RAK
    Popiwczak przed trzecim turniejem Ligi Narodów: Dziś wszystko się zaciera

    Popiwczak przed trzecim turniejem Ligi Narodów: Dziś wszystko się zaciera

    1668 odsłon
    Popiwczak przed trzecim turniejem Ligi Narodów: Dziś wszystko się zaciera

    Pewniak w kadrze selekcjonera Nikoli Grbicia o Lidze Narodów i wyjeździe do Chicago, potędze Aluronu CMC Warty Zawiercie oraz upadku JSW Jastrzębskiego Węgla.

    KATARZYNA PAW: Który z rywali będzie dla was najbardziej wymagający w Chicago?

    JAKUB POPIWCZAK (LIBERO REPREZENTACJI POLSKI): Obiektywnie patrząc, będzie to najtrudniejszy ze wszystkich turniejów w tegorocznej Lidze Narodów. Stawka jest bardzo wyrównana, bo takich marek jak Brazylia, Francja czy USA nikomu nie trzeba przedstawiać. Ktokolwiek by nie grał w tych zespołach, zawsze są one trudne do pokonania. Bułgarii też nie należy lekceważyć, bo to w końcu wicemistrz świata sprzed roku.

    Nie wydaje się jednak panu, że po mundialu na Filipinach Bułgarzy nieco spuścili z tonu? W końcu w tegorocznej Lidze Narodów kilka wpadek im się już zdarzyło.

    Nie będę ukrywał, że za bardzo nie śledziłem ich meczów, jednak wszyscy wiemy, jaki mają potencjał oraz że mają w składzie siatkarzy, którzy mogą w pojedynkę wygrywać spotkania. Przekonaliśmy się o tym boleśnie chociażby rok temu w ostatnim turnieju Ligi Narodów (Polska przegrała w Gdańsku 2:3 – przyp. red.).

    Był pan zaskoczony, w jaki sposób tegoroczną Ligę Narodów rozpoczęła Francja? Po pierwszym tygodniu plasowała się na samym dole tabeli.

    To prawda, ale moim zdaniem patrzenie w tabelę jest trochę niebezpieczne. W wielu drużynach część zawodników dopiero wróciła po odpoczynku, zespoły nie grają w najmocniejszych zestawieniach, a trenerzy postawili na rotacje, dlatego układ tego zestawienia może wprowadzać w błąd. Z każdym kolejnym tygodniem te ekipy będą grały coraz lepiej i myślę, że dokładnie tak samo stanie się w przypadku naszej reprezentacji. Zajmowane miejsce w tabeli VNL oczywiście jest jakimś wyznacznikiem, ale to tylko jeden z kilku czynników, które należy brać pod uwagę.

    Powoli wydaje się to stawać regułą, że przepustkę do gry w Final Eight Ligi Narodów zapewniacie sobie rzutem na taśmę. Podobnie było przed rokiem w Gdańsku, gdzie jej losy ważyły się niemal do ostatniej chwili. Na dodatek Bułgaria, Brazylia i właśnie Francja znajdują się pod kreską, jeśli chodzi o awans do Final Eight.

    Pewnym nie można być niczego. Jesteśmy jednak nastawieni, że zagramy w Ningbo i nikt sobie nie wyobraża, aby stało się inaczej. Wszyscy jesteśmy świadomi tego, że pojechaliśmy do Chicago walczyć o miejsce w ósemce. Czujemy się mocni i zdajemy sobie sprawę, że jeśli chcemy walczyć o triumf w VNL, to musimy wygrywać z każdym.

    Te dwa tygodnie wolnego na trening oraz kontrolny mecz z Niemcami w Olsztynie dały wam więcej spokoju przed walką o awans?

    Fajnie jest na spokojnie potrenować, choć ja zacząłem już treningi przed turniejem Ligi Narodów w Gliwicach, gdzie spędziłem trzy dni. Dobrze, że dzięki zmianie przepisów trener Nikola Grbić mógł tam sprawdzić większą liczbę zawodników (od tego sezonu przed każdym turniejem można zgłaszać szerszy skład niż 14 siatkarzy – przyp. red.). Ze Spały na Śląsk było bardzo blisko, dlatego mogliśmy sobie pozwolić na takie rotacje. Odkąd kadrę prowadzi trener Grbić, pierwszy turniej Ligi Narodów stoi zawsze pod znakiem testowania młodych zawodników, a w drugim pojawia się ich mieszanka z doświadczeniem. Od trzeciego grupa już się zawęża do bardziej docelowego składu. Do Chicago pojechaliśmy w najmocniejszym zestawieniu i chcemy budować formę, aby na mistrzostwach Europy (9-26.09 – przyp. red.) być w jak najlepszej dyspozycji. W meczu z Niemcami w naszej grze widać było dużo dobrej atmosfery, uśmiechu i energii. Pojechaliśmy do USA naładowani. Nie obiecuję, że będziemy wszystko wygrywać i zawsze za trzy punkty, ale obiecuję, że damy z siebie maksa.

    Zmiana strefy czasowej oraz fakt, że w Chicago będziecie mogli liczyć na doping Polonii, będą działać na waszą korzyść?

    Wspominając ubiegłoroczną Ligę Narodów, gdy śledziłem w telewizji mecze chłopaków, którzy grali wówczas w Chicago, miło było patrzeć na to, jakie wsparcie otrzymywali od Polonii. Kibice żywiołowo ich dopingowali i bardzo się cieszę, że lecimy w takie miejsce, gdzie hala będzie biało-czerwona.

    Zdolni do gry nie są jeszcze Jan Firlej i Jakub Kochanowski, ale znaleźli się w składzie na turniej w Chicago. Takie wsparcie też będzie miało swoje znaczenie w walce o zapewnienie sobie przepustki do Final Eight?

    Kuba i Janek są bardzo ważnymi postaciami dla całej grupy. W tym momencie najważniejszy jest dla nich stopniowy powrót do zdrowia i do gry. Jeśli będą w stanie dorzucić dodatkowy procencik wsparcia chociażby spoza boiska, to też zawsze będzie w cenie.

    Jest pan zaskoczony, że rywalizacja w tegorocznej Lidze Narodów jest tak bardzo wyrównana?

    Myślę, że nie. Wiele zespołów traktuje Ligę Narodów jako przegląd wojsk, pojawia się dużo zmian, rotacji i różnych konfiguracji. Zawodnicy też potrzebują odpoczynku, bo sezony klubowe są długie i napakowane dużą liczbą meczów. W takich sytuacjach te teoretycznie słabsze reprezentacje przeżywają swoje pięć minut i straszą tych teoretycznie mocniejszych. Obecnie wszystko się zaciera i w bieżącej edycji Ligi Narodów można przegrać z każdym.

    Ukraina to największa niespodzianka tegorocznej Ligi Narodów?

    Uważam, że tak. To, co Ukraińcy zrobili w poprzednim turnieju, wygrywając z takimi zespołami jak Brazylia czy Włochy, budzi szacunek. Kto jednak ogląda PlusLigę, ten wie, że Barkom Każany Lwów, mając w składzie wielu rodzimych siatkarzy, potrafił sprawić kilka niespodzianek szczególnie w starciach z tymi najmocniejszymi zespołami. Więc chyba jednak postawa Ukrainy nie była dla nas dużym zaskoczeniem.

    W Gliwicach pobiliście rekord pod względem wyniku końcowego w secie, którego jednak przegraliście 48:50. Wraca pan jeszcze do tamtego wydarzenia?

    Nigdy w takim secie do tamtej pory nie grałem i przypuszczam, że już nigdy nic takiego mi się nie przydarzy. (śmiech) Bardzo ciekawe doświadczenie, warto było je przeżyć, choć nie będę ukrywał, że było to też wyczerpujące. Rzadko gra się seta, w którym przeciwnik ma tak dużo piłek setowych i ma się świadomość, że jedno zagranie może zakończyć partię. Napięcie psychiczne jest wysokie, dużo nas tamten set kosztował, ale mimo że go przegraliśmy, ten fakt nas nie podłamał, tylko wytrwaliśmy do końca, pokazując, że byliśmy lepszą drużyną od Argentyny (Polska wygrała 3:1 – przyp. red.).

    Ostatnio w Lidze Narodów macie duży problem z wygrywaniem pierwszych setów. Gdzie widzi pan tego przyczynę?

    Nie wiem. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to to, że każdy z zespołów grając przeciwko nam, daje z siebie nie sto ale dwieście procent. Takie drużyny zawsze potrafią z siebie wykrzesać coś ekstra.

    W Gliwicach przełamaliście za to serię pięciu tie-breaków z rzędu, a stało się to w momencie, kiedy dołączył pan do kadry razem z Wilfredo Leonem. Czy to oznacza, że bez tak doświadczonych zawodników ci młodzi nie są jeszcze gotowi na poziom gry w seniorskiej reprezentacji?

    Myślę, że nie. W tym roku już wiele razy udowodnili, że są w stanie grać na świetnym poziomie. Często jednak przeciwnicy prezentują bardzo dobrą grę. Razem z Wilfredo przyjechaliśmy do Gliwic do grupy, z którą nie odbyliśmy ani jednego wspólnego treningu. Wszystko działo się spontanicznie, ale i tak mecze zakończyły się naszymi zwycięstwami. W naszej kadrze jest wielu dobrych siatkarzy, którymi trener Grbić stara się rotować. Daje szanse jednym, a jak im nie idzie, to wchodzą inni i ich zadaniem jest dodanie nowego impulsu w grę drużyny. Zazwyczaj to się sprawdza, ale z drugiej strony nie jest to zawsze komfortowe dla zawodników, bo w takich sytuacjach ma się obok siebie siatkarzy, z którymi nie ma się okazji zbyt często grać. Inne ekipy mają już utarte schematy i zawężoną grupę, przez co są bardziej zgrani. Dlatego nie można oczekiwać, że każdy mecz będziemy wygrywać 3:0 lub 3:1 i żaden zespół nam się nie postawi.

    Podczas pierwszych dwóch turniejów Ligi Narodów na pozycji libero z bardzo dobrej strony prezentował się Maksymilian Granieczny. Czuje pan, że coraz bardziej depcze panu po piętach?

    Maks jest bardzo dobrym libero i ma w sobie ogromną jakość. Gdy ma możliwość grać, to zazwyczaj robi to bardzo dobrze. Musimy się z tego cieszyć, bo każdy ma swoje indywidualne ambicje, ale najważniejsza i tak jest drużyna. Jeśli tylko ktoś jest w stanie dołożyć od siebie niezbędną cegiełkę, to pozostaje nam się tylko z tego cieszyć.

    Miano podstawowego libero kadry ciąży już panu znacznie mniej niż przed rokiem?

    Wiadomo, że gdy się robi coś po raz pierwszy, to zawsze jest inaczej. Dla mnie to miano jest wciąż dużą nobilitacją i wyróżnieniem. Idą za tym dodatkowe emocje oraz budujące chwile w momencie, gdy zakładam biało-czerwoną koszulkę.

    Gdy tylko Jakub Kochanowski wróci do gry, wychodzi na to, że wyjściowy skład reprezentacji Polski będzie zdominowany przez zawodników Aluronu CMC Warty Zawiercie. Mam tu na myśli pana, Tomasza Fornala i Bartłomieja Bołądzia. Gdy rozmawiałam w maju z Andreą Anastasim, powiedział mi, że pański klub jest nie tylko jedną z najlepszych drużyn w Europie, ale w sezonie 2026/27 może stać się również najsilniejszy na świecie. Co pan na to?

    Europejskie drużyny są bardzo mocne, ale my nie mamy się czego wstydzić. Myślę, że spokojnie możemy konkurować z najlepszymi. Jeżeli Aluron dwa razy z rzędu uplasował się na drugim miejscu na koniec rywalizacji w Lidze Mistrzów, to raczej należymy do jednych z najlepszych na świecie. Powinniśmy się z tego cieszyć i nie powinniśmy się bać mówić o tym na głos.

    Już niedługo mistrz Polski pozna rywali w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Tym razem żadna dodatkowa polska drużyna nie otrzymała dzikiej karty do tych rozgrywek, a wśród szczęśliwców znalazły się Itas Trentino, Guaguas Las Palmas oraz Dynamo Bukareszt. Czego spodziewa się pan po nadchodzącej edycji Champions League?

    Uważam, że będzie ona równie zacięta jak ostatnio. Przyznawanie dzikich kart podnosi poziom tych rozgrywek. Gdyby nie to, Itas normalnie nie otrzymałoby prawa gry w Champions League (zajął dopiero szóste miejsce na koniec sezonu 2025/26 Serie A – przyp. red.). W podobnej sytuacji przed rokiem znalazła się Asseco Resovia, której obecność wniosła bardzo dużo do tych rozgrywek. Dlatego cieszę się, że ta kolejna edycja Ligi Mistrzów również będzie stała na fajnych fundamentach i pojawi się dużo gry na wysokim poziomie. Chcemy go podnosi i rozgrywać dużo dobrych meczów, a nie tylko czekać na Final Four, w którym dopiero zaczyna się prawdziwe granie.

    W przyszłym sezonie w PlusLidze wystąpi Jastrzębie Barkom. Czy cieszy się pan z tego, że chociaż w takiej formie siatkówka na najwyższym poziomie przetrwa w Jastrzębiu-Zdroju, gdzie występował pan przez większość swojej kariery?

    Przede wszystkie jest to niesamowicie smutne, że mojego poprzedniego klubu, który zapisał się na kartach zarówno polskiej, jak i europejskiej siatkówki, od przyszłego sezonu nie będziemy widzieć rywalizującego w ekstraklasie, bo zakończył swoją działalność. Trudno jest mi o tym mówić, bo jestem bardzo emocjonalnie związany z klubem z Jastrzębia-Zdroju i tak po ludzku po prostu jest mi smutno. Dla wielu osób niebędących zawodnikami był on źródłem utrzymania, które daleko wykraczało poza aspekt sportowy. Przykro mi, że to wszystko się kończy i ktoś w ogóle dopuścił do tego, że ta cała sytuacja tak się właśnie potoczyła. Fajnie, że w Jastrzębiu zostanie jakakolwiek namiastka siatkówki i najwięksi fani tej dyscypliny dalej będą mogli oglądać na żywo najlepsze drużyny w lidze u siebie w mieście, choć w trochę innym wydaniu. Od tych wszystkich lat, w których ekipa ze Lwowa gra w PlusLidze, dopiero teraz będzie miała do dyspozycji najfajniejsze halę i warunki oraz największą publiczność.

    A jak pan przyjął informację, że FIVB postanowiła natychmiastowo przywrócić Rosjan do rywalizacji pod jej egidą po decyzji MKOl znoszącej tymczasowo zawieszenie Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego? To oznacza, że Rosjanie będą mogli grać w przyszłorocznych mistrzostwach świata oraz uzyskać kwalifikację do igrzysk w Los Angeles.

    To są sprawy polityczne, które wykraczają poza moje kompetencje. Jestem tylko zawodnikiem, który jak najlepiej wykonuje swoją pracę. Jeśli chodzi o takie kwestie, to niech o nich debatują osoby do tego upoważnione. Do imprez w 2027 roku jest jeszcze dużo czasu, ale nie chciałbym tego szerzej komentować.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?