
Wśród szczęśliwców, którzy obejrzą niedzielny finał mundialu z trybun MetLife Stadium, jest Sergiusz. Polak jest jedynym w swoim rodzaju kibicem. Lata temu poprzysiągł sobie, że tak długo będzie jeździł za reprezentacją Argentyny, dopóki ta nie sięgnie po mistrzostwo świata.
Korespondencja z Nowego Jorku
Jest rok 1990. W meczu otwarcia mundialu Kamerun rzuca cały świat na kolana, sensacyjnie pokonując urzędującego mistrza świata, Argentynę. Mały Sergiusz na dobre połyka wtedy piłkarskiego bakcyla. Jego ulubioną drużyną zostają Albicelestes. Z zapartym tchem śledzi kolejne poczynania Diego Maradony i spółki.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— Na początku fazy pucharowej był ten niesamowity mecz w 1/8 finału, w którym to Brazylia przeważała. 25 strzałów, słupki, poprzeczki. Jedna akcja Argentyny, Maradona, Caniggia i gol — opowiada, jakby to było wczoraj. 36 lat temu jeszcze nie wiedział, że jego ulubieńcy pokusili się o pewien fortel. To była viveza w najczystszym wydaniu.
Viveza, czyli — jak pisze Jonathan Wilson w książce "Aniołowie o brudnych twarzach" — mieszanka bystrości, sprytu czy przebiegłości traktowanej jako cnota. Podczas jednej z przerw podczas tamtego meczu argentyński fizjoterapeuta miał poczęstować Branco spreparowanym napojem z bidonu, po czym ten lewy obrońca miał uskarżać się na bóle głowy. Po latach zapytany o to selekcjoner Albicelestes odparł: "Nie twierdzę, że to się nie wydarzyło".
Niesamowity hart ducha Argentyńczyków objawił się także w półfinale. Ich hymn został wygwizdany, Maradona rzucał w jego trakcie przekleństwami, a potem razem z kolegami wyeliminował gospodarzy turnieju w rzutach karnych.
— Co za dramaturgia! Ten mecz miał dodatkowy wymiar, bo odbywał się w Neapolu, gdzie na co dzień grał Diego. Przed rokiem pojechałem tam, żeby zobaczyć, jak oni go tam czczą Tego nie da się chyba nawet opisać. To trzeba zobaczyć — zarzeka się Sergiusz.
W finale tamtego turnieju Argentyna przegrała w końcówce po rzucie karnym Andreasa Brehme. — Po meczu płakałem w pokoju i przez łzy obiecałem sobie, że będę kibicował Argentynie, dopóki nie zdobędą ponownie tytułu mistrza świata. Wtedy jeszcze nawet przez głowę mi nie przeszło, że będę jeździł za tą reprezentacją — przyznaje.
Obecny mundial jest czwartym, na który pojechał za reprezentacją Argentyny. Wcześniej był na mistrzostwach świata w 2010, 2018 i 2022 r. 12 lat temu nie mógł pojawić się w Brazylii.
— Pewnie w finale trzymałeś kciuki za Niemców, żebyś miał jeszcze po co jeździć na mecze Argentyny? — zaczepiam go.
— A wiesz, że dokładnie tak było? Głupio się przyznać, ale nie chciałem, żeby to potoczyło się w ten sposób, że śledzę to tylko sprzed telewizora.
PAP/EPA/OLGA FEDOROVA
Argentyńscy kibice szczelnie wypełnili Times Square dzień przed finałem mundialu
Trofeum padło łupem naszych zachodnich sąsiadów, więc swoisty pakt Sergiusza z losem miał ciąg dalszy. Nie wygasł nawet po poprzednich mistrzostwach.
— Przed finałem mundialu w Katarze powiedziałem, że trochę się boję, bo jak Argentyna zostanie mistrzem świata, to stracę swoją pasję do kibicowania. Moi znajomi z Argentyny tylko się zaśmiali. "To jest tak, że jak coś zdobywasz, to chcesz jeszcze więcej". Widać to po przykładzie Messiego, o którym mówiło się, że skończy karierę w reprezentacji po poprzednim mundialu, a teraz zagra w kolejnym finale — zauważa kibic Argentyny z Polski.
— Nawet się nie spodziewałem, że pojadę na kolejne mistrzostwa, ale przyjechałem, bo rzeczywiście chce się więcej. To jest jak narkotyk — dodaje.
Tym razem rzeczywiście może to być jego ostatni mundial. Jak wielu innych kibiców, także i Sergiusz utyskuje nad kosztami, głównie biletów na mecze. Do tego dochodzi taka tylko w pewnym stopniu niepozorna kwestia jak koszty dojazdów na stadiony.
Na wielu imprezach sportowych transport publiczny w dniu meczu jest zawarty w cenie biletu. W trakcie obecnego mundialu można było tylko o tym pomarzyć. Co więcej, władze prawie wszystkich amerykańskich miast z premedytacją podniosły ceny przejazdów.
— Dokąd to zmierza? Jak daleko zostanie jeszcze przesunięta granica w skubaniu kibiców z pieniędzy? — rozkłada ręce Sergiusz. I dodaje, że poważnie zastanawia się nad tym, czy nie dać sobie już spokoju z tym, co wyprawia FIFA. Nie tyle z powodu finansów (na zarobki narzekać nie może), co w imię zasad.
Na finał mistrzostw w Katarze można było kupić bilet nawet za 700 dol., i to drugiej kategorii. Teraz o takich cenach można tylko pomarzyć. W sobotę na Times Square można było spotkać kibiców, którzy chcieli kupić bilet na finał nawet za dziesięciokrotność tej sumy. A i tak nie mieli od kogo. Szaleństwo.
Mój rozmówca nie chce zdradzić, za ile nabył wejściówkę na niedzielne spotkanie. Na moje pytanie tylko wymownie się uśmiecha. W przypadku półfinałowej porażki Argentyny bilet by odsprzedał, choć pewnie ze znaczną stratą finansową. Po wygranej z Anglią sprawy zaszły jednak za daleko. Bez obecności na decydującym meczu jego historia nie miałaby odpowiedniej puenty.
Choć czy kogoś by zdziwiło, gdyby po ewentualnej porażce Albicelestes w finale dorosły już Sergiusz poprzysiągł sobie, że nadal będzie jeździł za reprezentacją Argentyny, dopóki ta nie wróci na tron?