RAK
    Polska może awansować bez porażki. Ale to dopiero połowa drogi. Teoretycznie

    Polska może awansować bez porażki. Ale to dopiero połowa drogi. Teoretycznie

    3054 odsłon
    Polska może awansować bez porażki. Ale to dopiero połowa drogi. Teoretycznie

    Awans bez porażki do drugiej rundy eliminacji mistrzostw świata to marzenie każdego uczestnika pierwszej rundy, a spełni się w niewielu przypadkach. Polscy koszykarze po rozgromieniu Austrii na wyjeździe są tego blisko, a teraz w poniedziałek 6 lipca podejmą w Krakowie Holandię. — Fajnie, że mecz z Austrią dał nam dużo punktów, każdy pograł, "przepalił płuca" i zdobyliśmy pewność siebie na spotkanie z Holandią — mówi Łukasz Kolenda.

    W rozgrywkach rozłożonych na wiele miesięcy bardzo trudno jest ustrzec się wpadek. Spośród 80 ekip walczących w eliminacjach na całym świecie tylko kilka miało po pięciu kolejkach komplet pięciu zwycięstw i nie dotyczyło to nawet takich potęg jak USA, Serbia czy Francja. Przed ostatnią serią spotkań nie potknęły się jedynie Kanada, Brazylia, Australia, sensacyjne Mali, Hiszpania, Turcja oraz Polska.

    Wyniki Biało-Czerwonych świetnie przypominają nam o tym, dlaczego zwykło się mówić, że zwycięstwo różnicą 2 punktów jest równie wartościowe co wygrana z przewagą 46 oczek (lub podobną). Bo przecież w piątek z Austrii wywieźli wynik 123:77, ale dwa wcześniejsze spotkania wyjazdowe kończyły się nikłymi triumfami z Łotwą i Holandią.

    Właśnie z tą ostatnią drużyną Polska zmierzy się w Krakowie na koniec, który właściwie końcem nie jest, bo przecież tak naprawdę to dopiero połowa drogi do MŚ. Teoretycznie połowa. Wszystkie wyniki liczą się do drugiej rundy (tam czekają Chorwacja, Niemcy, Izrael) i jeśli Polacy wejdą tam z bilansem 6-0 i będą sobie radzili sobie nieźle, to może się okazać, że awans do Kataru wywalczą przed tym prawdziwym końcem rywalizacji W najbardziej optymistycznym scenariuszu można nawet… nie wygrać ani razu w drugiej rundzie i go zdobyć. Albo wygrać raz. W zasadzie ten awans jest niemal na wyciągnięcie ręki.

    — Jeszcze o tym nie myślimy, raczej patrzymy mecz po meczu. Teraz mamy Holandię, a co będzie dalej, zobaczymy w kolejnym okienku — mówi Aleksander Balcerowski, który w spotkaniu z Austrią w tym cyklu eliminacyjnym zadebiutował. Jeden z najlepszych polskich koszykarzy i najlepszy polski środkowy (niech wybaczy Dominik Olejniczak, ale raczej tak nadal jest) wrócił do kadry wielomiesięcznej nieobecności, pojawił się w reprezentacji po raz pierwszy od ubiegłorocznego EuroBasketu.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Tak długiej i niewynikającej z kalendarza spotkań przerwy w grze w kadrze Balcerowski jeszcze nie miał. Przyznał, że za kadrą tęsknił, a spotkanie w Austrii spowodowało stresik. Z tego punktu widzenia dobrze wyszło, że rywal był słaby, a mecz bardzo jednostronny. Jego dorobek wyglądał (10 oczek w 13 minut) statystycznie lepiej niż jego występy na EuroBaskecie, ale trudno to oczywiście porównać. Wówczas po spotkaniach w Katowicach i Rydze Balcerowski był krytykowany za swoją przeciętną postawę.

    — Na pewno to do mnie dotarło, a sam też jestem bardzo autokrytyczny i się tym przejmowałem. Może nawet za mocno, wiem, że potrafię grać lepiej. Ale nie jesteśmy robotami, tak wyszło. Najważniejsze, że drużyna zrobiła wynik (szóste miejsce — przyp. red.), a ja pomogłem na tyle, na ile byłem w stanie. Wydaje mi się, że to mi też pomogło zacząć jak najlepiej sezon w Hiszpanii — zauważa, a zakończony niedawno sezon faktycznie był dla niego wyjątkowo udany indywidualnie, choć jednocześnie jego Unicaja Malaga m.in. nie awansowała do play-off ligi hiszpańskiej i w Andaluzji mogli odczuwać niedosyt.

    Balcerowski nie brał udziału w pierwszym spotkaniu eliminacyjnym z Holandią — emocjonującym grudniowym w Hadze, gdzie Polacy wygrali po odrobieniu 21 punktów przewagi i mimo prowadzenia gospodarzy przez prawie 39 minut. Balcerowski jednak tamten mecz oczywiście oglądał i swoje wniosek wyciągnął. — Wydaje mi się, że musimy wyjść tak jak w Austrii, czyli na pełnym gazie od pierwszej minuty, żeby pokazać, że jesteśmy lepszym zespołem. Od tego trzeba zacząć, wejść jak najlepiej w początek meczu — uważa.

    Pomarańczowe Lwy też zagrają teraz w Polsce w nieco innym składzie niż u siebie, choć tutaj raczej należy mówić o osłabieniu, co jeszcze bardziej podkreśla rolę faworyta Biało-Czerwonych. Nie pojawią się m.in. weteran Charlon Kloof oraz dwaj dobrze wtedy dysponowani Yannickowie — Kraag i znany polskim kibicom z występów w Treflu Sopot Franke.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era