Pracował na ulicy, żeby przyjechać na MŚ 2026. Miał 100 dol. w kieszeni

    Pracował na ulicy, żeby przyjechać na MŚ 2026. Miał 100 dol. w kieszeni

    1299 odsłon
    Pracował na ulicy, żeby przyjechać na MŚ 2026. Miał 100 dol. w kieszeni

    Choć do końca mundialu jeszcze daleko, już teraz wiadomo, że jednym z jego zwycięzców będzie Bruno Coronel. Argentyńczyk musiał się sporo natrudzić, żeby przyjechać na mistrzostwa świata. Zresztą nie tylko on.

    Korespondencja z USA

    Oto Argentyńczycy w pełnej krasie. Biorą kredyty, wyprzedają bardziej kosztowne rzeczy, a potem rzucają pracę i jadą na mistrzostwa świata kibicować Leo Messiemu i spółce. Przynajmniej część z nich. Są też tacy, którzy w gronie rodziny lub znajomych zrobili zrzutkę na wyjazd jednego z nich, po czym wylosowali szczęśliwca. Przypadek Bruno jest podobny.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    — Gdy Argentyna zdobyła mistrzostwo świata w 2022 r., obiecałem sobie, że muszę być na kolejnym mundialu — wspomina, gdy spotkaliśmy się po meczu Albicelestes z Austrią w Dallas. I zaczyna opowiadać, jak wspólny wysiłek wielu osób doprowadził do jego wyjazdu do Stanów. To był dopiero początek wyzwania pt. "Dostać się na mecz Argentyny".

    Postanowił realizować marzenia, a nie je gonić

    Turyści zapuszczają się tam tylko przypadkiem. Na przykład, gdy pomylą drogę spod rodzinnego domu Diego Maradony. Albo, gdy w drodze z lotniska Ezeiza do centrum taksówkarz oszust spontanicznie obwiezie ich po całej południowej części aglomeracji Buenos Aires. W innym przypadku do Burzaco raczej nie trafią.

    Może i nie jest to miejsce zapomniane przez Boga, ale takie, w którym za marzeniami raczej się goni, a nie je realizuje. Chyba że ma się taki upór w dążeniu do celu i wsparcie bliskich jak Bruno.

    Gdy w lutym dostał upragnioną wizę do Stanów Zjednoczonych i powiedział o tym mamie, ta go przytuliła i się rozpłakała. Jemu też zakręciła się łezka w oku. Doskonale wiedzieli, ile wysiłku ich to kosztowało.

    Bruno i jego bliscy, którzy uchylili mu nieba, żeby pojechał do USA

    Archiwum prywatne Bruno Colonela / Materiały prasowe

    Bruno i jego bliscy, którzy uchylili mu nieba, żeby pojechał do USA

    Gdy tylko Bruno wypowiedział głośno swoje życzenie, właściwie wszystkie oszczędności były odkładane na ten właśnie cel. Trafiały tam też pieniądze zarobione przez niego.

    — Jestem najmłodszy z rodzeństwa, od 15. roku życia musiałem sprzedawać na ulicy. Nawet w trakcie pandemii. Co to było? Chleb, pączki i tego typu wyroby. Wszystko upieczone w domu — opowiada 21-latek.

    — Najpierw chodziłem z wózkiem, potem kupiliśmy rower, aż w końcu zarobiliśmy na motocykl. Nie chcę się użalać, ale to była ciężka praca — dodaje.

    Bruno Colonel podczas przygotowywania wypieków

    Archiwum prywatne Bruno Colonela / Materiały prasowe

    Bruno Colonel podczas przygotowywania wypieków

    Bruno Colonel podczas przygotowywania wypieków

    Archiwum prywatne Bruno Colonela / Materiały prasowe

    Bruno Colonel podczas przygotowywania wypieków

    W międzyczasie w budżecie domowym pojawiła się rubryka z niemałymi wydatkami. — Poszedłem na dziennikarstwo sportowe na prywatną uczelnię. Wiązało się to z pewnymi kosztami — wspomina.

    Wtedy nie mógł już całymi dniami wystawać na ulicy. Przerzucił się więc na coś innego. — Rano wychodziłem kosić trawę za pieniądze, potem szedłem na uczelnię, wracałem ok. 15 i znów wychodziłem, tym razem sprzedawać jedzenie. To był ogromny wysiłek, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było warto. Przyjazd tutaj i obecność na meczach to coś wyjątkowego — zapewnia.

    Bruno Colonel nie potrafił posiadać się ze szczęścia, gdy znalazł się na meczu Argentyny na MŚ

    Archiwum prywatne Bruno Colonela / Materiały prasowe

    Bruno Colonel nie potrafił posiadać się ze szczęścia, gdy znalazł się na meczu Argentyny na MŚ

    Nie mógłby być tutaj tylko dzięki zarobionym pieniądzom. — Poświęciła się nie tylko cała moja rodzina, ale i mieszkańcy mojej dzielnicy El Gaucho. Dzięki nim udało mi się opłacić podróż. Jestem im bardzo wdzięczny — mówi, a z jego głosu bije duma, że ma takich krajanów.

    Tyle że to dopiero początek wydatków. — Przyjechałem ze 100 dol. w portfelu — zapewnia.

    Na razie ma opłacony pobyt do 1/16 finału włącznie. — Szukam pracy, która pozwoliłaby mi zarobić wystarczająco dużo, żeby móc jeździć za Argentyną także w kolejnych fazach turnieju — przyznaje Bruno, od pewnego czasu zarabia także jako dziennikarz. Obecnie publikuje treści audiowizualne na swoje konto na Instagramie. Obserwuje go ponad 41 tys. użytkowników.

    — Czyli zostajesz w USA do 20 lipca? — dopytuję.

    — Mam nadzieję, że tak (śmiech). Oczywiście dojście do finału będzie trudne, bo Argentyna na razie nie pokazuje pełni swoich możliwości. Presja będzie tylko rosła, ale myślę, że jesteśmy na dobrej drodze, żeby zobaczyć naszą reprezentację 19 lipca w New Jersey.

    Największe nadzieje opiera oczywiście w Leo Messim. Ma ku temu szczególny powód. — To nie tylko najlepszy piłkarz w historii. To on dał mi najwięcej radości w życiu i pomógł przetrwać trudne chwile, przez które przechodziłem nie tylko ja, ale i moja rodzina czy sąsiedzi. Mieliśmy kłopoty finansowe, ale gdy oglądaliśmy jego mecze, wracała radość z życia — zapewnia.

    Wtedy stał się kolejny cud

    Pierwszym etapem spełniania marzenia było dostanie się do USA. Ze 100 dol. w kieszeni mógł co najwyżej zamówić taksówkę z centrum Dallas na AT&T Stadium, a nie myśleć o biletach na mecz. Bruno wszedł jednak na oba dotychczasowe spotkania Albicelestes.

    — Argentyna to kraj, w którym wiele osób pochodzi z ubogich rodzin i gdzie wszystko jest bardziej skomplikowane, dlatego moja historia poruszyła wielu ludzi. Dzięki mediom społecznościowym o mojej sytuacji dowiedział się ktoś, kto miał dodatkowe bilety i mi je przekazał — twierdzi Bruno.

    Bruno Colonel po meczu Argentyna - Austria w Dallas

    Dariusz Dobek / Onet

    Bruno Colonel po meczu Argentyna - Austria w Dallas

    Gdy dopytuję, kto był tak wspaniałomyślny, uśmiecha się tylko szeroko. Po prostu pewnego dnia otworzył skrzynkę odbiorczą na Instagramie i odczytał wiadomość od kibica z Mendozy, że ma dla niego bilety.

    Jeszcze nie wie, czy dostanie się na kolejne mecze, ale po cichu liczy na kolejny cud. Jest przecież przykładem na to, że one naprawdę się zdarzają. Czasem trzeba tylko na nie trochę zapracować i dopomóc szczęściu. I mieć bezgraniczne wsparcie bliskich.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Stanowski

    Co dzisiaj majstrujemy do sekcji RAK LIVE?

    Stanowski