RAK
    Szaleństwo przed finałem MŚ 2026. Polak ma już dość. To koniec

    Szaleństwo przed finałem MŚ 2026. Polak ma już dość. To koniec

    1074 odsłon
    Szaleństwo przed finałem MŚ 2026. Polak ma już dość. To koniec

    Wśród szczęśliwców, którzy obejrzą niedzielny finał mundialu z trybun MetLife Stadium, jest Sergiusz. Polak jest jedynym w swoim rodzaju kibicem. Lata temu poprzysiągł sobie, że tak długo będzie jeździł za reprezentacją Argentyny, dopóki ta nie sięgnie po mistrzostwo świata.

    Korespondencja z Nowego Jorku

    Jest rok 1990. W meczu otwarcia mundialu Kamerun rzuca cały świat na kolana, sensacyjnie pokonując urzędującego mistrza świata, Argentynę. Mały Sergiusz na dobre połyka wtedy piłkarskiego bakcyla. Jego ulubioną drużyną zostają Albicelestes. Z zapartym tchem śledzi kolejne poczynania Diego Maradony i spółki.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    — Na początku fazy pucharowej był ten niesamowity mecz w 1/8 finału, w którym to Brazylia przeważała. 25 strzałów, słupki, poprzeczki. Jedna akcja Argentyny, Maradona, Caniggia i gol — opowiada, jakby to było wczoraj. 36 lat temu jeszcze nie wiedział, że jego ulubieńcy pokusili się o pewien fortel. To była viveza w najczystszym wydaniu.

    Viveza, czyli — jak pisze Jonathan Wilson w książce "Aniołowie o brudnych twarzach" — mieszanka bystrości, sprytu czy przebiegłości traktowanej jako cnota. Podczas jednej z przerw podczas tamtego meczu argentyński fizjoterapeuta miał poczęstować Branco spreparowanym napojem z bidonu, po czym ten lewy obrońca miał uskarżać się na bóle głowy. Po latach zapytany o to selekcjoner Albicelestes odparł: "Nie twierdzę, że to się nie wydarzyło".

    Niesamowity hart ducha Argentyńczyków objawił się także w półfinale. Ich hymn został wygwizdany, Maradona rzucał w jego trakcie przekleństwami, a potem razem z kolegami wyeliminował gospodarzy turnieju w rzutach karnych.

    — Co za dramaturgia! Ten mecz miał dodatkowy wymiar, bo odbywał się w Neapolu, gdzie na co dzień grał Diego. Przed rokiem pojechałem tam, żeby zobaczyć, jak oni go tam czczą Tego nie da się chyba nawet opisać. To trzeba zobaczyć — zarzeka się Sergiusz.

    W finale tamtego turnieju Argentyna przegrała w końcówce po rzucie karnym Andreasa Brehme. — Po meczu płakałem w pokoju i przez łzy obiecałem sobie, że będę kibicował Argentynie, dopóki nie zdobędą ponownie tytułu mistrza świata. Wtedy jeszcze nawet przez głowę mi nie przeszło, że będę jeździł za tą reprezentacją — przyznaje.

    Nie chciał, żeby Argentyna sięgnęła po mistrzostwo

    Obecny mundial jest czwartym, na który pojechał za reprezentacją Argentyny. Wcześniej był na mistrzostwach świata w 2010, 2018 i 2022 r. 12 lat temu nie mógł pojawić się w Brazylii.

    — Pewnie w finale trzymałeś kciuki za Niemców, żebyś miał jeszcze po co jeździć na mecze Argentyny? — zaczepiam go.

    — A wiesz, że dokładnie tak było? Głupio się przyznać, ale nie chciałem, żeby to potoczyło się w ten sposób, że śledzę to tylko sprzed telewizora.

    Argentyńscy kibice szczelnie wypełnili Times Square dzień przed finałem mundialu

    PAP/EPA/OLGA FEDOROVA

    Argentyńscy kibice szczelnie wypełnili Times Square dzień przed finałem mundialu

    Trofeum padło łupem naszych zachodnich sąsiadów, więc swoisty pakt Sergiusza z losem miał ciąg dalszy. Nie wygasł nawet po poprzednich mistrzostwach.

    — Przed finałem mundialu w Katarze powiedziałem, że trochę się boję, bo jak Argentyna zostanie mistrzem świata, to stracę swoją pasję do kibicowania. Moi znajomi z Argentyny tylko się zaśmiali. "To jest tak, że jak coś zdobywasz, to chcesz jeszcze więcej". Widać to po przykładzie Messiego, o którym mówiło się, że skończy karierę w reprezentacji po poprzednim mundialu, a teraz zagra w kolejnym finale — zauważa kibic Argentyny z Polski.

    — Nawet się nie spodziewałem, że pojadę na kolejne mistrzostwa, ale przyjechałem, bo rzeczywiście chce się więcej. To jest jak narkotyk — dodaje.

    W imię zasad

    Tym razem rzeczywiście może to być jego ostatni mundial. Jak wielu innych kibiców, także i Sergiusz utyskuje nad kosztami, głównie biletów na mecze. Do tego dochodzi taka tylko w pewnym stopniu niepozorna kwestia jak koszty dojazdów na stadiony.

    Na wielu imprezach sportowych transport publiczny w dniu meczu jest zawarty w cenie biletu. W trakcie obecnego mundialu można było tylko o tym pomarzyć. Co więcej, władze prawie wszystkich amerykańskich miast z premedytacją podniosły ceny przejazdów.

    — Dokąd to zmierza? Jak daleko zostanie jeszcze przesunięta granica w skubaniu kibiców z pieniędzy? — rozkłada ręce Sergiusz. I dodaje, że poważnie zastanawia się nad tym, czy nie dać sobie już spokoju z tym, co wyprawia FIFA. Nie tyle z powodu finansów (na zarobki narzekać nie może), co w imię zasad.

    Na finał mistrzostw w Katarze można było kupić bilet nawet za 700 dol., i to drugiej kategorii. Teraz o takich cenach można tylko pomarzyć. W sobotę na Times Square można było spotkać kibiców, którzy chcieli kupić bilet na finał nawet za dziesięciokrotność tej sumy. A i tak nie mieli od kogo. Szaleństwo.

    Mój rozmówca nie chce zdradzić, za ile nabył wejściówkę na niedzielne spotkanie. Na moje pytanie tylko wymownie się uśmiecha. W przypadku półfinałowej porażki Argentyny bilet by odsprzedał, choć pewnie ze znaczną stratą finansową. Po wygranej z Anglią sprawy zaszły jednak za daleko. Bez obecności na decydującym meczu jego historia nie miałaby odpowiedniej puenty.

    Choć czy kogoś by zdziwiło, gdyby po ewentualnej porażce Albicelestes w finale dorosły już Sergiusz poprzysiągł sobie, że nadal będzie jeździł za reprezentacją Argentyny, dopóki ta nie wróci na tron?

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era