
Popularność Michaela Jordana zmieniła nie tylko Chicago Bulls, ale całą NBA. Jerry Reinsdorf uznał, że skoro to jego klub stworzył największą sportową gwiazdę Ameryki, powinien czerpać z jej gry i sławy jak największe zyski, nawet jeśli oznaczało to batalię sądową z komisarzem Davidem Sternem.
Pozew przeciwko NBA stał się jednym z najgłośniejszych sporów biznesowych w historii zawodowego sportu w Stanach Zjednoczonych. Odsłaniał on kulisy walki o prawa telewizyjne, milionowe wpływy do kasy Byków i pokazywał prawdziwą wartość fenomenu MJ'a. Co więcej, proces ten ujawnił także finansowe praktyki właścicieli pozostałych klubów najlepszej koszykarskiej ligi świata, które kosztowały ich dziesiątki milionów dolarów, o czym napisał Johnny Smith w książce "Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną".
Wraz ze wzrostem popularności Jordana popyt na bilety w Chicago Stadium wystrzelił, podobnie jak wartość klubu. Przed jego dołączeniem do zespołu mieszkańcy Chicago nie przejawiali większego zainteresowania rozgrywkami NBA. Cyrk braci Ringling miał większe szanse na wyprzedanie Chicago Stadium niż drużyna Bulls. "Można było strzelać tam z armaty i nikogo nie trafić", wspominał jeden z wieloletnich fanów. Od 20 listopada 1987 roku każde domowe spotkanie chicagowskich koszykarzy było jednak wyprzedawane. W przededniu rozpoczęcia sezonu 1990/91 lista oczekujących na zwolnienie się karnetu sezonowego liczyła ponad pięć tysięcy osób. Modlili się o cud, który niemal nigdy nie następował.
Jordan stał się tak popularny, że Bulls sprzedawali więcej klubowych gadżetów niż Lakers i Celtics. W tamtym czasie organizacja była najprawdopodobniej warta około 100 milionów dolarów — w kolejnej dekadzie liczba ta się podwoiła, i to z naddatkiem. Do wzrostu wartości drużyny przyczyniły się z pewnością rekordowe umowy telewizyjne. W ramach nowego kontraktu, wchodzącego w życie przed sezonem 1990/91, NBC i TNT płaciły NBA rocznie 180 milionów dolarów — ponad dwa razy więcej niż w ramach poprzedniej umowy, z CBS i TBS. Wpływy od telewizji były równomiernie rozprowadzane między 27 drużynami. Zgodnie z kontraktem stacja NBC pokazywała 22 mecze sezonu regularnego — niedzielny "mecz tygodnia" — TNT zaś 50 spotkań, głównie we wtorkowe i piątkowe wieczory. Oba kanały transmitowały także około 30 meczów fazy play-off. Relacje telewizyjne z rozgrywek NBA zaowocowały wieloma intratnymi umowami sponsorskimi z takimi firmami, jak Miller Brewing Company, McDonald’s, Prudential Insurance, Schick Razors, czy z ośmioma czołowymi producentami aut. Według Davida Sterna 80 procent przychodów każdej z drużyn pochodziło z ogólnokrajowych umów telewizyjnych. To one leżały u podstaw znakomitej sytuacji ekonomicznej ligi.
By wyciszyć konflikt między sieciami telewizyjnymi a stacja mi pokazującymi mecze konkretnych drużyn, Stern chciał, by NBA wprowadziła ograniczenia dotyczące transmisji w tak zwanych superstacjach. W tamtym okresie trzy superstacje — WTBS w Atlancie, WWOR w Nowym Jorku oraz WGN w Chicago — relacjonowały mecze lokalnie oraz w całym kraju. W kwietniu 1990 roku, pomimo sprzeciwu Jerry’ego Reinsdorfa, rada właścicieli klubów NBA zagłosowała za ograniczeniem liczby meczów każdej drużyny transmitowanych w superstacjach, co sprawiło, że Bulls pojawiali się w WGN nie 25, a 20 razy. Z perspektywy Sterna oraz większości prezesów drużyn problem polegał na tym, że "show Air Jordana w WGN" tworzył bezpośrednią konkurencję dla lokalnych transmisji meczów słabszych drużyn z mniejszych rynków. Stern uważał, że jeśli fani spoza Chicago będą mieli okazję częściej oglądać Jordana w WGN, to mniej chętnie włączą mecze Bulls w NBC i TNT, co przełoży się na zmniejszenie wartości ogólnokrajowych umów telewizyjnych z tymi stacjami.
Reinsdorf upierał się, że komisarz ligi nie ma racji. Co więcej, przeprowadził badanie, które wykazało, że transmisje w superstacjach nie szkodzą interesom NBA z telewizjami. Przypomniał też Sternowi, że umowa ze stacjami jest zagwarantowana na cztery lata i liga nie dostanie "ani centa mniej" od NBC czy TNT, nawet jeśli mecze Bulls będą pokazywane w WGN. Twierdził także, że transmisje w ostatnim z tych kanałów nie wpływają na frekwencję ma meczach ani na wskaźniki oglądalności spotkań w innych miastach NBA. Wiedział, że mecze Bulls w WGN przyciągają nawet do 35 milionów widzów w całym kraju — co oznaczało, iż oglądano je w co trzecim domostwie. Tak wielki udział w rynku otwierał przed nim nowe możliwości: powszechne zainteresowanie Jordanem mogło pomóc zwiększyć oglądalność spotkań drużyny w całym kraju, a co za tym idzie, sprawić, że Bulls staną się "ulubioną drużyną Ameryki".
Gdy Stern ogłosił, że NBA zamierza zlikwidować transmisje z meczów w superstacjach, Reinsdorf uznał, że nie ma innego wyjścia, jak pozwać ligę. Gorące dyskusje z komisarzem ligi nie przyniosły żadnych efektów. Cała sprawa rozbijała się o pieniądze i o to, kto najbardziej zyska na obecności w lidze Michaela Jordana. NBA nie otrzymywała ani dolara z transmisji meczów Bulls w WGN. Wszelkie zyski szły bezpośrednio do kieszeni Reinsdorfa i pozostałych inwestorów klubu. I nikt — nawet Stern czy właściciele pozostałych drużyn — nie mógł powstrzymać go przed robieniem interesów. "Uważał, że organizacja Bulls trwale sobie zaszkodzi, jeśli nie wykorzysta tego, iż ma w swoich szeregach Michaela Jordana, by zaistnieć w WGN — mówił radca prawny NBA i przyszły komisarz NHL Gary Bettman. — Nie ma znaczenia, czy miał rację, czy nie. Liczyło się to, że był o tym całkowicie przekonany".
26 października 1990 roku Chicago Bulls i WGN złożyli w federalnym sądzie pozew przeciwko NBA, argumentując go tym, że restrykcje nałożone przez ligę na superstacje bezpodstawnie ograniczają handel i stoją w jawnej sprzeczności z antymonopolową Ustawą Shermana. Prawnicy NBA twierdzili natomiast, że ligowe przepisy dotyczące superstacji nie podlegają pod regulacje antymonopolowe na podstawie Ustawy o transmisjach sportowych (SBA), która traktuje profesjonalne drużyny sportowe jako współzależnych partnerów, którzy mogą legalnie podpisywać łączone umowy telewizyjne. Tyle że SBA określała wyjątki wyłącznie w sprawie praw telewizyjnych przekazywanych lub sprzedawanych przez ligę. W tym przypadku Bulls byli posiadaczami praw do każdego meczu, którego NBA nie sprzedała NBC czy TNT, w związku z czym SBA nie miało tu zastosowania.
18 grudnia Jerry Reinsdorf zeznawał przed sędzią Amerykańskiego Sądu Dystryktowego Hubertem L. Willem — szanowanym przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości wyznaczonym na swój urząd w Północnym Dystrykcie Illinois przez prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Energiczny i czarujący sędzia, który "gadał jak najęty w beznamiętnym narzeczu ze Środkowego Zachodu", żył sporami na sali sądowej, potyczkami prawników oraz tym, co nazywał "sztuką sądzenia". Zeznający przed nim okularnik Reinsdorf, były doradca podatkowy, jawił się jako osoba pewna siebie i bystra, nawet jeśli niezbyt charyzmatyczna. Był biznesmenem z krwi i kości, nie bał się ostrej walki ze Sternem. "Jako właściciel — pisał David Halberstam — miał bardzo darwinistyczne podejście do posiadania drużyny. Podchodził do tego całkowicie na chłodno, bez sentymentów".
Reinsdorf był sprytnym graczem, miał reputację człowieka, który narzuca swoją wolę, lecz jest wystarczająco cierpliwy, by poczekać, aż uzyska to, czego chce, nawet jeśli będzie się to wiązało z utratą przychylności opinii publicznej. "Reinsdorf woli być szanowany niż uwielbiany — pisał E.M. Swift ze "Sports Illustrated". — To dla niego niezwykle ważne. Swoim sposobem bycia nie mówi: »Hej, jestem jednym z was«. Nie wzbudza uwielbienia, a coś znacznie chłodniejszego — respekt. Przez to stracił kontakt ze zwykłymi ludźmi".
Będący jedną z dwóch osób posiadających drużyny w dwóch największych ligach — Ted Turner z Atlanty był właścicielem Hawks i Braves — Reinsdorf nie zaskarbił sobie sympatii kibiców z Chicago. Fani z South Side gardzili nim, gdyż groził, że przeniesie ekipę White Sox do St. Petersburga na Florydzie. Ta historia, podgrzewana w chicagowskiej prasie, dobrze ilustrowała politykę rządzącą zawodowym sportem, odzwierciedlała utratę zaufania wielu Amerykanów do chciwych władców sportu, manipulujących opinią publiczną dla własnego zysku. Reinsdorf i jego partner biznesowy Eddie Einhorn, "Dżepetto i Pinokio całego zamieszania", przedstawiani byli jako "złoczyńcy, emocjonalni szantażyści i obłudni koniunkturaliści".
Od chwili przejęcia White Sox Reinsdorf i Einhorn narzekali na coraz gorszy stan Comiskey Park, kiepsko starzejącego się pomnika ery zapaści baseballu. W 1986 roku wynajęli firmę inżynieryjną Kennedy and Associates, której przedstawiciele stwierdzili, że "Comiskey Park zbliża się do końca swojej przydatności". Bez żadnej dokumentacji potwierdzającej, że struktury stadionu nie da się naprawić, Reinsdorf oraz jego stary kumpel z Northwestern University School of Law, gubernator Illinois James Thompson, wdrożyli w życie plan zakładający budowę nowego, finansowanego z publicznych pieniędzy obiektu baseballowego w South Side. Polityk poradził współwłaścicielowi Sox, że jeśli chce przekonać władze stanowe do sfinansowania tej inwestycji, musi wmówić wszystkim, że ma drugą opcję w postaci budowy stadionu na Florydzie. "Jeśli ci nie uwierzą, że przeniesiesz drużynę, nigdy nie dadzą ci tych pieniędzy — mówił gubernator. — Spraw, żeby ci uwierzyli".
Zgodnie z tym planem Reinsdorf i Einhorn polecieli w 1988 roku na Florydę i podjęli negocjacje z miastem St. Petersburg, które zaczęło już wznosić Suncoast Dome w nadziei na przyciągnięcie jednej z drużyn Major League Baseball. Tymczasem w Chicago Thompson oraz spiker Izby Reprezentantów stanu Illinois, Michael Madigan, zaczęli zabiegać o głosy w imieniu właścicieli Sox. Od połowy lat 80. Reinsdorf przekazywał tysiące dolarów na kampanie wyborcze obu polityków — republikanina i demokraty — wiedząc, że każdy z nich może zapewnić mu publiczne finansowanie nowego stadionu. Utrzymywał, że chce, by Sox grali w Chicago, lecz jeśli władze stanowe mu nie pomogą, nie będzie go stać na finansowanie drużyny w Comiskey Park. Trudne negocjacje dotyczące przyszłości klubu poważnie zaszkodziły jego wizerunkowi. Grożono mu śmiercią, otrzymywał pełną nienawiści, antysemicką korespondencję od fanatyków, którzy uważali, że miasto stało się zakładnikiem jego i Einhorna.
Ostatecznie władze stanu Illinois zgodziły się na dofinansowanie budowy stadionu kwotą 150 milionów dolarów. Pochodziła ona głównie z podatków pobieranych od hoteli. Niezwykle korzystna umowa wynegocjowana przez Reinsdorfa stała się "obiektem zazdrości wszystkich właścicieli klubów". Udało mu się uzyskać dzierżawę stadionu na 20 lat z zastrzeżeniem, że po pierwszych dziesięciu latach stan kupi do 300 tysięcy biletów w każdym sezonie, w którym łączna frekwencja spadnie poniżej 1,5 miliona widzów — była to wręcz niesamowita polisa wypłacana z publicznych pieniędzy. "Inne miasta, hrabstwa i stany też pomagały miejscowym drużynom w budowie stadionów — pisał w "National Sports Daily" Lester Munson — ale to pierwszy przypadek, gdy podatnicy pokrywają wydatki klubu, nie pobierają w zasadzie żadnego odstępnego i dopłacają do drużyny w przypadku słabych sezonów".
Było to klasyczne posunięcie Reinsdorfa, który szczycił się tym, że zbił fortunę na FIL — "forsie innych ludzi". Na początku lat 70. tworzył ulgi podatkowe jako współzałożyciel Balcor — firmy inwestycyjnej sprzedającej społeczeństwu udziały w nie ruchomościach. W 1982, rok po nabyciu wspólnie z grupą 50 inwestorów drużyny White Sox — ponownie korzystając z FIL — sprzedał Balcor firmie Shearson Lehman Brothers, inwestycyjno-maklerskiemu oddziałowi American Express, za 53 miliony dolarów plus inne bonusy warte w sumie kolejnych 50 milionów. Mimo tego pozostał prezesem przedsiębiorstwa. Gdy opuszczał je pod koniec 1987 roku, rynek nieruchomości przeżywał akurat zapaść, podobnie jak finanse Balcor. Wkrótce setki tysięcy inwestorów firmy zorientowały się, że ich fundusz emerytalny jest powiązany z nieruchomościami, które albo nie generują żadnych przychodów z czynszu, albo wręcz mogą zostać wkrótce zajęte. W broszurach Balcoru Reinsdorf obiecywał inwestorom pewną przyszłość za sprawą "dobrze zlokalizowanych i sprawnie zarządzanych nieruchomości", ostrzegał także, że powinni działać szybko, bo "system ubezpieczeń społecznych jest poważnie zagrożony". Tyle że zamiast cieszyć się emeryturą gwarantowaną przez biznesmena, inwestorzy, których stan posiadania został znacznie uszczuplony przez złe zarządzanie ich pieniędzmi, złożyli wielomiliardowy pozew zbiorowy przeciwko Balcorowi, oskarżając firmę o "obiecywanie w złej wierze nierealistycznych zysków oraz niedostateczne podkreślanie ryzyka, jakie wiąże się z inwestowaniem w rynek nieruchomości". Reinsdorf, który nie był oskarżony w tej sprawie, odpierał zarzuty i uciekał od wszelkiej odpowiedzialności za utratę cudzych pieniędzy.
Kultywował wizerunek "szanowanego biznesmena", zresztą dokładnie tak przedstawiany był w programach meczowych i innych publikacjach Bulls. Nie jako "podziwiany" biznesmen, a "szanowany", choć reporterom lubił prezentować się jako człowiek wspaniałomyślny Przypominał ludziom, że mógł zarobić znacznie więcej na sprzedaży praw do transmisji meczów White Sox na Florydzie — rynku z wciąż niewykorzystanym potencjałem baseballowym — lecz postanowił zostać w Chicago z powodów sentymentalnych i dla fanów. "Powiem tylko tyle, że dorastałem na Brooklynie i pamiętam, jak cierpiałem, gdy Dodgers wynieśli się stamtąd [do Los Angeles w 1957 roku — przyp. aut.]. Wiem, co ta przeprowadzka oznaczała dla Brooklynu, więc po prostu nie chciałem, żeby to się powtórzyło". Wiele lat później przyznał jednak, że wszystkie machinacje związane z przenosinami na Florydę były jedynie podstępem. "Zmyślny negocjator trzyma asa w rękawie — mówił z uśmiechem. — Ludzie musieli uwierzyć, że zamierzam opuścić Chicago".
Reinsdorf miał zwyczaj narzekać, że jeśli nie dostanie oczekiwanej umowy, spotka go bankructwo. Wykorzystał ten argument w przypadku nowego stadionu baseballowego, posłużył się nim także wtedy, gdy NBA chciała skończyć z transmisjami meczów w superstacjach. Zeznając przed sędzią Willem, stwierdził, że nałożenie przez ligę ograniczeń na pokazywanie meczów w super stacjach może kosztować Bulls milion dolarów z potencjalnych przychodów reklamowych w sezonie 1990/91. Choć przyznał, że kiedyś zagłosował za takim ograniczeniem, teraz — jak powiedział — "najchętniej transmitowałby tyle meczów w WGN, ile się da". Wyjaśniał, że musi pokazać Jordana młodym, chłonnym widzom, by klub wychował lojalną grupę fanów, która będzie mu kibicować także wtedy, gdy gwiazdor zakończy karierę. Reinsdorf przekonująco tłumaczył, że NBA pozbawia sympatyków Bulls prawa do oglądania ich ulubionego gracza w telewizji, tak jakby stał się nagle wielkim obrońcą praw konsumentów. W pewnym momencie sędzia Will nachylił się w jego stronę i spytał, czy sądzi, że Jordan jest Michaiłem Barysznikowem koszykówki. Reinsdorf odparł żartem: "Barysznikow to Jordan baletu".
Następnego dnia przed sądem pojawił się David Stern, wówczas uznawany za najlepszego komisarza w zawodowym sporcie i najważniejszego w historii NBA. Ów prawnik z Manhattanu przygotowywał się do tej sprawy, przetrzymując swój zespół prawny w pracy do późnych godzin nocnych. Przypominał mu, że nie ma takiej możliwości, by przegrali. "Stern zachowywał się wręcz obsesyjnie w sprawie WGN", mówił jeden z prawników z firmy reprezentującej ligę, Proskauer, Rose, Goetz & Mendelsohn. Komisarz utrzymywał jednak, że nie żywi żadnej osobistej urazy do Reinsdorfa. To tylko biznes, a biznesmeni czasami muszą rozstrzygać spory, które się między nimi pojawią, w sądzie.
Właściciele drużyn nie mogli wybrać bardziej skutecznej osoby na stanowisko komisarza. Nawet Reinsdorf przyznawał, że Stern zdecydowanie poprawił ekonomiczną sytuację tej niegdyś "podupadającej finansowo ligi", która teraz stała się najszybciej rozwijającą się sportową organizacją w Ameryce.
Na początku lat 80. większość klubów NBA notowała straty. Sytuacja ligi była tak fatalna, że rozważano nawet bankructwo. Odkąd jednak w 1984 roku stery przejął Stern, NBA zanotowała czterokrotny wzrost zarobków i w każdym sezonie biła rekordy frekwencji. Latem 1989 roku, gdy właściciele NBA dowiedzieli się, że NFL usiłuje ściągnąć Sterna do siebie, by zastąpił komisarza Paula Tagliabue, otrzymał on nowy, pięcioletni kontrakt opiewający na 27,5 miliona dolarów z bonusem za podpis w wysokości dziesięciu milionów, co uczyniło go zdecydowanie najlepiej opłacanym menedżerem w zawodowym sporcie.
Określany mianem geniusza marketingu i mistrza sprzedaży Stern miał jasne motto dotyczące promocji ligi: "Sprzedawać, sprzedawać i jeszcze raz sprzedawać". Pod jego przywództwem NBA stworzyła model biznesowy oparty na kulcie jednostki i zarabianiu na wizerunku koszykarzy — celebrytów znanych nie tylko z parkietów, lecz także gwiazd rozrywki. Gdy NBC nabywała prawa do transmitowania meczów NBA, płaciła tak naprawdę za kilka największych postaci: Michaela, Magica, Larry’ego i Isiaha. To były osobowości i każde ich pojawienie się na ekranie zachęcało widownię do tego, by zasiadła przed telewizorami. Niczym hollywoodzcy luminarze gwiazdy koszykówki zapewniały widzom coś, z czym mogli się identyfikować. Co więcej, NBC stworzyła cały kalendarz transmisji z sezonu 1990/91 wokół tych czterech graczy. Strategia marketingowa była prosta: im częściej fani będą oglądać ich w akcji, tym bardziej będą zaciekawieni ich losami.
Rosnąca szybko popularność NBA — a także Jordana — zbiegła się w czasie z rewolucją w telewizji kablowej. W trakcie kablówkowego boomu lat 80. i 90. amerykańscy widzowie mogli się cieszyć mnóstwem sportu transmitowanego przez wiele kanałów, w tym ESPN oraz lokalne sieci — "mini-ESPN". Te stacje kablowe, takie jak chicagowska SportsChannel, przyczyniały się do jeszcze większej widoczności NBA, co przekładało się na znacznie lepszą pozycję ligi w negocjacjach z reklamodawcami. Między sezonem 1985/86 a końcem tamtej dekady liczba transmisji meczów NBA w telewizjach kablowych wzrosła o niemal 40 procent. Zawodowa koszykówka doskonale przyjęła się w kablówkach, ponieważ większość spotkań odbywała się wieczorami oraz zimą, gdy stacje telewizyjne oferowały mniej alternatyw w zakresie rozrywki.
NBA świetnie wyglądała w telewizji, a to odpowiadało Amerykanom, żądnym gwiazd i ciągłej akcji. Rozgrywający w futbolu amerykańskim spędza na boisku zaledwie połowę meczu, w baseballu pałkarz odbija tylko cztery czy pięć razy w trakcie spotkania, natomiast w koszykówce gwiazdy pozostają na ekranach przez większość czasu gry. W dodatku telewizja umożliwia wnikliwą obserwację graczy, których twarze nie są skryte za kaskami czy pod daszkami czapek. Oglądane na coraz większych ekranach zbliżenia i powtórki w zwolnionym tempie sprawiają, że widzowie czują się tak, jakby sami byli na parkiecie. NBA wieczór w wieczór zapewniała kibicom wielkie emocje. Opowiadając z perspektywy czasu o latach 80., Stern mówił: "Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale wchodziliśmy w nową, złotą erę sportu, zwłaszcza koszykówki".
Komisarz ligi zeznał przed sędzią Willem, że ograniczenia wprowadzone przez NBA w zakresie transmisji meczów w superstacjach są niezbędne dla zachowania jej modelu biznesowego, opartego na dzieleniu się zyskami. Szacował, że bez takiego podziału aż 20 drużyn byłoby stratnych. Umowa typu joint venture była podstawą tego, jak liga zarządzała sprawami typu limit wynagrodzeń, draft, prawa telewizyjne oraz dystrybucja wpływów ze sprzedaży gadżetów. NBA zwyczajnie nie mogła pozwolić bardziej popularnym drużynom, takim jak Bulls, by przejęły rynek swoich partnerów poprzez transmisje w superstacjach. Stern twierdził, że zaakceptowanie takiej praktyki znacznie utrudniłoby mniej popularnym zespołom zbudowanie swojej marki. Utrzymywał, że NBA zmniejszyła liczbę meczów w superstacjach, bo właściciele klubów domagali się "gwarancji ekskluzywności i jakości produktu ligi na ogólnokrajowym rynku".
Nie przekonał jednak Willa, że ograniczenia NBA dotyczące transmisji spotkań w superstacjach nie łamią federalnych przepisów antymonopolowych. 24 stycznia 1991 roku sędzia wydał 71-stronicowy wyrok na korzyść powodów, argumentując to tym, że polityka ligi ogranicza zdolność Reinsdorfa do sprzedaży praw do meczów Bulls stacji WGN, a to z kolei stanowi "poważne naruszenie zasad handlu". Co więcej, NBA nie zdołała "dowieść, że superstacje wpływają w znaczący sposób na kontrakty ligi z NBC i TNT. Obie sieci podpisały lukratywne, czteroletnie umowy z NBA, wiedząc, że mecze będą pokazywane także w superstacjach, i miało to miejsce przed głosowaniem właścicieli klubów, w wyniku którego ograniczono liczbę transmisji w superstacjach z 25 do 20".
Orzeczenie sędziego Willa oznaczało wielką wygraną Reinsdorfa, lecz nie obyło się bez przykrych konsekwencji. W następstwie tej sprawy Players Association wynajęło specjalistę w zakresie księgowości i byłego agenta FBI Charlesa Bennetta, który przez pięć dni wnikliwie badał dokumenty w chicagowskim sądzie. Odkrył on, że większość właścicieli — w tym Reinsdorf — "rażąco zaniża przychody klubów". Oznaczało to, że oszukiwali oni zawodników na miliony dolarów i sztucznie zmniejszali pułap wynagrodzeń. Umowa zbiorowa gwarantowała koszykarzom 53 procent z dochodu brutto ligi, lecz Bennett ujawnił, że prezesi nie dotrzymywali tej umowy.
W grudniu 1991 roku związek zawodowy graczy złożył pozew w Sądzie Dystryktowym Stanów Zjednoczonych w Newark, w stanie New Jersey. Właściciele klubów zostali oskarżeni o oszustwa księgowe, w tym o niezawarcie w dokumentach informacji o wpływach z wynajmu luksusowych lóż i praw telewizyjnych sprzedawanych za granicę. Związek koszykarzy zapewne nigdy nie odkryłby tych nieprawidłowości, gdyby Reinsdorf nie pozwał NBA. W efekcie podczas federalnego procesu prezesi drużyn musieli ujawnić sądowi informacje finansowe. "Nie wrzeszczcie na mnie, że to przeze mnie to wszystko odkryto — mówił Reinsdorf. — Jeśli robicie coś złego, to zasługujecie na to, żeby was złapali".
Tyle że sam szef Bulls także został przyłapany na ukryciu trzech milionów dochodu z lokalnych praw za zaledwie jeden sezon oraz różnego rodzaju reklam. Wszystkiemu zaprzeczał. "Z naszej perspektywy doszło po prostu do pomyłki — mówił. — Odpowiednio rozliczyliśmy cały nasz dochód". Dyrektor wykonawczy ligi, Charles Grantham, zastanawiał się, czy właściciele klubów zmówili się, by oszukać graczy na "dziesiątki milionów dolarów przez tych kilka lat". Ostatecznie obie strony osiągnęły porozumienie, w ramach którego zawodnicy otrzymali przez kolejne dwa sezony łącznie 30 milionów dolarów, choć jednocześnie prezesi nie przyznali się do naruszenia umowy zbiorowej.
Reinsdorf nie był jedynym właścicielem wykorzystującym system, lecz osoby stojące na czele innych klubów to właśnie jego winiły za cenę, jaką musiały zapłacić. Wspominał o pewnym spotkaniu właścicieli, podczas którego Jim Fitzgerald z Milwaukee Bucks — człowiek, którego uważał niegdyś za swojego przyjaciela — podszedł do jego stolika i spytał przy wszystkich, jak w ogóle mogą z nim siedzieć. "Stałem się pariasem — skarżył się Reinsdorf. — Po tym zdarzeniu przestałem pojawiać się na tego typu imprezach". Jerry Colangelo, właściciel Phoenix Suns, uważał, że chicagowski biznesmen może winić jedynie siebie. "Pozywanie NBA nie jest właściwym sposobem dialogu z partnerami. Działania Jerry’ego Reinsdorfa można opisać tylko jednym słowem — chciwość".
Tłumaczenie: Jakub Michalski
Partner Wydawnictwo SQN
Okładka książki "Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną".