RAK
    Schudłem prawie 10 kg w trzy miesiące. Tych zasad przestrzegałem

    Schudłem prawie 10 kg w trzy miesiące. Tych zasad przestrzegałem

    1722 odsłon
    Schudłem prawie 10 kg w trzy miesiące. Tych zasad przestrzegałem

    "Jak to k***a możliwe?!" — pomyślałem, wchodząc na wagę. To był najtrudniejszy miesiąc w mojej diecie. Do wielu jedzeniowych pokus doszły jeszcze rutyna i znudzenie tym, co jem.

    Moje pierwsze dwa miesiące walki z wagą były pasmem niekończących się sukcesów. Kiedy za pierwszym razem udało mi się zrzucić 2,4 kg, poczułem, że idę w dobrym kierunku. Jednak potem zaczęły pojawiać się pewne pokusy. Zrobiło się cieplej, więc częściej wychodziłem ze znajomymi na miasto, a wokół mnie pojawiało się coraz więcej pysznego jedzenia, które mogłoby zaburzyć mój proces.

    Tak rzeczywiście trochę się stało, lecz do moich dwóch zasad diety — 2500 kcal w czterech posiłkach dziennie i przynajmniej trzy aktywności fizyczne tygodniowo — doszła jeszcze jedna reguła. Za każdy fast food lub coś nie do końca zdrowego dokładałem sobie trening, najczęściej na bieżni lub zwykły bieg. Dało to efekt zrzucenia aż 4,7 kg w niecały miesiąc.

    Jednak w połowie czerwca rozpoczynały się mistrzostwa świata w piłce nożnej w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku. To oznaczało nocne zmiany, a jak jest powszechnie wiadome, jedzenie w nocy nie sprzyja gubieniu zbędnych kilogramów. Miałem na to jednak konkretny plan, który spróbowałem wdrożyć w życie.

    Z dalszej części tekstu dowiesz się m.in., co wydarzyło się podczas trzeciego miesiąca walki z wagą, jaką zasadę wprowadziłem, żeby kontrolować swoją wagę i co najbardziej zaskoczyło mnie podczas kontroli u dietetyka.

    W czerwiec wchodziłem z ogromnym uśmiechem na ustach. Robiło się coraz cieplej, a na wadze było coraz mniej, bo 92,9 kg. Przypomnę tylko, że granica 90 kg to mój pierwszy cel. Jednak nie spodziewałem się, że trzeci miesiąc mojej diety będzie tym najtrudniejszym.

    Zaczął się mundial, a upływał tak szybko, jakby przelatywał między palcami. Czasu było na tyle mało, że nie zawsze starczało mi go na gotowanie. Mimo tego starałem się trzymać swoich wcześniej ustalonych zasad.

    Nie sprzyjały też nocne i bardzo wczesne godziny pracy. W tym przypadku z dietetykiem ustaliliśmy, że plan żywieniowy pozostaje bez zmian, tylko muszę zachować odstępy czasowe, czyli jeść co trzy godziny, kiedy nie śpię. Jeśli na przykład dzień pracy kończyłem obiadem, to po pobudce zaczynałem od kolacji, a następnie ponownie jadłem śniadanie, drugie śniadanie i obiad. Wszystko po to, żeby mimo ciągłych zmian w moim zegarze biologicznym, zachować potrzebną kaloryczność.

    Wpadłem jednak w lekką rutynę jedzeniową. Już tak bardzo nie smakowały mi posiłki, które sobie przygotowywałem, mimo że niczego nie zmieniłem w przepisach. Dietetyk uczulała mnie na to, że może się to zdarzyć ze względu na znudzenie. Mimo to do dziś moje śniadanie to owsianka lub szakszuka, na drugie śniadanie serek wiejski z warzywami, a na kolację trzy kanapki z szynką, serem i warzywami. Zobaczymy, jak długo dam radę!

    Częściej niż wcześniej odwiedzałem restauracje, w szczególności te włoskie, a tam wybierałem pizzę lub makarony różnego rodzaju. Jednak traktowałem te posiłki jako część mojego planu żywieniowego, głównie zamiast obiadu. To właśnie ta czwarta zasada, którą wprowadziłem, okazała się strzałem w dziesiątkę, bo innymi daniami "zagryzłem" żywieniową nudę.

    Być jak Forrest Gump

    Do tego dochodził coraz większy entuzjazm do biegania. Uznałem, że muszę zacząć trochę więcej biegać, skoro chcę przebiec wrześniowy Półmaraton Praski. Tak, w końcu się zapisałem, zbierałem się do tego już kilka lat, lecz nigdy jakoś nie wierzyłem, że uda mi się przebiec aż 21 km. A teraz? To jest chyba najlepszy moment, żeby się sprawdzić.

    Regularnie udawało mi się przebiegać minimalnie 10 km. Jednak zdarzały mi się też dystanse ok. 12 km. Wiadomo, ktoś może pomyśleć — to nic wielkiego. Jednak dla mnie to spora rzecz, bo nigdy nie lubiłem biegać. Wydawało mi się to bez sensu, lecz jest to najprostsza aktywność. Przebierasz się, wychodzisz i biegniesz przed siebie... trochę jak Forrest Gump.

    Co więcej, każdy mój biegowy trening był w tempie, którego jeszcze na początku roku nie byłbym w stanie osiągnąć. Wtedy kilometr w granicach 6 min to już był wyczyn. Teraz średnio udaje mi się biegać po 5:30 min na km przy coraz dłuższych biegach. Mój rekordowy to uwaga... 17 km w tempie 5:39 min na km! I to w gigantycznym upale.

    Screen ze Stravy

    Onet

    Screen ze Stravy

    Tym oto sposobem dobiegliśmy do czerwcowej kontroli u dietetyka. Przed nią byłem pełen obaw, bo wiedziałem, że miniony miesiąc pod kątem reżimu żywieniowego nie należał do moich najmocniejszych. Tak szczerze, byłem już mentalnie przygotowany na utrzymanie wagi lub jej lekki wzrost.

    Ten efekt osiągają naprawdę nieliczni

    Było jednak zupełnie inaczej. Wszedłem na wagę, a tam... 90,6 kg. Szok! Kiedy spojrzałem na pomiar, otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia, a w mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: "Jak to k***a możliwe?!".

    Sierpień 2025 r., maj 2026 r., czerwiec 2026 r.

    Onet

    Sierpień 2025 r., maj 2026 r., czerwiec 2026 r.

    Ważnym aspektem był też fakt, że utrzymałem masę mięśni, z czym był problem na majowej wizycie. Teraz ważę 48,7 kg (mniej o 0,1 kg). A to oznacza, że moja mniejsza waga wynikała z redukcji tłuszczu. Zgubiłem go aż 2,3 kg (Teraz 6,5 kg, w maju 8,8 kg), co przekładało się na 7,1 proc. zawartości tkanki tłuszczowej w organizmie.

    — Chapeau bas [z jęz. fr. czapki z głów] — usłyszałem nagle ze strony dietetyka.

    Analiza składu ciała z 3. kontroli u dietetyk

    Onet

    Analiza składu ciała z 3. kontroli u dietetyk

    Jak się okazało chwilę później, chodziło o jeden z moich parametrów, na który do tej pory nie zwracałem uwagi. Poziom mojego tłuszczu trzewnego (wokół narządów) wskazywał najmniejszą wartość jeden, czyli w zasadzie jego brak. Dla porównania na pierwszej wizycie wynosił on 5. Z kontroli na kontrolę ten wskaźnik malał, aż teraz doszedł do najniższej możliwej wartości.

    Co ciekawsze, u dorosłego człowieka niezwykle rzadko zdarza się, że poziom tłuszczu wokół narządów wynosił 1. Taką wartość mają zazwyczaj... niemowlaki.

    Ponieważ ponownie zgubiłem kilogramy, "zmniejszyłem" się w obwodach. Teraz wygląda to następująco:

    • Klatka piersiowa: 102 cm (start: 106 cm, 1. kontrola: 104 cm, 2. kontrola: 102 cm)
    • Talia: 87 cm (start: 96 cm, 1. kontrola: 93 cm, 2. kontrola: 89 cm)
    • Brzuch: 88,5 cm (start: 97 cm, 1. kontrola: 93,5 cm, 2. kontrola: 90,5 cm)
    • Biodra: 105 cm (start: 112 cm, 1. kontrola: 110 cm, 2. kontrola: 107,5 cm)
    • Uda: po 60 cm (start: 66 cm, 1. kontrola: 64,5 cm, 2. kontrola: 62 cm)
    • Łącznie: 502,5 cm (start: 543 cm, 1. kontrola: 529,5 cm, 2. kontrola: 513 cm)

    Ten miesiąc pokazał mi, że wszystko jest dla ludzi, trzeba znać jednak umiar. A co najważniejsze, dobiłem do wymarzonej wagi 90 kg. Problem jednak w tym, że nie spodziewałem się, że stanie się to tak szybko. Nie myślałem wcześniej, co stanie się, kiedy to osiągnę, i nie ma na razie konkretnego planu. Chcę na pewno to utrzymać i po prostu cieszyć się życiem! Jednak się nie martwcie, na pewno za około miesiąc tutaj wrócę z czwartą częścią.

    Jeśli nie czytałeś poprzedniej części mojego cyklu walki ze zbędnymi kilogramami, poniżej możesz to nadrobić:

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era