
Żadna z drużyn rywalizujących w tegorocznej Lidze Narodów nie rozegrała dotąd tylu tie-breaków, co reprezentacja Polski. Biało-Czerwoni mają za sobą pięć spotkań i tylko jedno nie zakończyło się w pięciu setach. W środę musieli uciekać spod topora Belgom, którzy prowadzili już 2:0 w całym meczu i właśnie ten moment wzbudził w trenerze Nikoli Grbiciu najwięcej emocji.
Drugi turniej Ligi Narodów w Gliwicach nie zapowiadał się widowiskowo, bo teoretycznie Belgia, Turcja, Niemcy czy Argentyna nie są zespołami, z którymi wicemistrzowie olimpijscy będą się mierzyć w decydujących rozstrzygnięciach najważniejszych imprez międzynarodowych.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jednak dotychczasowe wyniki Polaków sprawiły, że te zmagania stały się rywalizacją z zespołami, z którymi zespół Nikoli Grbicia na tym etapie nie może już pozwolić sobie na potknięcia, chcąc awansować do turnieju finałowego w Chinach. A tam poza gospodarzami zobaczymy siódemkę najlepszych ekip po rundzie interkontynentalnej. Polacy zajmują obecnie siódme miejsce w klasyfikacji.
W środę nie zdołali dopisać do swojego dorobku kompletu punktów, bo rywal z Belgii postawił trudne warunki. Zespół Emanuele Zaniniego, który w tym roku debiutuje w elitarnym gronie uczestników Ligi Narodów, do rywalizacji z wicemistrzami olimpijskimi podszedł bez kompleksów i po dwóch setach prowadził już 2:0 w całym meczu. Po drugiej stronie, gospodarze zmagań w Gliwicach mieli spore problemy z utrzymaniem koncentracji i przewagi, bo w drugiej odsłonie prowadzili przecież już 17:14.
Właśnie te dwa pierwsze sety spotkania z Belgią, które ostatecznie zakończyły się zwycięskim tie-breakiem dla Polski, wzbudziły w trenerze Grbiciu najwięcej emocji. Do nich odniósł się zaraz po zakończeniu spotkania w przemowie do zespołu.
— Naprawdę mam nadzieję, że doświadczenie z tego meczu pomoże wam zrozumieć to, o czym mówię wam na treningach i podczas meczów. Macie myśleć wyłącznie o siatkówce i o tym, co jest do zrobienia na boisku tu i teraz, a wszystko będzie dobrze. Tego zabrakło w dwóch początkowych setach i graliśmy prawie przez trzy godziny — powiedział trener Grbić po zakończonym spotkaniu do swoich zawodników.
Zresztą straty wysokiej przewagi zdarzały się jego zespołowi nie tylko na początku spotkania. W czwartej odsłonie, gdy wydawało się, że Polacy spokojnie zmierzają do tie-breaka, prowadząc 23:18, musieli ostatecznie walczyć na przewagi. Wtedy trener Grbić mocno zwracał uwagę na pracę bloku, by zawodnicy starający się zatrzymać rywala po prostu dokładnie przekładać ręce w bloku i nie kombinować. W końcówce czwartej partii wprowadził też na boisko nominalnego libero Jakuba Ciunajtisa w roli przyjmującego, w miejsce świetnie spisującego się tego dnia Artura Szalpuka. Rywale kierowali jednak wszystkie swoje zagrywki w debiutanta, a ten nie miał łatwego zadania.
Zresztą Grbić sięgnął do kwadratu po wszystkich zawodników zgłoszonych tego dnia do składu. Już na początku drugiego seta przy stanie 10:10 zmienił na rozegraniu Marcina Komendę i wprowadził znakomicie radzącego sobie w pierwszym turnieju Jana Firleja. Nieskuteczny w ataku Alaksiej Nasewicz również dość szybko opuścił boisko, choć zaczynał w wyjściowej szóstce. Zastąpił go Bartłomiej Bołądź i okazał się najlepiej punktującym zawodnikiem naszej drużyny (21 pkt), choć w wielu momentach miał spore problemy, by zwalczyć blok rywali.
Na pozycji atakującego Grbić skorzysta w Gliwicach z jeszcze jednej opcji, bo w składzie na turniej został zgłoszony Kewin Sasak. Zawodnik, który stracił większość sezonu ligowego przez uraz barku, ma dojechać w czwartek wieczorem (podobnie jak Wilfredo Leon, Jakub Popiwczak i Jakub Majchrzak), by być gotowym na weekendowe spotkania z Niemcami i Argentyną. W Spale trenuje jeszcze Bartosz Gomułka, który był jednym z atakujących Polaków w pierwszym turnieju w Chinach.
— Bartek jeszcze może wrócić do gry, jego nieobecność w Gliwicach niczego nie przesądza. Z kolei Kewin potrzebuje przede wszystkim treningu. Jeśli byłby z nami od początku i dostał np. szansę tylko w jednym secie, to nie przydałoby mu się tak bardzo, jak kolejne godziny zajęć. Na razie plan jest taki, że dołączy do nas pod koniec tygodnia — tłumaczy Grbić.
Rotacji w składzie nie będzie brakować, a selekcjoner jasno ocenił dyspozycję graczy wchodzących z kwadratu.
— Cieszy mnie to, jak zaprezentowali się zmiennicy — mówi Grbić. Bardzo trafioną zmianą w końcówce meczu było wprowadzenie najwyższego w polskim zespole, Bartłomieja Lemańskiego, do wzmocnienia bloku.
Grbić będzie miał w sumie do dyspozycji 18 zawodników, z których skorzysta w Gliwicach, bo po dwóch meczach wymieni czterech graczy. Dla części z nich, jak np. dla Komendy czy Bołądzia są to pierwsze mecze o punkty w tym sezonie, bo ich nie było w pierwszym turnieju w Chinach.
— Dlatego trudno oczekiwać, że zawodnicy, którzy przyjechali ze Spały, będą od razu grali perfekcyjnie, bo problemów nie unikniemy. To, czego brakowało mi w meczu z Belgią to agresja na boisku, bardziej wywierająca presję na rywalu zagrywka. Oni atakowali na poziomie 87 proc. po pozytywnym przyjęciu, a u nas ta skuteczność początkowo kulała. Dlatego powiedziałem zawodnikom, że rezultat meczu z Belgią nie jest kwestią techniki czy formy, ale przede wszystkim podejścia mentalnego. W końcu rywal nie zaskoczył nas niczym, czego byśmy wcześniej nie wiedzieli — mówi Grbić.
Spotkanie skutecznym atakiem zakończył Aleksander Śliwka, który wciąż wraca do formy, ale spotyka się z dużą krytyką ze strony kibiców.
— Dzięki Olkowi zdobyliśmy przełamanie w tie-breaku, a później on zakończył mecz. To pokazuje, że nie wszystko da się wyczytać w statystykach, bo właśnie do takich momentów przełamania Olek jest znakomitym graczem. Mam zaufanie, że na kluczowym etapie mogę na niego liczyć, podobnie jak na innych zawodników — tłumaczy Grbić.
W czwartek Polacy zmierzą się z reprezentacją Turcji (20.00).