
Ekstraklasa wraca z mundialu jak niepyszna. Jej dumną reprezentację stanowiło zaledwie pięciu piłkarzy, z których jeden nie zagrał ani minuty, a pozostali też nie zawojowali świata. Choć warto rozbić tę kwestię na czynniki pierwsze.
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Ekstraklasa wraca z mundialu jak niepyszna. Jej dumną reprezentację stanowiło zaledwie pięciu piłkarzy, z których jeden nie zagrał ani minuty, a pozostali też nie zawojowali świata. Choć warto rozbić tę kwestię na czynniki pierwsze.
Największym beneficjentem turnieju, całkiem niespodziewanie, okazał się Steve Kapuadi. Przewidziana była dla niego rola żelaznego rezerwowego, ale tuż przed mundialem trenerowi Demokratycznej Republiki Konga wpadł do głowy pomysł przetestowania ustawienia z trójką środkowych obrońców, więc w towarzyskim meczu z Danią wstawił stopera Widzewa do składu. Bezbramkowy remis przekonał Sebastiena Desabre do decyzji o zastosowaniu tego samego wariantu taktycznego w pierwszym spotkaniu mistrzostw świata z Portugalią. Kapuadi zakończył w nim udział w glorii jednego z tych, którzy zatrzymali Cristiano Ronaldo i jego piękny sen trwał nadal. Na potyczkę z Kolumbią ponownie wyszedł w „11”, tyle że tym razem happy endu nie było. Jedyny gol zawodów padł w wyniku jego niefortunnej interwencji, a zaufanie selekcjonera ulotniło się równie szybko, jak się pojawiło.
W decydującym grupowym starciu z Uzbekistanem Desabre wrócił do ustawienia z czterema obrońcami, w którym niepodważalną pozycję na środku mają Chancel Mbemba i Axel Tuanzebe. Po awansie do 1/16 finału nie było powodu niczego zmieniać, w związku z czym widzewiak minimalną porażkę z Anglią obejrzał z ławki rezerwowych. Mimo wszystko, może się czuć wygranym, a biorąc pod uwagę fakt, że FIFA płaci klubom po minimum 5 tys. dolarów za każdy dzień pobytu ich zawodników na mundialu (licząc od początku zgrupowań i w zależności od czasu gry), w Łodzi mogą sobie pogratulować dobrze zainwestowanych pieniędzy.
W tym samym czasie Jagiellonia kasowała premię za Sameda Baždara, ale tylko do końca czerwca, zanim 22-letni napastnik Bośni i Hercegowiny wrócił na łono Realu Saragossa. Na mundialu zdołał zagrać 28 minut w pierwszym meczu z Kanadą, wywalczonym punktem przyczyniając się do wyjścia swojego zespołu z grupy.
Dobre i to, bo Alex Paulsen, nieszczęsny bramkarz Lechii Gdańsk, który po okresie wypożyczenia znów jest zawodnikiem Bournemouth, jak był rezerwowym, tak nim pozostał, a dziesięć straconych goli na mundialu poszło na konto Maksa Crocombe’a.
Na tej samej fazie co Nowa Zelandia, turniej zakończył zbierający jeszcze większe baty Irak. Amir Al-Ammari, defensywny pomocnik Cracovii, był ostoją drużyny, rozgrywając trzy mecze niemal na pełnym dystansie, natomiast Hussein Ali, prawy obrońca Pogoni Szczecin, po spotkaniach z Norwegią i Francją oddał miejsce w składzie na rzecz Fransa Putrosa.
Al-Ammari będzie miał słodko-gorzkie wspomnienia, bo nie każdemu w karierze jest dane zaliczyć piękną asystę przy golu na mundialu, i to w odpowiedzi na uderzenie Erlinga Haalanda. Norweg, a następnie Francuz Kylian Mbappe i Senegalczyk Pape Gueye, zaaplikowali Irakowi po dwa gole, w sumie wpadło ich 12. Gdy rozmawiałem z graczem Pasów przed wyjazdem z Krakowa, zapewniał, że nie drżą mu nogi. Chyba jednak sam nie przypuszczał, że przepaść pomiędzy jego umiejętnościami a kunsztem rywali będzie aż tak duża.
Spytany o jego postawę trener Pasów Bartosz Grzelak był wyrozumiały, tłumacząc, że Al-Ammari wyróżniał się tym, czym imponuje w Ekstraklasie, a więc zbieraniem piłek i blokowaniem strzałów sprzed pola karnego. Gdy uderzał Mbappe, nic więcej nie mógł zrobić, znaczną część winy za utratę gola ponosił bramkarz. Z kolei przy pierwszej bramce Haalanda nie zdążył naprawić błędu obrońcy, innym razem, gdy niefortunnie wystawił piłkę Norwegowi w polu karnym, reputację uratował mu golkiper.
Z pewnością doświadczeń sympatyczny Irakijczyk zebrał co niemiara, oby zaprocentowały na naszych boiskach. Innych życzeń nie śmiem zgłaszać, bo jakoś nie słychać, by naszą ligę mieli wkrótce zasilić nowi uczestnicy mundialu. Od chwili, gdy o zatrudnienie Vozinhy, 40-letniego bramkarza Republiki Zielonego Przylądka, zabiega Inter Miami, nie liczę już nawet na spełnienie wielkiego marzenia Sławomira Peszki. Klubowi Davida Beckhama (jako właściciela) i Leo Messiego nawet bogata Wieczysta musi ustąpić pola.