
Mateusz Borek, komentując mecz Norwegia — Anglia, trzy razy powtórzył, że Norwegowie to wyjątkowo dzielny naród. Nie twierdzę, że jest zupełnie inaczej i mieszkańcy Norwegii są bezwzględnie tchórzliwi. Natomiast zastanawia mnie, skąd komentator TVP zaczerpnął wiedzę, że dzielność i odwaga Norwegów są tak wielkie, iż wyróżniają ich na tle innych narodowości na świecie — pisze Rafał Tymiński w komentarzu z cyklu "Wchodzę do gry".
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Mateusz Borek, komentując mecz Norwegia — Anglia, trzy razy powtórzył, że Norwegowie to wyjątkowo dzielny naród. Nie twierdzę, że jest zupełnie inaczej i mieszkańcy Norwegii są bezwzględnie tchórzliwi. Natomiast zastanawia mnie, skąd komentator TVP zaczerpnął wiedzę, że dzielność i odwaga Norwegów są tak wielkie, iż wyróżniają ich na tle innych narodowości na świecie — pisze Rafał Tymiński w komentarzu z cyklu "Wchodzę do gry".
Argentyńska prasa — jak usłyszałem w telewizji publicznej — przed meczem ze Szwajcarią pisała coś o tym, że piłkarze Argentyny przerobią szwajcarską czekoladę na miazgę czy też zrobią z niej praliny. Mistrzostwa świata w piłce nożnej są potwierdzeniem tego, że bardzo łatwo ulegamy stereotypom. Przy okazji takiej imprezy powtarzane są one dziesiątki razy. Bo to są łatwe do odczytania skojarzenia. Szwajcaria? Czekolada! Norwegia? Wiking w hełmie z rogami.
Stosowanie stereotypów to nie jest złe zjawisko. Będę się upierał przy tym, że człowiek społeczny jest skonstruowany w taki sposób, iż musi sobie jakoś otaczający go świat uporządkować i posegregować — różne zjawiska i postacie umieszczamy zatem w różnych szufladach, które następnie opatrujemy stosownymi etykietami.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Witold Gombrowicz w "Ferdydurke" twierdził, że takie szufladkowanie jest przyprawianiem gęby. Zdaniem pisarza gęba bierze się z upupiania, co jest formą zniewolenia, szczególnie że przed gębą nie ma ucieczki, chyba że w inną gębę. No ale Gombrowicz wielkim artystą był, a jak wiadomo, artyście wolno więcej, bo przecież artyści są po to, żeby łamać schematy i sprzeciwiać się stereotypom. Dobrze napisałem? Pewnie, że dobrze, bo przecież posłużyłem się stereotypowym określeniem zjawiska artysty, a stereotyp jest tak rozległy i ogólny, że trudno z nim polemizować.
Jest przy tym tak bardzo utrwalony w przestrzeni publicznej, że wszyscy uznajemy go za prawdziwy, a nawet jedyny — tak było i inaczej być nie mogło. Jak Jan Matejko namalował "Bitwę pod Grunwaldem", to wszyscy kojarzymy bitwę z lipca 1410 r. właśnie tak, jak wyobraził sobie ją XIX-wieczny malarz z Krakowa, który przecież batalii z XV wieku na własne oczy nie oglądał. Miał "tylko" pewną wizję artystyczną. W jego obrazie książę Witold trzyma w ręku indyjski miecz ceremonialny, a dwaj ubrani w skóry Litwini zabijają wielkiego mistrza krzyżackiego… włócznią świętego Maurycego. O wszystkich nieprawdopodobnych błędach, jakie Matejko popełnił w doborze uzbrojenia, sięgając po wzory do obrazu, wspaniale opowiadał już lata temu współczesny polski malarz Franciszek Starowieyski, zresztą stryj mojego serdecznego kolegi z radia — dziennikarza sportowego Łukasza Starowieyskiego.
Nieżyjący już Franciszek Starowieyski przez lata był dla mnie mistrzem gawęd i różnych opowieści, w których często grał główną rolę, chociaż zwykle jego narracja jakoś dziwnie stawała w poprzek naturalnemu poczuciu tego, co rzeczywiste i prawdziwe. Dla rozwoju akcji nie miało to jednak wielkiego znaczenia. Tak samo jak nie ma wielkiego znaczenia, że malarska postać bitwy pod Grunwaldem wykonana przez Matejkę bardzo daleko odjechała od tego, co byli w stanie ustalić historycy. W zbiorowej polskiej wyobraźni bitwa wygląda tak, jak stworzył ją artysta.
Trener Szwajcarów Murat Yakin na czas mistrzostw wybrał takie okulary i ogólnie styl ubierania się, że szybko w mediach amerykańskich — ale nie tylko w nich — zasłużył sobie na wyróżnienie, iż wygląda jak diler narkotyków wyjęty z lat 70. ubiegłego wieku albo postać z serialu "Breaking Bad". Tak określono go na przykład w programie telewizji Fox "Po godzinach". — Patrzysz i nie wiesz, czy na powitanie uścisnąć mu dłoń, czy dzwonić do Interpolu — żartowano. Jak zareagował Yakin? Nagrał filmik do mediów społecznościowych, w którym wyjaśnił, że Szwajcarzy są słodcy jak czekolada, precyzyjni jak (szwajcarskie) zegarki i godni zaufania jak (szwajcarskie) banki. A jedynym miejscem, gdzie można się ich obawiać, jest… boisko piłkarskie. Trzeba przyznać, że reakcja i samo wykonanie filmiku były na najwyższym poziomie, a całość oparła się na pozytywnych stereotypach związanych ze Szwajcarią. Czy prawdziwych? Stereotypy nie są od tego, żeby wyjaśniać, co prawdziwe.
Natomiast wygląd Norwega Erlinga Haalanda od razu kojarzymy z wikingami z Północy. Nawet Google uparł się na to, żeby po wpisaniu nazwiska norweskiego piłkarza przez ekran przesunęło nam się kilka rzędów odzianych w skóry, wiosłujących wikingów, którzy na głowach mają hełmy z rogami! Rogami? A jakże mogło być inaczej? Tyle tylko, że rogi do hełmów — tak jak matejkowska postać wielu wydarzeń z naszej historii — wymyślono na potrzeby artystyczne w XIX wieku, a w rzeczywistości nic takiego nigdy nie istniało. Po prostu stereotyp, pięknie już utrwalony, bo mający blisko 200 lat tradycji.
Mateusz Borek, komentując mecz Norwegia — Anglia, trzy razy powtórzył, że Norwegowie to wyjątkowo dzielny naród. Nie twierdzę, że jest zupełnie inaczej i mieszkańcy Norwegii są bezwzględnie tchórzliwi. Natomiast zastanawia mnie, skąd komentator TVP zaczerpnął wiedzę, że dzielność i odwaga Norwegów są tak wielkie, iż wyróżniają ich na tle innych narodowości na świecie. Czy norweska dzielność różni się jakoś — dajmy na to — od dzielności Szwajcarów? Albo Polaków? Co takiego sprawia, że warto o niej trzy razy powiedzieć w czasie transmisji, pomijając zupełnie odwagę Anglików? Bo przecież o tym, że Anglicy są odważni, komentator nie wspomniał ani razu. Stereotyp. Norweg to, wiadomo, wiking zdobywca, ale czy ktoś słyszał o stereotypowo odważnym Angliku?
Doczytaliście państwo ten tekst do końca, ale pewnie się zastanawiacie, co taki pismak może wiedzieć, że się wziął za wyjaśnianie świata i wymądrza. Przecież dziennikarz sportowy to wie, jak kopnąć piłkę, ale też tylko teoretycznie, bo sam przecież tego nie umie. Gdyby umiał, to by piłkę kopał, a nie o jej kopaniu pisał. Macie rację. Jest taki stereotyp...