
Na zgrupowaniu obok była duńska drużyna z Arkiem Onyszką w składzie. Pytał, co to za jaja, że my, czołowa drużyna MLS, chodzimy ubrani jak turyści, a posiłki każdy je, jak chce i gdzie chce — wspomina Tomasz Frankowski w komentarzu z cyklu "Podcinka".
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Na zgrupowaniu obok była duńska drużyna z Arkiem Onyszką w składzie. Pytał, co to za jaja, że my, czołowa drużyna MLS, chodzimy ubrani jak turyści, a posiłki każdy je, jak chce i gdzie chce — wspomina Tomasz Frankowski w komentarzu z cyklu "Podcinka".
Sportowe, a przede wszystkim polonijne środowisko Chicago czeka na Roberta Lewandowskiego, który lada dzień ma być przedstawiony jako nowy piłkarz Fire. Jeden z jego nowych kolegów — Hugo Cuypers — popisał się ładnym gestem i zrzekł się na rzecz "Lewego" numeru 9, komplementując przy tym naszego znakomitego napastnika.
Nie zwracałem większej uwagi na numery, z którymi gram. Nr 21 był pierwszym wolnym w Wiśle. "Oczko" mi pasowało, w pierwszym sezonie strzeliłem 21 goli i uznałem to za szczęśliwą liczbę.
W Elche wybrałem 23. Tam skojarzono ten numer z Davidem Beckhamem i Michaelem Jordanem. Uwielbiałem Jordana, ale absolutnie się tym nie kierowałem. W Strasburgu, jeśli występowałem w pierwszym składzie, nosiłem "9", a jeżeli siedziałem na ławce, dostawałem "16". Gdy przyszedłem do Wisły, z "9" grał Grzesiek Kaliciak, środkowy napastnik przesunięty przez trenera Franciszka Smudę do obrony.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Gdy "Kali" odchodził z Reymonta, chciałem zmienić numer 21 na właśnie 9. Ale akurat do Wisły przeszedł Maciek Żurawski i on też chciał "9". Postanowiliśmy losować. Wygrał "Żuraw". Zostałem z "21" i… bardzo dobrze. Kibice kojarzyli mnie z tym numerem, nastrzelałem z nim mnóstwo goli. W kadrze numer był mi obojętny. Parę razy trafiła się "17", raz chyba "16". Z kolei "17" była szczęśliwa. Z nią strzeliłem gole Austrii i Walii. Na mecz z Azerbejdżanem, na który wyszedłem w pierwszym składzie, dostałem "11".
W Wolverhampton miałem do wyboru numery albo 21, albo 32. Chciałem oczywiście numer 21, bo z takim grałem w Krakowie, ale magazynier przypomniał sobie, że 21 zarezerwował Francuz Jeremie Aliadiere, wypożyczony z Arsenalu.
Wracając na stare lata do Jagiellonii Białystok, też wybrałem nr 21. Gdy skończyłem granie, przekazano go Frankowskiemu — Przemkowi. Ludzie przywiązują się do symboli i kiedy Przemek pudłował, choć był skrzydłowym, kibice przypominali sobie o mnie, a ja większych kłopotów ze skutecznością nie miałem.
Marcin Kondek / newspix.pl
Tomasz Frankowski w Chicago Fire. W tle Piotr Nowak
Wracając do MLS (w niej grałem z numerem 9), jestem pewien, że Robert trafia do ligi innej niż ta, w której miałem okazję występować. Pamiętam, że dwie dekady temu profesjonalizm, przynajmniej w Fire, pozostawiał nieco do życzenia.
Podczas obozu na Florydzie od razu było ciekawie. Mieszkaliśmy w bungalowach. Miałem swój pokój, w drugim mieszkała dwójka młodych piłkarzy. Śniadania każdy musiał zorganizować na własną rękę. Dostaliśmy na nie od ligi (MLS) po 100 dol. kieszonkowego na 10 dni. Część zawodników nie była zainteresowana ich szykowaniem, tylko… spała do treningu. Obiady i kolacje mieliśmy wspólne. Dziwiło mnie, że na jedzenie każdy przychodził w prywatnych ubraniach. Wyglądaliśmy jak zbieranina.
Trener Denis Hamlett był początkującym szkoleniowcem i nie za bardzo wiedział, co i jak… A na zgrupowaniu obok była duńska drużyna z Arkiem Onyszką w składzie. Pytał, co to za jaja, że my, czołowa drużyna MLS, chodzimy ubrani jak turyści, a posiłki każdy je, jak chce i gdzie chce. W końcu powiedziałem Cuauhtemocowi Blanco (był kapitanem, a nieznajomość angielskiego zupełnie mu w tym nie przeszkadzała), że te różne ubrania to obciach. Przekazał to trenerowi i dostaliśmy — też z MLS — komplet strojów Adidasa. Zaczęliśmy wyglądać jak drużyna. Niby detal, a jednak.
Robert z miejsca stanie się tam gwiazdą ligi. Amerykanie kochają europejską piłkę i gwiazdy z Europy, które kontynuują karierę za oceanem. Pamiętam pewną historię. Gramy towarzyski mecz z Evertonem. Stoimy w tunelu, a tu słyszę: — Kolego, co ty tutaj robisz?! Obracam się, a tu Joleon Lescott, kumpel z Wolverhampton. — Skoro nie podbiłem Premier League, próbuję w MLS — zażartowałem. Koledzy z Fire byli w szoku, że znam tej klasy piłkarza. A kiedy dodałem, że występowałem w jednej drużynie z Joleonem, to chyba nie uwierzyli.
W Wolverhampton gierka treningowa przeciwko Joleonowi była zresztą udręką — silny, wielki chłop. Zrobił błyskawiczną karierę. Manchester City w 2009 r. zapłacił za niego 22 mln funtów.
Amerykańscy piłkarze i trenerzy są absolutnie zapatrzeni w angielski futbol. Dla wielu z nich Anglia jest ziemią obiecaną. W ośrodku treningowym Fire, w szatniach, gabinetach trenerów, u masażystów, na ekranach telewizorów non stop leciały mecze Premier League lub programy klubowych telewizji — Arsenalu, Manchesteru United, Chelsea. Anglicy z kolei chętnie udają się na przedsezonowe sparingi do Stanów. Świetne stadiony, idealne zaplecze, zaś amerykański kibic nie żałował 50 dol. na bilet, by z bliska zobaczyć drużynę Czerwonych Diabłów czy choćby Evertonu.