
— Trenerzy musieli luzować i skracać treningi. Inaczej wybuchłby system Catapult. Drapali się po głowach, że zespół jest aż tak żądny pokazania, na co go stać — tak Arkadiusz Jędrych opowiada o przełomowym momencie w GieKSie.
Łukasz Olkowicz: Siedem lat temu spadliście do drugiej ligi, po przegranym meczu z Bytovią, gdy decydującego gola straciliście w 97. minucie po strzale bramkarza gości. Teraz przypilnowaliście miejsca w europejskich pucharach po remisie z Pogonią. Wyrównaliście w 97. minucie, gdy w bramce Pogoni nie było już jej bramkarza, bo zszedł z czerwoną kartą, a bronił zawodnik z pola. Czy wy możecie zrobić coś normalnie, czy zawsze muszą być fajerwerki?
Arkadiusz Jędrych: Po tym, jak dwa lata temu wygraliśmy w Gdyni z Arką i awansowaliśmy do Ekstraklasy, sami ekscytowaliśmy się z takim scenariuszem. Mogła z tego powstać książka. No to w tym sezonie dopisaliśmy drugi tom — awans po 23 latach do pucharów. Jeśli za każdym razem ma się kończyć happy endem, to nie mam z tym problemu. Możemy wbiegać na metę przy AC/DC.
Arek, z ręką na sercu. Kiedy realnie zacząłeś myśleć o europejskich pucharach dla GKS-u? Nie uwierzę, że na początku sezonu spoglądałeś w ich kierunku.
Jak ktoś mnie zna, to wie, że jestem ambitnym facetem. I zawsze chcę grać o zwycięstwa. A kiedy dotarło do mnie, że możemy zagrać w pucharach? Chyba dwa tygodnie po sezonie. Początek sezonu nie był dla nas łatwy, nakręciliśmy się wiosną.
To kolejna wiosna GKS-u, kiedy tak dobrze wyglądacie.
Wcześniej u nas było odwrotnie — niezła pierwsza runda i druga gorsza. W tym sezonie przerwę zimową spędzaliśmy w strefie spadkowej, ale pamiętam, jak Kuba Arak powtarzał, że tabelę czyta się tylko raz. Na koniec sezonu. Liczy się miejsce, które zajmiesz po 34. kolejce. Chłopaki w szatni mówili, że puchary są blisko, ale wolałem to tonować. Nie hamowałem nikogo, ale nie chciałem, żebyśmy mówili o tym głośno. Sam nie lubię planować, wolę to osiągnąć.
GKS — z kibicami, nami jako drużyną, sztabem, miastem jako właścicielem — ze wsparciem z każdej strony, odbiera teraz nagrodę za te wszystkie cięgi, które dostawał przez lata. Chcę wierzyć, że to nie jest taka nagroda krótkotrwała, tylko...
Proces.
Niekończący się. To nie jest tak, że po awansie do Ekstraklasy ktoś się zadowolił: "Fajnie, to teraz niech się dzieje. Koniec procesu". On trwa. I dobrze, że w tym drugim sezonie w Ekstraklasie twardo w niej stąpaliśmy, nie byliśmy Kopciuszkiem. Mówi się, że drugi sezon w nowej lidze jest dla beniaminka najtrudniejszy. Dla mnie to szukanie alibi na wypadek, gdyby coś nie wyszło. Jeżeli masz narzędzia i grupę zdeterminowanych ludzi do zrobienia czegoś wielkiego — po prostu możesz to zrobić. Dla nas Ekstraklasa jest czymś wielkim, ale trener Górak powtarzał, że skoro do niej się dostaliśmy i wielu z nas spełniło marzenia, zresztą on też, dlaczego mamy nie marzyć dalej?
I wymarzyliście sobie puchary.
Przez lata celem GieKSy była Ekstraklasa. To już za nią, a w życiu trzeba mieć kolejne wyzwania, bo to one pozwalają iść do przodu. Apetyty w GKS-ie, mam nadzieję, będą rosły. A społeczność pozostanie zdeterminowana i zafascynowana tym, co dzieje się wokół klubu. Moda na GKS jest w pełni uzasadniona. GieKSa stała się mocnym i stabilnym klubem, zasługującym na miejsce, w jakim jest. Ale wszyscy musimy nadal twardo stąpać po ziemi. Znać swoją wartość, ale przede wszystkim być pokornym.
Siedem lat temu związek Arkadiusza Jędrycha i GKS-u zaczął się źle, bo od spadku do drugiej ligi. Dużo ten piłkarz w Katowicach widział, dużo doświadczył. Przeżył rozwścieczony Blaszok, o którym trenerzy rywali mówili swoim zawodnikom na odprawach: "Wytrzymajmy 15 minut na GieKSie, a trybuny za nas zrobią robotę z gospodarzami". — Początki łatwe nie były. Spadek, duże oczekiwania wyników od zaraz. Każdy chciał awansu do Ekstraklasy, a zaczynaliśmy w trochę innej rzeczywistości. Klimat był gorący, ale ja lubię wyzwania — podsumowuje kapitan naszego pucharowicza.
Jak dziś do tego podchodzisz? Co jakiś czas wokół GKS-u coś się działo. Pamiętam czasy, jak przyjeżdżałem na opustoszały stadion, bo kibice protestowali. Na meczu Pucharu Polski z Górnikiem stałem z nimi pod stadionem, Blaszok był puściutki. Znam te lata.
Wcześniejszy okres to mocna gorycz. Tylko to pozwoliło zawiązać coś silnego z ludźmi wewnątrz klubu i zewnątrz, czyli kibicami — osobami dobrze życzącymi GKS-owi. Porównuję to do węzła na grubej linie. Okazał się na tyle mocny, że wszystkie te gorsze chwile powoli pomogły zbudować trochę lepsze momenty, ustabilizować się i awansować do pierwszej ligi.
Przycupnęliście w niej na trzy lata, zanim ruszyliście dalej.
Ustabilizowaliśmy zespół i relacje wewnątrz klubu, wzmocniliśmy więzi z kibicami. Wspieraliśmy się razem, komunikowaliśmy. To był na tyle silny fundament, ta lina na tyle mocno się zawiązała, że awans do Ekstraklasy, jeżeli nie w maju 2024 r., to później był nieunikniony.
Mateusz Słodkowski / newspix.pl
Arkadiusz Jędrych i Dawid Kudła świętują w Gdyni awans GKS do Ekstraklasy
Dziś GieKSa jest klubem uśmiechniętym, z energią i przyciągającym — zagracie w europejskich pucharach, na nowym stadionie macie nowoczesną odnowę, na trybunach zapanowała symbioza z publicznością. Traktujesz to jako nagrodę za tamten czas mroku, który ciebie też dotykał?
Mówiłem już o tym, że ile od siebie dajesz, tyle do ciebie wraca. Ostatnie wyniki GieKSy nie wzięły się z przypadku, tylko są efektem konsekwentnej i nieustępliwej pracy dużej liczby osób. Uważam, że przez te wszystkie lata w GKS-ie miałem dość duży wpływ na szatnię. Na społeczeństwo wokół GieKSy też. Jak nie bezpośrednio, to swoimi sposobami próbowałem, by ludzie przychylni klubowi patrzyli w tym samym kierunku. Mieliśmy wiele rozmów z kibicami. Czasem mieli dużo racji, czasem to głos szatni pozwalał im spojrzeć na coś inaczej.
Zoran Arsenić wskazuje Andrzeja Niewulisa i Tomasa Petraska jako budowniczych fundamentów w szatni Rakowa, co w Częstochowie zakończyło się mistrzostwem Polski. Chodzi o etos pracy, dążenie do rozwoju, konsekwencję. Obu dawno już w Częstochowie nie ma, ale spuścizna została. — A kto położył fundamenty pod obecną drużynę GKS-u? — pytam kapitana katowickiej drużyny. Wiadomo, że dowodzącym jest Rafał Górak jako ten, który pilnuje, by GieKSa nie zatraciła śląskiego sznytu. Ale kiedy drzwi szatni się zamykają, zawodnicy zostają sami, kto wtedy wyznacza rytm życia drużyny?
Arkadiusz Jędrych: Nie lubię mówić o sobie, ale wskazałbym na dinozaury — Adiego Błąda i mnie z racji wieku, odpowiedzialności za drużynę i tego wszystkiego, co za nami. Obaj po spadku do drugiej ligi mogliśmy odejść, dostaliśmy lepsze oferty finansowo i z wyższych lig. Adi w tamtym sezonie strzelił dziesięć goli. Miał mocne argumenty i niejedną propozycję, żeby w tej pierwszej lidze zostać.
Łukasz Sobala / newspix.pl
Adrian Błąd po porażce z Bytovią i spadku GKS do II ligi
Dlaczego nie odeszliście?
Powiedzieliśmy sobie, że mamy tutaj pewną misję. Skoro braliśmy udział w spadku, trzeba być facetem i wypić to piwo, które nawarzyliśmy.
A wątpliwości?
Były różne myśli, bo spadek bardzo długo we mnie tkwił. Mocny kop i wielka niewiadoma. Miałem 26 lat, nie wiedziałem, co ze mną będzie sportowo, jak i życiowo. Powinienem iść w górę, a zrobiłem krok w tył. Jeden z tych momentów, kiedy twoje sportowe życie ci się wali — w ciągu roku z zawodnika ze spełnionymi marzeniami po debiucie w Ekstraklasie, wracasz do drugiej ligi, czyli miejsca, z którego zaczynałeś.
W takich chwilach nie jest o to łatwo, ale staram się z tych miniporażek wyciągać coś pozytywnego. Dziś z perspektywy czasu i swojego doświadczenia wiem, że jako człowiek i piłkarz najwięcej uczyłem się na błędach i po przegranych meczach. Czasem to boli, jasne, ale musisz napierać dalej i nie schodzić z obranej drogi.
Michał Chwieduk / newspix.pl
Bartosz Śpiączka (piłkarz GKS) i kibic GKS po porażce z Byovią i spadku do II ligi
W tabeli za wiosnę GKS zajął szóste miejsce, ale do utrzymania to nie wystarczyło.
Na ten spadek złożyło się dużo małych składowych. Nie obwiniam nikogo za to, co się wydarzyło. Nie na wszystko miałem wpływ, ale czułem odpowiedzialność. Nie uciekam od niej. I znów wrócę do tego, że życie mi po prostu oddało.
Umiesz dziś wytłumaczyć, co się stało w meczu z Bytovią, który przesądził o waszym spadku? Przegraliście u siebie 1:2, gola straciliście w doliczonym czasie gry, a strzelił go bramkarz gości.
To jeden z nielicznych momentów w życiu, w których na boisku musiałem uszczypnąć się w rękę. Na koniec jeszcze próbowaliśmy na nich się rzucić, ale już nie było czego szukać. Po meczu gorąco było na boisku, gorąco w szatni. Duża rozpacz, trochę łez.
Jak wyglądał 19 maja 2019 r. w domu Arkadiusza Jędrycha? Dzień po tamtym meczu z Bytovią.
Dziś wiem, że to był bardzo ważny dzień. Test. Test życia, czy Arek Jędrych podda się i powie: "No to pykamy sobie w drugiej lidze i zobaczymy, co będzie". Jeżeli w ciężkim momencie się załamiesz i skręcisz w nieznane, to chyba do tego się nie nadajesz. Wygrywają ci, którzy podnoszą gardę, chcą walczyć i są świadomi, że "proces" nie oznacza tylko kolorowych momentów. Świętej pamięci Jacek Magiera mówił: "Sukces zazwyczaj osiągają nie ci z największym talentem, tylko ci najbardziej zdeterminowani".
Po odpadnięciu z play-offów dziennikarz zapytał Giannisa Antetokounmpo, koszykarza Milwaukee Bucks, czy uznaje ten sezon i brak awansu za porażkę. Giannis odpowiedział, że to jest droga, proces. Każdy taki sezon to krok do celu. Przypomniał, że w sporcie jest też przeciwnik, który również chce wygrać. Rzucił do dziennikarza: "Michael Jordan grał 15 sezonów w NBA i zdobył sześć mistrzostw. Czy to znaczy, że pozostałe dziewięć sezonów były porażką?". Dziennikarz nie wiedział, co odpowiedzieć.
Szymon Jaszczurowski / newspix.pl
Arkadiusz Jędrych
W trudnych momentach na takich wypowiedziach się wzorowałem. Pomagały spojrzeć na to z innej perspektywy. Bo w GieKSie było podobnie — każdy sezon, który nie kończył się tak, jak zakładaliśmy, był krokiem do tego, by być dumnym z tego, czego później dokonaliśmy.
Jak długo wracałeś do równowagi po tamtym spadku?
Nie pamiętam, jak bardzo ta piłka mi zbrzydła. Tylko też w tym nieszczęściu potrafiłem odnaleźć… Może nie pozytywy, bo trudno o takich mówić, gdy w jednym sezonie spadasz z Ekstraklasy do drugiej ligi. Ale mimo wszystko starałem się dostrzegać kolory i patrzeć, jak to mówi trener Górak, z rynsztoka w gwiazdy.
Wiemy, jak ty starałeś się stanąć na nogi. A GKS?
Dla GKS-u to było trzęsienie ziemi. Chciał być w Ekstraklasie, a znalazł się w drugiej lidze. Miałem wiele rozmów z prezesem, jednym, drugim, później też z dyrektorem. Było trochę zamieszania, nikt nic nie wiedział. Choćby tego, kto zostanie trenerem. Kiedy GKS przejął trener Górak, to zadzwonił do mnie wspólnie z Dawidem Szwargą. Szukał żołnierza, który podejmie się wspólnej misji odbudowy GKS-u. Widocznie widział we mnie kogoś, kto mu w tym pomoże. Dał jasny sygnał, że chce na mnie budować zespół. Podobną rolę przewidziano dla Adiego Błąda. W moje pozostanie mocno zaangażował się trener Szwarga, któremu bardzo dużo zawdzięczam. Mam dla niego szacunek nie tylko jako trenera, ale i człowieka.
Odbudowę zaczęliście od falstartu. Pierwszy mecz w drugiej lidze był na Bukowej z twoim Zniczem. Strzelasz gola, ale przegrywacie 1:3.
Kolejny kop. Nastawiasz się pozytywnie na drugą ligę i na dzień dobry do przerwy dostajesz trójkę. Równie dobrze mogliśmy w pierwszej połowie wygrywać 3:0, a tyle przegrywaliśmy.
Łatwo powiedzieć, że każda porażka może cię wzmocnić. Chodziło o to, czy podnosimy rękawicę, unosimy głowę i walczymy dalej. Udowodnimy coś nie tylko sobie, ale i tym wszystkim, którzy nie byli przyjaźni tej drużynie.
Relacja Rafała Góraka z zawodnikami GKS-u dawno już wykroczyła poza zwyczajowe więzi trener-drużyna. Nie ma wielu zespołów, które w kryzysowym momencie wstawiły się za swoim trenerem. A tak było w GKS-ie, kiedy dymisji Góraka domagali się kibice, a prezes tylko czekał na dobrą okazję. — Na pewno ja, czy chłopcy, którzy długo pracują z trenerem Górakiem, wiedzieliśmy, że to nasz boss i musimy być z nim w trudnych chwilach. Wtedy ta drużyna zrobiła dużo wobec niego. W drugą stronę też — trener zrobił dla nas bardzo wiele, często wyciągał nas z dołka. Dzisiaj ta współpraca jest już mocno rodzinna. Oczywiście, jak to w rodzinie, nie zawsze jest słodko — zaznacza Jędrych.
Gdybym miał dobrać tytuł filmu do przeżyć trenera Góraka w GKS-ie, byłyby to "Wichry namiętności".
Droga do Ekstraklasy była wyboista, a trener Górak najlepiej wie, ile kosztowała go zdrowia, poświęcenia, konsekwencji, nieustępliwości. Mimo to dotarł do Ekstraklasy. Nie lubię słowa, że coś mu się udało. On dotarł, zdobił to. W trudnych dla siebie momentach podnosił rękawice i dobrze, że życie mu oddało. Zasłużył na to.
My w GKS-ie też takie momenty przeżyliśmy. Najłatwiej byłoby wtedy odpuścić, zwiesić głowy: "No tak się wydarzyło". Ale jeśli się nie poddasz, to na koniec dnia możesz spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiłeś wszystko, by było dobrze.
FOT. KRZYSZTOF HELIOS/400MM/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Rafał Górak
Czym przekonał was Górak? Zdarza się, że w krytycznych momentach, gdy szuka się kozła ofiarnego, piłkarze poświęcają trenera. Łatwiej jest zwolnić jego, niż wymienić kadrę i za tym idą w gabinetach. Wy zareagowaliście inaczej, chcieliście, żeby Górak dalej z wami pracował. Dlatego pytam, czym was przekonał?
Nie wiem, czy ktoś wcześniej mówił o tym w mediach. Ta drużyna na czele ze mną mogła wtedy położyć trenera Góraka. Nie chcę tak jednoznacznie powiedzieć, że zdecydować o tym, że nie byłby trenerem GKS-u, ale...
Pewnie by tak było.
Moglibyśmy do tego mocno się przyczynić.
Dlaczego tego nie zrobiliście?
Przede wszystkim trener Górak ujął nas tym, jaki był — ile miał w sobie pasji, zawziętości i przekonania, że obrana droga jest właściwa. W różnych momentach potrafił wszystkich zjednoczyć. Nie tylko radę drużyny, która od dłuższego czasu z nim była, a grupę 24-25 osób. Trener powtarza, że u niego czasem ten zawodnik numer 24 jest ważniejszy niż ten teoretycznie pierwszy czy drugi.
Wytyczył nam drogę. Jeżeli pójdziemy za procesem, w którym tkwimy, nie zwątpimy w trudniejszym momencie, to się nam opłaci. Dzięki trenerowi Górakowi i Kubie Arakowi, obok którego siedziałem w szatni na starej Bukowej, zmieniłem podejście.
Arak, który przez dwa i pół roku grał w GKS-ie, a dziś jest piłkarzem Polonii Bytom, to bez wątpienia kandydat na trenera.
Już u nas mocno siedział w aspektach trenerskich. Ma dużą wiedzę, też się doszkalał, wycinał akcje w telefonie i nam pokazywał. On też nas ukierunkował. Niejednokrotnie chłopcy szli do niego z pytaniem, co zrobić w określonej sytuacji. Gdy czasem wyjmował przed treningiem, czy po nim, tę swoją małą tablicę taktyczną, głowa pękała. Nie ze wszystkimi rzeczami się zgadzałem, ale dziś powiem, że Kuba otworzył mi głowę i mental.
Michał Chwieduk / newspix.pl
Jakub Arak przeniósł się z GKS Katowice do Polonii Bytom
Arak jako piłkarz Polonii Bytom odpowiadał za stałe fragmenty gry, takie zaufanie dostał od trenera Łukasza Tomczyka.
Razem z trenerem Górakiem, może nie do końca świadomie, ale pokazali mi, jak ważne jest tkwienie w procesie w tym najcięższym momencie, kiedy jesteś teoretycznie blisko, a coś poszło nie tak. Zacząłem w to wierzyć. Trzymać się tego, co założyliśmy i nie rezygnować w ciężkiej chwili, czy po przegranym meczu. Możesz zwątpić i zawrócić, ale jeżeli grzebniesz tą ręką jeszcze dwa razy i przebijesz strefę komfortu, to wyjdziesz na prostą i dotrzesz tam, gdzie założyłeś. Wiem, że czasem dziennikarze nie lubią tego określenia — proces. Ja od pewnego czasu je polubiłem, a przede wszystkim zrozumiałem.
Za co polubiłeś?
Dzięki niemu rozwinąłem się piłkarsko, ale też jako człowiek. Trener Górak i Kuba pozwalali trzymać się obranej drogi, być w zadaniu, które sobie założyliśmy, a nie odrzucać go po gorszym meczu. Również w tym dobrym momencie ulepszać to, co już funkcjonowało i pracować nad tym, co do poprawy. Obaj pokazywali, żeby tego nie zmieniać. A ja przez długi okres w piłce byłem przeświadczony, że po trupach do celu.
To znaczy?
Kiedy nam nie żarło, chciałem od razu coś zmieniać, uprościć, może aż tak nie kombinować. Niech ten wynik będzie na już, byle w końcu przełamać złą passę. Wygrać jeden mecz, drugi, niech mental w drużynie się polepszy. A trener Górak czy Kuba dzień po porażce potrafili przyjść do szatni i powiedzieć: "Panowie to był nasz dobry mecz". Wracałem do domu i zastanawiałem się: "Jak dobry, skoro przegraliśmy?".
Już na chłodno pokazywali nam, ile dobrego zrobiliśmy na boisku. Człowiek wtedy inaczej patrzył na mecz, który przegrał 1:3, czy 1:5. I dochodził do podobnych wniosków: "Kurde, wynik rzeczywiście zamazuje obraz tego spotkania". Może przegraliśmy, ale to daje nadzieję na przyszłość. Jeżeli nadal będziemy tak grali, to na dłuższą metę, przy poprawieniu aspektów, przez które tracimy bramki, coś z tego może być.
FOTO MICHAL STANCZYK / newspix.pl
Lukas Klemenz i Rafał Górak
Przychodził kolejny mecz i nadal graliśmy tak samo. Kibice mogli tego nie dostrzec, bo większość zawsze patrzy na wynik. On w piłce jest najważniejszy. Ale ten proces, krok po kroku, szedł do przodu. Nie zaczął się od serii wygranych, bo była jedna porażka, druga, jakiś remis. Małe kroczki, dzięki którym końcówka pierwszej ligi była na tyle automatyczna, że już nie rozmawialiśmy o tym procesie. Po prostu przeszliśmy do takiego poziomu, że stało się to dla nas oczywiste. Przegrywasz 0:2? Dalej robisz swoje. Pielęgnujesz to, co było dobre i pracujesz nad tym, co jest do poprawy. Nie zmieniamy drogi, bo wiemy, że jak nie teraz, to w następnym meczu doprowadzi nas do ciekawych rzeczy. I ten proces przywiódł nas do miejsca, w którym GieKSa chciała być przez 20 lat.
Był styczeń 2024 r. Atmosfera wokół drużyny Rafała Góraka znów zgęstniała. GKS zajmował 11. miejsce w pierwszej lidze, do ostatniego barażowego miejsca tracił siedem punktów. — Jak jesteś na tym miejscu po zimie, to nie rozmawiasz o bezpośrednim awansie — kręci głową Jędrych. Drużyna GieKSy pojechała na tygodniowy obóz do Opalenicy. Doświadczony Adrian Błąd nazwał tamten wyjazd kluczowym momentem, który kilka miesięcy później pozwolił katowiczanom awansować do Ekstraklasy.
Tamten obóz w Opalenicy traktujesz jako oczyszczający? Wszystko, co złe, udało się wtedy wyrzucić?
Nie tyle oczyszczający, bo zespół swoją wartość znał. W pierwszej rundzie zagraliśmy dużo dobrych meczów, ale bez efektów — traciliśmy gole w końcówkach, nie zamykaliśmy spotkań, które były praktycznie wygrane.
Od końca sierpnia przez kolejne cztery miesiące wygraliście dwa mecze.
Runda udana nie była. Ale byliśmy solidni. Z przebiegu meczów czuliśmy, że naprawdę gramy je na swoich zasadach, a małe rzeczy mogą wpłynąć na udaną końcówkę sezonu.
Michał Chwieduk / newspix.pl
Arkadiusz Jędrych
W styczniu 2024 r. wyciekło nagranie ze spotkania prezesa klubu Krzysztofa Nowaka z kibicami GKS-u. Przy krytycznych głosach dotyczących trenera Góraka, prezes rzucił: "Do końca kontraktu ma pięć miesięcy, wytrzymaliście 4,5 roku. Na tę chwilę bardzo poważni trenerzy, którzy by gwarantowali sukces, nie przyjdą do Katowic. Jak mu wygaśnie kontrakt, to mamy czystą sytuację".
Dziwny czas… Jeżeli przez 20 lat nie jesteś tam, gdzie chciałbyś, to znaczy, że od dawna coś szwankowało. Oczywiście każdy ma prawo do swojego zdania. Skoro padły takie słowa, to autor bierze za nie odpowiedzialność.
Zabolały?
Dały nam w kość. Zespół odpowiedział najlepiej, jak się dało. Nasłuchaliśmy się od ludzi, że GieKSa znów jest nijaka. Kolejny sezon, kiedy GieKSa nie da rady. GieKSa znowu się nagadała przed sezonem, że chciałaby coś więcej, a wyszło jak zawsze.
To też bywa paliwem.
Wielki kop mentalny, który nas scalił. Drużynę, ale również sztab. Duża w tym rola trenera Góraka.
Co wtedy przez tydzień wydarzyło się w Opalenicy? Ważniejsze były treningi, czy rozmowy między wami?
Jak to na obozie, były treningi, niejedna odprawa. Wiele razy tam usiedliśmy, porozmawialiśmy.
To było takie wkurzenie buchające z tej drużyny, że tego już za dużo? Że nawet w klubie mało kto w nas wierzy?
Każdy ma swoje granice. Tym bardziej ambitny człowiek, sportowiec. Staliśmy się na tyle mocni, że powiedzieliśmy sobie w ciszy, że swoje marzenia spełnimy. Nie powiem ci, że tam wydarzyło się coś wielkiego, jednorazowego. Żebyśmy powiedzieli, że tego dnia, powiedzmy w czwartek wieczorem, coś przeskoczyło i od tamtej pory zmienił się bieg wydarzeń. Nie, nie. Chodzi o cały ten wyjazd. Tam postawiono kolejny fundament sławetnego procesu. Ten obóz był przełomem, czasem, kiedy zespół zbudował ogromną świadomość własnej wartości.
Krzysztof Helios/400 mm / newspix.pl
Arkadiusz Jędrych
Nasi trenerzy motoryczni zaplanowali tam bardzo mocne wytyczne treningowe. Ćwiczyliśmy w niełatwych warunkach, bo przez jeden czy dwa dni boisko było zmrożone, albo mocno wiało. Drużyna jednak na tyle się skonsolidowała, otworzyła na chęć ciężkiej pracy i wyjścia ze strefy komfortu, że trenerzy musieli luzować i skracać treningi. Inaczej wybuchłby system Catapult [kamizelka do monitorowania wydajności i parametrów piłkarzy]. Trenerzy drapali się po głowach, że zespół jest aż tak żądny pokazania, na co go stać. Czasem nawet nie wiesz, kiedy i jak rozjuszysz byka, a on zaatakuje z podwójną siłą.
33-letni Arkadiusz Jędrych przechodzi przez karierę bez poważniejszych kontuzji. Być może to zasługa tego, jakie sporty uprawiał w dzieciństwie. Bo próbował dyscyplin, które zapewniają ogólny rozwój i przygotowują ciało do poważniejszego wysiłku. — To rodzice byli tak świadomi, czy wyszło przypadkowo? — pytamy kapitana GKS-u. — Myślę, że przypadkowo. Trochę tych możliwości rzucili, bo szukali tego, w czym się odnajdę — odpowiada obrońca GKS-u Katowice.
To po kolei. Pierwszy był taniec towarzyski.
Miałem wtedy osiem czy dziewięć lat. Kiedy dowiedzieli się o tym chłopaki w szatni GKS-u, to trochę z tego żartowali.
Artur Boruc w dzieciństwie też próbował tańca.
U mnie później było pływanie, judo, gimnastyka. Również konie, jeździectwo.
A piłka?
Wtedy była na ostatnim miejscu. Trudno było mnie wyrwać z judo. Trener pokładał we mnie nadzieje i nie chciał wypuścić. Pewnie znalazłbym w głowie jeszcze dwie-trzy inne dyscypliny. O, przypomniałem sobie… Siatkówkę i koszykówkę może nie tyle, ile trenowałem, ale w szkole na SKS-ach zapraszali mnie na zawody.
Łukasz Grochala / newspix.pl
Arkadiusz Jędrych jako piłkarz Znicza Pruszków
Szkoła Podstawowa nr 4 im. Jana Pawła II w Pruszkowie.
Podsuwali różnych trenerów, żebym może tu spróbował, tam spróbował. Byłem sprawny, skoczny, ale też i jednym z najniższych w klasie. Trenerzy jednak patrzyli na to, jak wyglądają moi rodzice, dziadkowie, czy są wysocy.
I?
Wszyscy wysocy — mama, tata, dziadek. Ja wystrzeliłem bodaj w połowie liceum. Uprawianie tych dyscyplin wiele mi ułatwiło i miało ogromny wpływ na moje obecne przygotowanie. Może dzięki temu, odpukać w niemalowane, kontuzje mnie omijają. Nie nazwę siebie demonem zwrotności, ale jak na swój wzrost jestem sprawny. Na boisku spotykam się z wyższymi zawodnikami i widzę, ile oni muszą poświęcić pracy przy otwieraniu bioder i funkcjonalności. Bolą ich stawy, kolana. Ja w wieku 33 lat takich dolegliwości nie mam.
Kiedy poszedłeś na pierwszą randkę z piłką?
Najpierw było judo. Na rozgrzewce przed zajęciami graliśmy w piłkę, byłem nią zajarany. Więcej chciałem grać w piłkę, niż ćwiczyć judo. Kiedy chciałem iść na pierwszy trening piłkarski, rodzice powiedzieli, żebym najpierw poprawił oceny w szkole. Przede wszystkim chcieli mnie wychować na mądrego człowieka, a w dalszej kolejności pokazać mi sport. Jestem im wdzięczny za to, że pozwolili mi wybrać swoją drogę.
Piotr Kucza / newspix.pl
Taras Romanczuk (Legionovia) i Arkadiusz Jędrych (Znicz) w meczu II ligi
Skoro piłkarzem zostałeś, to rozumiem, że oceny poprawiłeś.
Poprawiłem, poprawiłem. One nie były fatalne, jedynek nie miałem, ale już dwójki, trójki — tak. Znowu konsekwencja, determinacja i powtarzalność były kluczowe. Na pierwszy trening zabrał mnie tata, razem z mamą i dziadkiem poświęcali swój czas na to, żeby wozić mnie na zajęcia. Czy nawet zasponsorować koszulki w Zniczu, to akurat dziadek, bo miał prężnie rozwijającą się firmę budowlaną.
Jak już pojechałem na ten pierwszy trening, no to tańce, judo, pływanie zeszły na dalszy plan. Chociaż uczucie do pływania przetrwało. Do niedawna przynajmniej raz w tygodniu po meczu starałem się iść na basen. Teraz trochę odpuściłem, bo na nowym stadionie mamy kosmiczną odnowę.
Rodzice Arkadiusza Jędrycha poznali się w latach 80., a pomogła im w tym piłka. Mama pracowała w Okęciu Warszawa, gdzie grał tata. — W trzeciej, maksymalnie drugiej lidze. Dziś byłaby to pierwsza liga. Kiedy długo grałem ze Zniczem w drugiej lidze, to tata chciał, żebym przeskoczył go chociaż o jedną ligę. Aż wreszcie awansowałem ze Zniczem do pierwszej ligi. Nie udało się w niej zagrać w Zniczu, bo odszedłem do Pogoni Siedlce i tam zadebiutowałem w tej lidze. Gdy przygoda z piłką doprowadziła mnie do Ekstraklasy, to nie tylko moje marzenie, ale taty i rodziny, zostało spełnione — opowiada Jędrych.
Rodzice zaglądają na twoje mecze?
Od czasu do czasu wpadną do synka, ale regularnie śledzą przed telewizorem. To znaczy tata, bo mama nie patrzy. Przeżywała, gdy ktoś mnie kopnął i leżałem na boisku. Dlatego w czasie meczu zajmuje głowę czymś innym, robi wszystko dookoła. Na koniec zapyta tatę o wynik i czy syn zdrowy. Do rodzinnego domu przyjeżdża też brat i ogląda każdy mecz, tym bardziej w Ekstraklasie. Z tatą rozmawiam przed i po meczu, obgadujemy wszystko. Podobnie z dziadkiem. Ja mówię o odczuciach z boiska, oni o swoich spostrzeżeniach.
Dziadek grał w piłkę?
Był budowlańcem, więc kompletnie inna dziedzina. Po wojnie odbudowywał mój rodzinny Pruszków, Warszawę też. Opowiadał, jak wyglądała Polska po zniszczeniach. Pokazał mi i mojemu bratu, że nie zawsze jest idealnie. Nie każdy ma w rodzinie kogoś z tak ogromną wiedzą na przeróżne tematy. Dziadek nie mówił o wszystkim, bo tam były zgliszcza, a chciał oszczędzić mi szczegółów.
Z kim nie rozmawiam, to podkreśla, że to, gdzie się znalazłeś, jest zasługą twojej pracy. Jest w twoim nastawieniu cząstka dziadka, cząstka taty?
Tak, tata z dziadkiem to moje wzorce w domu, by od siebie wymagać i iść drogą kunsztu pracy. Również mama i babcia, z którą mieszkaliśmy, miały ogromny wpływ na mnie jako człowieka.
Mateusz Sobczak / newspix.pl
Arkadiusz Jędrych
Autorytety?
Tak. Tata z dziadkiem, kiedy trzeba było głośniej powiedzieć mocniejsze słowa, potrafili mnie przywołać do porządku. Wystarczyło, gdy zobaczyli, że głowa zaczyna odpływać.
A w jakim kierunku odpływała?
Może nie tyle, ile odpływała, bo nie byłem imprezowiczem czy typem, który błądził w młodości. Oczywiście miałem chwile słabości, głupie pomysły padały, zdarzyło się gdzieś pojechać, posiedzieć z kolegami. Łaziłem w osiedlowej szajce, ale nie były to nie wiadomo jakie szaleństwa. W domu miałem dwóch mentorów, którzy wiedzieli, kiedy jest na co czas. Pokazywali przykłady tych, którzy mogli zajść znacznie wyżej, zagrać w lepszych ligach, niż Ekstraklasa. Błędna droga pokierowała ich w taki sposób, że nie wypłynęli.
Za Piotrem Świerczewskim bogata kariera piłkarska — 70 meczów w reprezentacji Polski, srebrny medal olimpijski, występy w Olympique Marsylia, Bastii czy Saint-Etienne. Po zdjęciu korków i wyjściu z szatni wrócił do niej jako trener. W 2011 r. w duecie z Maciejem Śliwowskim prowadził drugoligowy Znicz Pruszków. Spotkał tam 18-letniego Arkadiusza Jędrycha, który czekał na debiut w pierwszej drużynie. — Piotrek Świerczewski znany jest z mocnego charakteru. Może gdyby nie on, to dzisiaj nie grałbym w Ekstraklasie. Dużo mu zawdzięczam — podkreśla Jędrych.
Był ostatni dzień kwietnia 2011 r.
Lubisz Rzeszów?
Tam zadebiutowałem w Zniczu. Trudny teren, z Resovią grało się ciężko. Nie pamiętam, czy Piotrek Świerczewski był pierwszym czy drugim trenerem, ale chciał na mnie postawić. Pewnie wszyscy w piłce znają prezesa Sylwiusza Muchę-Orlińskiego ze Znicza. No i prezes trochę bał się wystawić takiego szczyla na stoperze. Uważał, że to nieodpowiedni moment. Mało kto stawia się panu Sylwiuszowi, a Piotrek to zrobił. Spierał się z nim, że dopóki jest trenerem, to on decyduje.
Wziął mnie na rozmowę, powiedział, że to jego wybór i we mnie wierzy. Nie powiem, że byłem jakoś specjalnie przygotowany, bo to był mój pierwszy mecz na poziomie centralnym. Ale tamto spotkanie z Resovią mi wyszło, wygraliśmy 1:0. W następnym meczu z Nadarzynem strzeliłem dwa gole. No i poszło to dość płynnie.
Co zobaczył u ciebie trener Świerczewski?
Wątpię, że w 18-latku, jeszcze nieukształtowanym fizycznie, dostrzegł jakieś mocne aspekty piłkarskie. Umówmy się — wybitnym technikiem nie jestem, raczej gościem od zadań specjalnych. Co we mnie zobaczył? Myślę, że zadziorność i charakter. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że on miał podobny.
Marcin Szymczyk / newspix.pl
Piotr Świerczewski jako trener Znicza Pruszków
Byłeś też silny, a przynajmniej tak cię zapamiętał Paweł Tomczyk, wówczas piłkarz Znicza, późniejszy dyrektor sportowy Rakowa czy Korony.
Jak za coś się zabieram, to idę w opór. Tak było z siłownią, na którą co miesiąc kupowałem karnet. Raczej nie ćwiczyłem umiejętnie, bo w pewnym momencie stałem się silny aż do przesady. Wiadomo, co robi młody chłopak na siłowni.
Co?
Podstawowy zestaw plażowicza — biceps, klata, triceps. Prezes Sylwek mnie upomniał: "Młody, przystopuj, bo zaraz będziesz szerszy niż wyższy". Zacząłem robić to nieco mądrzej. Wtedy, no w zasadzie do tej pory, polska piłka jest dość fizyczna. Jeżeli jako 18-latek trafiasz do fizycznej drugiej ligi, to musisz bazować na sile. I na pewno ta siła mi pomogła, pozwoliła łatwiej wejść do zawodowej piłki.
W bardzo młodym wieku zostałeś kapitanem Znicza.
Miałem 19, czy 20 lat, trenerem był bodaj Dariusz Banasik. Wskazał trzech czy czterech kandydatów, rzucił nazwiska drużynie i kazał zdecydować. W głosowaniu raczej jednogłośnie dostałem opaskę.
Damian Kujawa / newspix.pl
Arkadiusz Jędrych jako kapitan Znicza Pruszków
Jakie cechy powinien mieć dobry kapitan? Jakiego najlepszego kapitana spotkałeś?
Sam w szatni nie szukam poklasku, czy "beczki". Siedzę raczej z boku, przyglądam się w ciszy i spokoju, dużo obserwuję. W Zniczu patrzyłem na Andrzeja Niewulisa. Nie był jeszcze kapitanem, ale ten jego mental… Jak ci żre, wygrywasz i każdy cię klepie po ramieniu, to wszystko jest super. Ale w piłce są też trudne momenty. Andrzej umiał się w nich odnaleźć. Po trzech-czterech porażkach wchodził do szatni, uśmiechał się i mówił, że przecież życie jest piękne. Wpajał nam, że uprawiamy najpiękniejszy zawód świata. Większość chłopców kopała piłkę pod blokiem, czy na osiedlowym boisku i miała mniejsze lub większe marzenia o byciu piłkarzem. Udało się nielicznym, on o tym przypominał.
Kariera Arkadiusz Jędrycha przypomina losy starszego o trzy lata Andrzeja Niewulisa. Obaj środkowi obrońcy nie zostali obdarzeni szczególnym talentem, a może odwrotnie — dostali właśnie cenną umiejętność, czyli talent do pracy. Niewulis po latach wędrówki znalazł swoje miejsce w Rakowie, z którym zdobył mistrzostwo i dwukrotnie Puchar Polski. Tam przeżył najlepszy czas w karierze jako lider i zaufany Marka Papszuna. Ziemia obiecana Jędrycha jest w Katowicach jako kapitana GKS-u i wysokiej rangi oficera w armii Rafała Góraka. Niewulis i Jędrych przez dwa i pół roku grali ze sobą w Zniczu.
Kto w parze środkowych obrońców Niewulis-Jędrych był tym głośniejszym?
Z reguły to ja trzymam ekipę, podpowiadam. Wtedy w Zniczu, mimo młodego wieku, też starałem się pomagać. Taki po prostu jestem na boisku. Andrzej był na tyle odpowiedzialny, dawał tak wiele wskazówek, że mogłem być spokojny — wiedziałem, co będzie za moimi plecami, jeśli pobiegnę do przodu. Przez piętnaście lat kariery, to z nim współpracowało mi się najlepiej.
Piotr Kucza / newspix.pl
Andrzej Niewulis
Czy Arkadiusz Jędrych to młodszy Andrzej Niewulis?
Trafiłeś w idealną osobę, bardzo ważną w moim życiu piłkarskim i poza nim. W sumie jedyną, na której się wzorowałem i mi imponowała. Andrzej był moim mentorem. Nakierował mnie, jakim warto być w piłce. Facet z pozytywną energią, którą bardzo cenię. "Niewul" to przykład pracy, ciężkiej pracy, charakteru ukierunkowanego na sport, zdrowego odżywiania, przygotowania przed treningami i po nich.
W piłce nie szukam na siłę znajomości, przyjaźni. Nie powiem, że nie lubię tego środowiska, ale z niewieloma osobami trzymam się do dziś. "Niewul" jest jedną z trzech, może czterech osób, z którą mam regularny kontakt.