap został zatrudniony, by "postawić ją na nogi". Natychmiast zwolnił 8 z 11 członków najwyższego kie­rownictwa i zastąpił ich ludźmi, z którymi wcześniej pra­cował i o których wiedział, że będą wykonywać jego pole­cenia bez sprzeciwu. Następnie pozbył się trzech czwartych pracowników centrali i zwolnił 11 tysięcy osób, czyli oko­ło jednej trzeciej całej załogi. Większość zwolnionych straciła pracę w ciągu zaledwie tygodnia. Potem Dunlap rozdzielił ogromne pakiety opcji na akcje pomiędzy me­nedżerów średniego i wyższego szczebla, którzy pozostali w firmie. Opcje te były tym więcej warte, im szybciej spółka została sprzedana, co w praktyce stało się dla kadry kierowniczej czymś w rodzaju złotych kajdan. Trzymały ich na stanowiskach i skutecznie zniechęcały do podważa­nia władzy Dunlapa. Zwolnienie nie oznaczało już tylko utraty pracy, ale także utratę milionów dolarów zapisanych w opcjach. Jeśli Al kazał komuś skakać, odpowiedzią było raczej pytanie: "jak wysoko?". "Chainsaw Al" nadal niko­mu nie ufał, ale do arsenału środków kontroli dodał teraz nagrodę jako narzędzie dyscyplinowania ludzi. A ponie­waż psychopaci są mniej podatni na karę, w przypadku gdy wśród najwyższego kierownictwa byli inni psychopa­ci, "złote kajdany" okazywały się znacznie skuteczniej­szym motywatorem.

    Rok później Dunlap sprzedał resztki Scott Paper za 9,4 miliarda dolarów, inkasując przy okazji około 100 mi­lionów dolarów dla siebie. Po przejęciu nowy właściciel, Kimberly-Clark, odkrył, że cięcia kosztów poszły tak da­leko, iż maszyny popadły w ruinę, a kanały dystrybucji były zapchane towarami sprzedawanymi po zaniżonych cenach. Naprawianie szkód zajęło trzy lata. Oczywiście nie był to już problem Dunlapa. W tym czasie zdążył ob­jąć stanowisko dyrektora generalnego firmy Sunbeam, produkującej sprzęt gospodarstwa domowego.

    Gdy Dunlap pojawił się w Sunbeam w 1996 roku, od razu przyznał ogromne pakiety opcji na akcje 300 najwyż­szym menedżerom, wyciągając wnioski z doświadczeń w Scott Paper i skuteczności "złotych kajdan". Pakiety te były dwukrotnie większe niż średnia w branży, ale naby­wały pełną wartość dopiero po trzech latach. Kadra kierownicza znalazła się w praktyce całkowicie pod jego kontrolą. Dunlap nie musiał nikomu ufać. Traktował naj­wyższe kierownictwo równie źle jak resztę pracowników. Jak wspominał Richard Boynton, szef działu produktów gospodarstwa domowego, Dunlap był protekcjonalny, agresywny i okazywał brak szacunku. Lojalność menedże­rów miał jednak już "kupioną", więc bez sprzeciwu przy­stąpili do realizacji jego planu, który zakładał zwolnienie połowy z 12 tysięcy pracowników oraz wycofanie z oferty aż 87 procent produktów firmy.

    Menedżerowie Sunbeam opisywali pracę pod rządami "Chainsaw Ala" jako wojnę okopową. Presja była bez­względna, a straty ogromne. Dunlap wyznaczał komplet­nie nierealistyczne cele sprzedażowe, a następnie wywierał potężną presję na swoich bezpośrednich podwładnych, by je zrealizowali. Ci z kolei przenosili ją dalej, na osoby im podległe. Na każdym szczeblu ludzie byli zwalniani z dnia na dzień, jeśli nie osiągali wymaganych wyników. W de­sperackiej próbie utrzymania pracy zaczęto stosować coraz bardziej wątpliwe praktyki: przestawano płacić dostaw­com, zapychano kanały dystrybucji towarem, udzielano detalistom praktycznie nieograniczonego kredytu i sięga­no po wiele innych ryzykownych trików. Początkowo to działało, ale szybko rzeczywistość zweryfikowała nierealne oczekiwania Dunlapa. W czerwcu 1998 roku rada nad­zorcza zwolniła go za niewywiązanie się z prognozowanych wyników finansowych. Mimo to Dunlap zdołał wymusić wypłatę bardzo hojnej odprawy. Akcjonariusze pozwali firmę w związku z podejrzanymi prognozami zysków, a ostatecznie Sunbeam ogłosił bankructwo. Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd postawiła Dun­lapowi zarzuty fałszowania ksiąg rachunkowych. Sprawa zakończyła się ugodą, obejmującą grzywnę w wysokości 500 tysięcy dolarów oraz dożywotni zakaz pełnienia przez Dunlapa funkcji dyrektora lub członka zarządu.

    Przez cztery dekady Dunlap siał spustoszenie w korpo­racyjnej Ameryce. Zostawił po sobie tysiące zrujnowa­nych karier oraz wiele niegdyś ikonicznych firm, które albo zbankrutowały, albo ledwo utrzymywały się przy ży­ciu. Dlaczego mimo to wciąż go zatrudniano? Odpowiedź jest prosta: kłamał, a ludzie mu wierzyli. Usuwał z życio­rysu niewygodnych pracodawców, a o pozostałych opo­wiadał dokładnie to, co jego rozmówcy chcieli usłyszeć. Sunbeam i Scott Paper były dużymi, znaczącymi amery­kańskimi firmami, więc nic dziwnego, że korzystały z re­nomowanych firm rekrutacyjnych, aby znaleźć i zareko­mendować odpowiedniego kandydata na prezesa. Okresy pracy w Max Phillips, Nitecu i Manville zostały z jego CV wykreślone, a zawodowi rekruterzy nie zauważyli tych luk. Rady nadzorcze, przed którymi składano raporty, chciały zobaczyć w nim słynnego "specjalistę od cięć kosz­tów", który rzekomo potrafi postawić na nogi upadające firmy — i właśnie taką historię sprzedał im "Chainsaw Al". Przyjęli jego wersję kariery zawodowej, mimo że istniały publicznie dostępne informacje świadczące o tym, że pra­cował także w innych miejscach.

    Gdyby firmy rekrutacyjne rzeczywiście to dostrzegły i spróbowały dokładniej sprawdzić przeszłość Dunlapa, najpewniej niewiele udałoby się im ustalić. Osoby takie jak George Petty, przewodniczący rady nadzorczej Nitec, które znały sprawę od podszewki, bały się zabierać głos z obawy przed pozwami sądowymi. Nawet po spektaku­larnej klęsce Sunbeam Dunlap konsekwentnie wymijał się z prawdą na temat swojej kariery. W wydaniu jego auto­biografii "Mean Business" z 2014 roku niemal całkowicie usunięto wątki dotyczące Sunbeam. Dlaczego psychopa­ci tak często mikrozarządzają i znęcają się nad innymi? Ponieważ uważają się za nieomylnych. Ich mózgi nie po­trafią nadawać znaczenia myślom ani uczuciom innych ludzi, a jednocześnie nie są zdolne do uczenia się na własnych porażkach. W rezultacie autentycznie wierzą, że żyją w świecie pełnym niekompetentnych marionetek i że tylko oni są w stanie podejmować sensowne decyzje. A sko­ro tak, to w ich własnym przekonaniu — nigdy nie popełni­li żadnego błędu.

    Fragment książki Davida Gillespie'ego Toksyczne biuro, wyd. Bellona [REKLAMA]

    1 / 1 (zdjęcie ilustracyjne)

    (zdjęcie ilustracyjne)

    fizkes / Shutterstock

    woman work tired praca zmęczona zmęczenie kobieta laptop

    woman work tired praca zmęczona zmęczenie kobieta laptop

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era