
Czterej nowi piłkarze to nie koniec planów Legii na letnie okno transferowe. Ustaliliśmy, które pozycje w Warszawie zamierzają wzmocnić. Nie będzie łatwo, bo klub znajduje się obecnie w najtrudniejszej sytuacji od co najmniej 30 lat.
Zoran Arsenić, Łukasz Zjawiński, Ivan Brkić i Robert Deziel jr — te nazwiska nie brzmią jak gwarancja włączenia się Legii do walki o mistrzostwo. Ostatni sezon miała fatalny, długo broniła się przed spadkiem, a ostatecznie zajęła szóste miejsce. Taki wynik przed sezonem uznano by za gigantyczne rozczarowanie, skoro ówczesny dyrektor sportowy Michał Żewłakow dał się podpuścić, by powiedzieć, że wicemistrzostwo będzie katastrofą. Jego w klubie już nie ma, a Legia mebluje skład na miarę finansowych możliwości i według koncepcji Marka Papszuna. To nie koniec ruchów w te lata.
Przyjrzyjmy się jednak najpierw nowym nabytkom.
Arsenić to stary znajomy Papszuna z Rakowa, do którego ten dalej ma przekonanie, ale w zeszłym sezonie z powodu kontuzji rozegrał tylko 10 meczów w Ekstraklasie, w tym trzy licząc od końca września. Zjawiński był drugim strzelcem pierwszej ligi w barwach Polonii Warszawa, ale w Ekstraklasie się dotąd nie przebił. W 47 meczach zdobył jedną bramkę, choć oczywiście trzeba pamiętać, że był wtedy młodym zawodnikiem, a ostatnie trzy sezony spędził w pierwszej lidze. Niespełna 21-letni Deziel przyszedł z Bayernu Monachium, ale grał w nim jedynie w czwartoligowych rezerwach. Najlepiej z tego grona wygląda Brkić, który sprawdził się w Ekstraklasie na poziomie Motoru, ale paradoksalnie on ma najmniejsze szanse na grę ze względu na konkurencję w postaci Otto Hindricha.
Z drugiej strony odeszli: Kacper Tobiasz, Radovan Pankov, Artur Jędrzejczyk, Juergen Elitim, Patryk Kun, Ermal Krasniqi i Jean-Pierre Nsame.
Marcin Szymczyk / newspix.pl
Zoran Arsenić podczas treningu Legii
Legia nie ma pieniędzy na bardziej ambitne transfery, więc ściąga zawodników, za których nie musi płacić i którzy nie mają wielkich oczekiwań finansowych.
Ciągle odbija się jej brak awansu do europejskich pucharów, ale i nieudane transfery latem zeszłego roku, gdy ściągnęła aż 10 zawodników, dając im bardzo wysokie kontrakty liczone w setkach tysięcy euro rocznie (i to często powyżej pół mln euro).
To jednak nie koniec transferów. Jak słyszeliśmy, Legia mimo sprowadzenia szykowanego do gry w pierwszym składzie Arsenicia szuka jeszcze jednego obrońcy, defensywnego pomocnika, który zastąpiłby Elitima, skrzydłowego i napastnika, bo mimo że ma ich czterech, to żaden nie jest gwarancją goli. Pewnie nie sprowadzi jednak zawodników na wszystkie te pozycje. I wciąż celuje w piłkarzy, którzy są do wzięcia za darmo. Aby kogoś kupić, musi najpierw zarobić na sprzedaży.
Problem w tym, że nie ma wielu zawodników, na których może zarobić. W grę wchodzą w zasadzie tylko dwaj piłkarze — Otto Hindrich i Kacper Urbański. Legia ma za dużo starszych zawodników, a wiadomo, że dla klubów z zachodu, zwłaszcza z Włoch, liczą się młodzi.
Piotr Kucza / newspix.pl
Kacper Urbański w barwach Legii w meczu z Pogonią
Hindrich ma za sobą udaną wiosnę, gdy wygrał rywalizację z Kacprem Tobiaszem, został uznany najlepszym piłkarzem Legii w maju przez portal legia.net, ma niespełna 24 lata, w czerwcu zadebiutował w reprezentacji Rumunii, co podnosi jego wartość na rynku. Transfermarkt szacuje ją na dwa mln euro. Na tyle samo wycenia Urbańskiego. Za nim nieudany sezon, ale ma dopiero 21 lat, więc może znaleźć się chętny, który uwierzy w jego potencjał.
Na Transfermarkcie spośród graczy Legii najwyższą wycenę ma Kamil Piątkowski — 2,5 mln euro, ale jego odejście jest wątpliwe. Inni piłkarze z wysoką wyceną to Ruben Vinagre — 1,5 mln, Mileta Rajović i Samuel Kovacik — po milionie, ale za dwóch pierwszych po nieudanym sezonie tyle nikt nie zapłaci, a Słowak na razie błyszczał głównie w piłce juniorskiej. Niewątpliwie ma jednak potencjał sprzedażowy i jego wartość może wzrosnąć, ale musi zacząć grać więcej. Podobnie jak obrońca Jan Leszczyński. Papszun jest jednak ostrożny we wprowadzaniu młodzieży i zwłaszcza ten drugi może mieć problem z grą.
Legia chciałaby też się pozbyć Petara Stojanovicia, Claude Gonçalvesa i prawdopodobnie Antonio Colaka, ale ten pierwszy jest niezdolny do gry do końca roku, więc nikt go nie weźmie.
Słabość Legii widać po tym, co stało się z piłkarzami, którym kończyły się kontrakty, Legia przedłużyła je tylko z Bartoszem Kapustką i Rafałem Augustyniakiem. Chciała jeszcze zostawić Pankova, Elitima (a jesienią też Tobiasza, ale wiosną, gdy on chciał odejść i nie grał, to nikt o jego pozostanie nie walczył), a Marek Papszun zapewniał, że też Nsame. Jego odejście to kolejny cios dla fanów Legii. Okazało się, że nawet Pogoń jest w stanie przebić finansowo Legię.
Inna sprawa, że z naszych informacji wynika, że gdyby Papszun bardzo chciał, to Kameruńczyk by został. W jego przypadku problemem były nie tylko pieniądze, ale i obawy, czy 33-latek znów nie dozna kontuzji. W zeszłym sezonie nie grał od końca sierpnia do marca po zerwaniu ścięgna Achillesa.
Niemniej to kolejny przykład — po tym jak Steve Kapuadi odszedł do Widzewa — że Legia traci na rzecz ligowego konkurenta zawodnika, który był jej potrzebny.
Wcześniej, od odejścia Macieja Szczęsnego i Radosława Michalskiego do Widzewa w 1996 r., przez 30 lat nie było takiej sytuacji. Ważni zawodnicy z Łazienkowskiej odchodzili tylko do zagranicznych klubów. Owszem czasami znani piłkarze trafiali też do polskich drużyn, ale gdy ich czas w Warszawie minął, czego nie można było powiedzieć o Nsame, a na pewno nie o Kapuadim.
Legia znalazła się w najtrudniejszej sytuacji co najmniej od wspomnianego 1996 r., gdy po wycofaniu się Janusza Romanowskiego z klubu odeszło 10 ważnych zawodników, a nie było pieniędzy na następców, więc przyszedł tylko niechciany gdzie indziej Dariusz Czykier, który wrócił na Łazienkowską. Inna sprawa, że nawet wtedy na koniec sezonu Legia była dosłownie krok od mistrzostwa.
Tyle że wtedy w lidze poza Widzewem nie miała konkurencji, a teraz poziom bardzo się podniósł. Legia utraciła finansową przewagę nad resztą stawki. Lech zostawia ją coraz mocniej w tyle, czego kolejnym dowodem jest wykupienie Luisa Palmę za cztery mln euro. Widzew w zeszłym sezonie na transfery przeznaczył ponad 20 mln euro, a teraz ściągnął Karola Świderskiego, co pokazuje, że nie zamierza zwalniać, a że wymienił też decydentów w pionie sportowym, więc może tym razem wyda pieniądze mądrzej.
Więcej od Legii płaci też Raków, a jak pokazał przykład Nsame, Legię przebić może Pogoń. Nawet Korona Kielce, pozyskując Patrika Hellebranda za 1,7 mln euro, dokonała transferu, o jakim Legia może tylko pomarzyć. Chodzi zarówno o kwotę, jak i nazwisko nowego nabytku.
Więcej może zapłacić też oczywiście Wieczysta, jeśli tylko jej właściciel będzie miał taką ochotę. Od osoby zorientowanej w ligowych realiach słyszeliśmy, że nawet GKS Katowice w tej chwili płaci podobnie jak Legia (20-30 tys. euro miesięcznie).
Problemem Legii jest to, że jej właściciel Dariusz Mioduski to majętny człowiek, ale nie aż tak jak Robert Dobrzycki (Widzew), Michał Świerczewski (Raków), Alex Hidetaghi (Pogoń), Wojciech Kwiecień (Wieczysta) czy Robert Platek (Cracovia), choć akurat ten ostatni nie zamierza mocniej inwestować w krakowski klub, więc Legii nie zagraża.
Warszawski klub nie może też liczyć na pieniądze z miasta jak choćby GKS, który bez 25 mln zł, które popłynęły w tym roku z ratusza, nie miałby szans np. pozyskać Bartosza Wolskiego z Motoru Lublin. Legia nie ma swoistego know-how pozwalającego zniwelować te różnice jak Jagiellonia, który mimo mniejszych pieniędzy trzy lata z rzędu kończyła sezon przed warszawskim klubem.
Legia przez ostatnie 30 kilka lat, czyli odkąd trafił tam Romanowski, z wyjątkiem trudnego lata 96, była zawsze finansowo w czołowej trójce Ekstraklasy, a do niedawna przez lata numerem jeden. Teraz trudno jej konkurować z kilkoma innymi klubami, była w stanie najwyżej pokonać Motor w rywalizacji o Brkicia.
Oczywiście dalej ma na papierze mocną kadrę, pewnie w TOP 3–TOP 4 Ekstraklasy, obok Lecha, Widzewa i może Rakowa. Przecież grają w niej wielokrotni reprezentanci Polski: Paweł Wszołek, Bartosz Kapustka, Kacper Urbański, Kamil Piątkowski, Damian Szymański i Arkadiusz Reca, do tego tacy obcokrajowcy jak Ruben Vinagre czy Hindrich. Tyle że w przypadku wielu zawodników trudno przewidzieć, czy ich czas już nie minął, albo czy uda się ich odbudować.
Paweł Jaskółka / newspix.pl
Paweł Wszołek w meczu z Lechem
Wszołek, choć przecież jeszcze jesienią był w kadrze Jana Urbana, ma już 34 lata, Kapustka miewa problemy z urazami i w kadrze był ostatnio bardziej za nazwisko, Reca ma już raczej szczyt kariery za sobą.
Innym przypadkiem jest Urbański. Ma dopiero 21 lat i dalej można wierzyć, że Papszunowi uda się go odbudować. Dotąd to się jednak nie udało. Inna sprawa, że nie za bardzo pasuje do jego systemu i w czterech ostatnich meczach poprzedniego sezonu nie wszedł na boisko nawet na chwilę. W zeszłym sezonie w 28 meczach strzelił jednego gola i miał trzy asysty. A nawet ten bardzo skromny dorobek zebrał jesienią i u Papszuna jego liczby to okrągłe zera.
Vinagre po przedłużeniu kontraktu, dzięki czemu stał się prawdopodobnie najlepiej opłacanym zawodnikiem w klubie, obniżył loty, na dodatek w zeszłym sezonie nie grał przez pięć miesięcy z powodu kontuzji.
Oczywiście potencjał tych piłkarzy jest na tyle duży, że Legia może powalczyć o mistrzostwo. Potrzebuje jednak kilku warunków. Reprezentanci zagrają jak dawniej, Zjawiński będzie strzelał jak w pierwszej lidze, odblokuje się Mileta Rajović, Kapustka czy Arsenić nie doznają szybko kontuzji, postępy poczynią młodzi zawodnicy. Aby faktycznie Legia liczyła się w walce o najwyższe cele, musi zostać spełnionych większość tych założeń.
Ale jeśli starsi piłkarze zanotują zjazd, nie uda się odblokować tych, którzy zawodzili, kontuzjogenni zawodnicy znów złapią urazy, przejście z pierwszej ligi do Ekstraklasy okaże się zbyt dużym przeskokiem, a młodzi będą dostawać mało szans i ich nie wykorzystają, to Legię może czekać kolejny trudny sezon.
Cała nadzieja Legii w Papszunie. To on jest w tej chwili największym aktywem Legii, przynajmniej na tym polu warszawski klub nie ustępuje konkurencji.