
Donald Trump znów odstawił szopkę? W życiu nie byłem bardziej zaskoczony. Argentyna bez jakiegokolwiek strzału do 117. minuty?
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Donald Trump znów odstawił szopkę? W życiu nie byłem bardziej zaskoczony. Argentyna bez jakiegokolwiek strzału do 117. minuty? Tego nie spodziewał się nikt. Masa niedoróbek organizacyjnych? Zostawmy to. Half-time show? Ziew. Finał mundialu 2026 przejdzie do historii jako jeden z najokropniejszych.
Daleko od wszystkiego, z horrendalnie wysokimi cenami za parking i przejazdy komunikacją miejską, ze słabą widocznością i tylko z imitacją dachu. Nie wspominając o kosmicznych cenach za bilety oraz przepotężnych kolejkach przed wejściem na stadion. Taki oto finał mundialu 2026 zafundowała nam FIFA. Dołóżmy do tego widowisko o marnym poziomie emocji, Argentynę wzorującą się na reprezentacji Polski Czesława Michniewicza i mamy zwieńczenie turnieju jak z koszmarów. Czy mogło być gorzej? Ano mogło.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Tyle że niebiosa zlitowały się nad Giannim Infantino, Donaldem Trumpem i całą watahą decydentów. Jeszcze tylko tego by brakowało, żeby decydujący mecz turnieju został storpedowany przez pogodę.
Zamiast burzy mieliśmy czyste niebo. Jeszcze przed meczem wszystkie trybuny były skąpane w słońcu, a do samego końca promienie oświetlały tylko tę część stadionu, po której były m.in. miejsca po 1 mln dol. za sztukę. Doskwierające słońce było podobno w cenie.
A jeśli ktoś kupił bilet na górne rzędy wzdłuż linii, to musiał się nieźle nagimnastykować, żeby coś dostrzec. Gdy akcja działa się z boku boiska, osoby z niższych partii trybun podnosiły się, żeby zobaczyć jak najwięcej. Z kolei siedzący wyżej podnosili się, żeby zobaczyć cokolwiek, a ci jeszcze wyżej — żeby nie oglądać pleców innych ludzi. Patrząc na to od przodu, musiało wyglądać dość komicznie. Taka tam amerykańska fala.
Widok z mojego krzesełka przez dużą część meczu
Half-time show? Jakby to powiedzieć... Jeśli ktoś liczył na widowisko na miarę tego w wykonaniu Bad Bunny'ego z ostatniego Super Bowl, to srogo się zawiódł. Przedstawienie w wykonaniu Portorykańczyka było epokowym wydarzeniem. Aż roiło się w nim od wszelakich odniesień do kultury latynoamerykańskiej. Wszystko było dopracowane w najdrobniejszych szczegółach i osadzone w odpowiednim kontekście. Przecież tam nawet chłopiec przysypiający na stoliku był odwzorowaniem codziennych znojów mieszkańców Ameryki Łacińskiej.
A show w przerwie finału mundialu? No fajnie, że Madonna wjechała na scenę autem, w którym siedzieli Ronaldo i Ronaldinho. Justin Biber? Przemilczmy. Shakira? Zawsze klasa. Po kilkunastu minutach występów i przedłużonej do 27 minut przerwie w meczu pozostał totalny niedosyt.
Naprawdę o to trzeba było kruszyć kopie? Wyrzekać się własnych ideałów, żeby zadowolić... no właśnie, kogo? Czy stałoby się coś złego, gdyby te występy miały miejsce przed pierwszym gwizdkiem, tak jak to było w przypadku Robbiego Williamsa czy Laury Pausini? Pytanie retoryczne…
Nie wspominając już o tym, że wszystko można było przeprowadzić szybciej. Dopiero cztery minuty po zakończeniu pierwszej połowy zaczęto rozwijać na murawie gigantyczną plandekę. Wiadomo, że musiał być też czas na reklamy, ale akurat w tym przypadku wszyscy przyklasnęliby, gdyby w przerwie były same reklamy.
Generalnie występy muzyczne w trakcie tego finału nie przejdą do historii. Jennifer Hudson robiła, co mogła, żeby poderwać publiczność wykonaniem amerykańskiego hymnu. Tylko że kto miał robić za jej chórek, skoro miejscowych było jak na lekarstwo? Niezbyt porywający występ dopełniły przelatujące nad stadionem odrzutowce, które wyraźnie się spóźniły.
Gdyby z głośników poleciał kawałek "Y.M.C.A" w wykonaniu Village People pierwszy do tupania nóżką byłby Donald Trump. Choć pewnie byśmy tego nie zobaczyli, bo prezydent USA pojawił się na ekranie dopiero po zakończeniu meczu, gdy wychodził na murawę, żeby wręczyć medale. Towarzyszyły mu oczywiście gwizdy.
Do tego momentu w jego obecność można było wręcz powątpiewać, gdyby nie dwie kwestie. Wszyscy wchodzący na stadion byli przeszukiwani od stóp do głów, i to przez Secret Service. Z kolei na koronie stadionu rozmieszczeni zostali gotowi do strzału snajperzy.
Snajperzy na koronie MetLife Stadium
Trump oczywiście nie byłby sobą, gdyby kurczowo nie trzymał się podium po wręczeniu trofeum. Nawet Gianni Infantino nie był w stanie go stamtąd ściągnąć. Tyle że kogoś to dziwi, skoro Trump sam się wprosił nawet na plan filmowy "Kevina samego w Nowym Jorku"?
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Zanim jednak do tego doszło, miało miejsce bandyckie zachowanie kilku argentyńskich piłkarzy, z Leandro Paredesem na czele, którzy po końcowym gwizdku zaatakowali Hiszpanów. Jakże wymowna była wtedy reakcja Leo Messiego, który nie mógł się pozbierać po porażce. Krążył tylko w kółko i nie wiedział, co ze sobą zrobić, podczas gdy jego koledzy naparzali się z rywalami. On naprawdę ulepiony jest z innej gliny. Nie tylko tej piłkarskiej.
W odróżnieniu od większości piłkarzy klasą wykazali się argentyńscy kibice. Gdy ogłoszono, że MVP turnieju został Rodri, nie skwitowali tego gwizdami. Minęła chwila i rozpoczęły się okrzyki "Messi! Messi", a Argentyńczyk zalał się łzami.
To był jeden z niewielu momentów w trakcie finału, gdy fani Albicelestes aż tak bardzo podnieśli głos. To także ich wina, że ten finał miał taką oprawę. Do tej pory byli w stanie przejąć każdy stadion, na którym grali ich ulubieńcy. Finał to już jednak zabawa dla kibiców z grubszymi portfelami, a tacy niekoniecznie chcą zdzierać gardła.
Nic więc dziwnego, że po zakończeniu finału przez długie godziny na Times Square królowali kibice reprezentacji Hiszpanii. Zwłaszcza że byli wspomagani przez przebierańców z Argentyny.
Times Square po meczu. Kibic ściąga koszulkę Argentyny, pod spodem ma... hiszpańską