RAK
    Rewolucja na Mount Everest. Polak wprost: to wszystko traci sens

    Rewolucja na Mount Everest. Polak wprost: to wszystko traci sens

    3093 odsłon
    Rewolucja na Mount Everest. Polak wprost: to wszystko traci sens

    — Nakręcanie biznesu — mówi nam gorzko Andrzej Bargiel o forsowanych przepisach, które miałyby skrócić kolejki na Mount Everest. Nie tylko tu widać zresztą poważny problem. — Byłem świadkiem sytuacji, jak pewien wpływowy człowiek z Chin przyjechał pod K2 w 2018 r. Patrząc na niego, widziałeś, że nawet nie wszedłby samodzielnie na Giewont — opowiada.

    Na początku lipca Andrzej Bargiel jako pierwszy człowiek w historii zjechał na nartach z Nanga Parbat, dopisując do swojej listy kolejny ośmiotysięcznik. W rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet zaskakuje, zdradzając namiastkę dalszych celów. Okazuje się, że wysokie góry mogą zejść na dalszy plan.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Natalia Żaczek: Przy okazji wyprawy na Nanga Parbat wspominałeś, że lubisz wracać do Pakistanu, bo w przeciwieństwie do Nepalu jest znacznie mniej skomercjalizowany. Ciebie też odstraszają kolejki na Mount Everest?

    Andrzej Bargiel: Przez to nigdy nie chciałem jechać tam wiosną. Słyszałem te wszystkie historie o kawiarniach czy restauracjach. Robi się z tego miasteczko. Ja wychowałem się w małej miejscowości z 3 tys. mieszkańców, a tu masz 5 tys. osób! To wszystko trochę traci sens. Dlatego zawsze wyjeżdżałem jesienią, bo można było mieć wtedy poczucie, że to dziewiczy teren. Spadło 10 m śniegu, więc nie było widać tej ingerencji, śmieci i pozostałości po poprzednikach. To były naprawdę wyjątkowe momenty.

    Myślisz, że nowe zasady, według których każdy, kto chce wejść na Mount Everest, będzie musiał zaliczyć wcześniej inny siedmiotysięcznik na terenie Nepalu, to dobra droga?

    Sam jestem przewodnikiem i uważam, że właśnie przewodnik powinien o tym decydować. Zabierasz takiego człowieka w góry, żeby sprawdzić jego poziom sportowy i to powinien być wyznacznik. Myślę, że wskazanie szczytów leżących na terenie Nepalu, które trzeba zdobyć przed wejściem na Mount Everest, jest tylko nakręceniem biznesu, a nie dbaniem o bezpieczeństwo.

    "Czasy się zmieniają. Jeżeli masz kasę, to wszystko jest możliwe"

    Na innych szczytach też widać tę komercjalizację?

    Myślę, że to już zdarza się wszędzie. Byłem świadkiem sytuacji, jak pewien wpływowy człowiek z Chin przyjechał pod K2 w 2018 r. Patrząc na niego, widziałeś, że nawet nie wszedłby samodzielnie na Giewont. Pięciu Szerpów prowadziło go na szczyt i z powrotem bez jakiejkolwiek aklimatyzacji. To pokazuje, jak czasy się zmieniają. Jeżeli masz kasę, to wszystko jest możliwe. Nepalskie firmy się rozkręciły, widzą, że to działa. Wystarczy, że jest pogoda i mają wszystko, żeby wyprowadzić w góry kompletnie niesamodzielnych ludzi.

    Zrobiła się zresztą taka moda, że podróżuje się od szczytu do szczytu. Teraz spotkałem kilka takich osób. Jedna grupa jechała na Nanga Parbat, Gaszerbrum I, Gaszerbrum II, Broad Peak i K2. One się tylko przemieszczają i zdobywają te szczyty, a wydaje mi się, że na Orlą Perć raczej by się nie wybrały.

    Przed ostatnią wyprawą czułeś taką samą ekscytację, jak przed wszystkimi wcześniejszymi czy nawet coś tak spektakularnego potrafi trochę spowszednieć?

    Nie mam za bardzo czasu, żeby się tym ekscytować. Gdy planuję, jestem raczej pragmatyczny. Cieszę się tym już na miejscu i to jest największa wartość.

    Zmierzam do tego, ile w Andrzeju Bargielu wciąż jest tego Andrzeja, który w 2013 r. rozpoczynał projekt Hic Sunt Leones? Ta pasja ani trochę nie gaśnie?

    Jakby jej we mnie nie było, to bym tego nie robił. Wiadomo, że ma to też swoje negatywne strony związane z organizacją tego wszystkiego. Nie da się ukryć, że nie jestem fanem tego całego procesu, więc gdyby nie ta pasja, raczej bym już tego nie robił. Myślę, że kluczowe jest po prostu robienie tego, co się kocha, bo to nam pozwala długoterminowo przezwyciężać te wszystkie niedogodności.

    Ciągle lubię być w górach i myślę, że to nagroda za te wszystkie uciążliwości, którymi trzeba się zajmować przy planowaniu wyprawy. Zawsze się śmieję, że największym sukcesem jest samo to, że udało mi się ją zorganizować. Wiadomo, że to prywatna inicjatywa, nie ma tu żadnej struktury, związku, który bym to wspierał.

    Andrzej Bargiel

    Bartłomiej Pawlikowski / Red Bull

    Andrzej Bargiel

    Fakt, że to już kolejna wyprawa, czyni to wszystko trochę łatwiejszym?

    Na pewno pomaga to w adaptacji organizmu związanej z regularnym pojawianiem się w górach. Mam też pewnego rodzaju łatwość, która pozwala mi dobrze czuć się na dużych wysokościach. Jeśli chodzi o samą organizację, na pewno jest łatwiej, ale wciąż to mozolny proces, który wymaga dużo pracy. Mam na głowie sporo rzeczy, mam też przecież rodzinę, więc staram się robić to, jak najbardziej efektywnie, żeby tego czasu nie brakowało. Mając zbudowane pewnego rodzaju mechanizmy i narzędzia, nie jest to już tak skomplikowane, ale wciąż to praca do wykonania.

    My dowiadujemy się o twoich kolejnych wyzwaniach zazwyczaj dzień lub dwa przed wylotem. A ty ile wcześniej rozpoczynasz przygotowania?

    Zawsze zaczynamy kilka miesięcy wcześniej. Nie mówimy jednak o tym za dużo, bo tak jest łatwiej. Mamy dzięki temu spokój.

    Co jest w tym wszystkim najtrudniejsze?

    Myślę, że kwestia finansowania. Staram się budować wokół siebie jakąś strukturę. Wiadomo, że chcę robić to tak, żeby było jak najbardziej bezpiecznie. Mam też zobowiązania, więc muszę mieć obok siebie osoby, które o to zadbają. Ekipa relacjonuje to, co się dzieje, a ja nie muszę już o tym myśleć. To też jest fajne, że pokazujemy ludziom z bliska miejsca, w których najprawdopodobniej nigdy się nie pojawią.

    Wykorzystujemy technologię, a to jednocześnie zwiększa koszty takiej wyprawy, ale myślę, że taka forma działania pozwoliła mi zbudować w tym wszystkim pewnego rodzaju niezależność. Udało się zrobić dużo fajnych produkcji filmowych, które zostały zauważone międzynarodowo. To też daje satysfakcję, że robiąc coś, od zera potrafisz zbudować mechanizm, który daje szansę realizacji czegoś ciekawego, co jednocześnie jest fajną pamiątką.

    Jak w tym wszystkim, jeszcze na etapie planowania wyprawy, przygotowań znaleźć czas dla rodziny?

    Na szczęście potrafię robić kilka rzeczy naraz. Nie przesadzam z tymi wyprawami, one nie są dla mnie priorytetem. Wiadomo, że chcę poświęcać jak najwięcej czasu rodzinie. To bardziej działa tak, że będąc z rodziną, próbuję jakoś znaleźć czas na organizację wyjazdu, a nie, że organizując wyjazd, szukam przestrzeni dla rodziny.

    Andrzej Bargiel

    Kuba Gzela / Red Bull

    Andrzej Bargiel

    "W górach jest jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia"

    Co w wysokich górach jest jeszcze do zrobienia? Wszystkie ośmiotysięczniki już zdobyte, modne stały się zjazdy... Co będzie kolejnym wyzwaniem?

    Myślę, że sama eksploracja klasycznymi drogami nie jest już zbyt ciekawa, więc taki zjazd zawsze jest fajną formą nagrody za wielogodzinną wspinaczkę i tak bym to postrzegał. A jeśli chodzi o góry, naprawdę jest jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia. Jest tyle niezdobytych szczytów 6-7-tysięczniów czy ścian ośmiotysięczników, że bardzo wiele pokoleń ma jeszcze trochę tych problemów do rozwiązania. Jest to po prostu kwestia ambicji, pomysłu, poziomu sportowego i chęci.

    Gdy w 2013 r. rozpoczynałeś ten projekt, w głowie miałeś jakąś metę?

    Ta pasja ciągle trwa, ale zdaję sobie z tego sprawę, że poziom sportowy tych inicjatyw z czasem będzie spadał. Na pewno chciałbym to robić dalej. Zabrzmi to trochę irracjonalnie, ale nawet w formie towarzysko-sportowych wyjazdów z kolegami. Wracając do pytania, nie definiowałem ani nie tworzyłem ram tego projektu.

    Chciałbym eksplorować jakieś tereny, w których jeszcze nie byłem: pojechać na Alaskę, na Antarktydę, do Boliwii... Wiele jest miejscówek, w których można zrobić coś wyjątkowego i wymagającego. Wcale nie musisz jechać w Himalaje. Można jechać w Alpy i zrobić coś super trudnego. Francuscy narciarze robią cuda... Zjeżdżają z drogi wspinaczkowej m.in. ze ściany Jorasses. To działa na wyobraźnię.

    Czyli czas odpocząć od wysokich gór?

    To dość męczące, bo to środowisko jest trudne, ale raczej nie mam takich przemyśleń, że coś się kończy, coś się zaczyna. Przede wszystkim walczę o to, żeby nie stracić tej pasji. Jestem też przewodnikiem międzynarodowym, ale nie robię tego zawodowo, tylko społecznie z tego samego powodu.

    Jaka wyprawa najbardziej ci się teraz marzy?

    Głośno myślę o Antarktydzie. Chciałbym popłynąć gdzieś daleko i eksplorować jakieś nieznane tereny. To może być ciekawe, bo nigdy nie żeglowałem. Te tereny też fascynują mnie wizualnie. Te przestrzenie są niesamowite i myślę, że to mogłaby być super ciekawa przygoda, która umożliwia zdobywanie nienazwanych szczytów. Przez ocieplenie klimatu po prostu wpływasz coraz głębiej i masz szczyty, które mają prawie po 2000-3000 metrów przewyższenia bezwzględnego, więc robi się z tego sprawa.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?