RAK
    Polak zdziwił się po debiucie w Wimbledonie. "To był błąd"

    Polak zdziwił się po debiucie w Wimbledonie. "To był błąd"

    2743 odsłon
    Polak zdziwił się po debiucie w Wimbledonie. "To był błąd"

    Po dwóch latach przerwy w grze myślał, że marzenia o karierze tenisowej to już przeszłość. Uratował go wyjazd do Tennessee. W USA jego gra i podejście uległo całkowitej metamorfozie.

    Filip Pieczonka jest aktualnie 85. w deblowym rankingu ATP. W debiucie w Wimbledonie w parze z Czechem Vitem Koprivą osiągnęli II rundę, po tym jak Niemcy Jan-Lennard Struff i Yannick Hanfmann oddali swój mecz walkowerem.

    ADAM PAWLUKIEWICZ: Stany Zjednoczone słyną z akademickiej koszykówki czy futbolu amerykańskiego, ale prawdopodobnie niewiele osób w Europie zdaje sobie sprawę, że podobny system funkcjonuje również w tenisie, przez który sam pan przechodził. Jak wygląda to od kulis?

    FILIP PIECZONKA: Kiedy zaczynałem studia w Tennessee, moja uczelnia miała bardzo restrykcyjne podejście, jeśli chodzi o tenis. Miałem trenera, który był kiedyś w czołówce rankingu singlistów i deblistów [Chris Woodruff]. Na prowadzonych przez niego zajęciach panował reżim, ale jednocześnie dbał o to, aby każdy poprawiał swoje umiejętności. Zawsze był w stanie dostrzec coś, co mogę zrobić lepiej. Zostawał ze mną po treningach, szlifował drobne aspekty.

    Zanim przyjechałem do USA, moją piętą achillesową była gra z woleja. Katowaliśmy to zagranie po dwie-trzy godziny dziennie. Trener wymagał, abym robił wszystko to, czego nie lubię. Po jakimś czasie te treningi zaczęły jednak przynosić efekty.

    Po pierwszym roku spędzonym w Tennessee zauważyłem duży postęp w mojej grze. Moja rodzina dostrzegała zmiany na plus nie tylko w grze, ale również w podejściu mentalnym, a było to bardzo istotne, bo wracałem do tenisa po długiej przerwie. W drugim roku pojawiły się lepsze możliwości pieniężne, czyli na transfer do innych szkół. Nie ukrywam, że w tamtym momencie finansowo nie było u mnie najlepiej i gdyby nie college, prawdopodobnie nie grałbym dzisiaj w tenisa, po prostu nie miałbym na to funduszy.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    W akademickim systemie szkolenia w USA za przejście na inną uczelnię otrzymuje się pieniądze. Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się, dokąd się przeniosę. Wybrałem tę ofertę, dzięki której mogłem najwięcej zarobić. Okazało się, że kolejna szkoła nie należała do najlepszych, na początku pojawiły się również pewne problemy z papierologią, przez które nie mogłem grać. Spędziłem tam sześć miesięcy i myślę, że zaliczyłem mały regres, co później skutkowało tym, że musiałem odbudowywać swoją formę. Drugi rok w college’u uznałbym więc za negatywny pod względem stricte tenisowym, ale pozytywny, jeśli chodzi o kwestie finansowe. Mam pieniądze na prowadzenie kariery i na to, żeby dalej się rozwijać.

    Pochodzi pan z Gdańska, a jak trafił do USA?

    Jeden z trenerów w Trójmieście, z którym pracowałem przed moim zawieszeniem [za nieświadome naruszenie przepisów antydopingowych w 2021 r.], zapytał mnie, czy nie chciałbym wybrać się na college w Stanach Zjednoczonych. Byłem na tak, ale podkreśliłem, że przez dwa lata nie grałem i czuję, że trochę zniknąłem z tenisowej mapy, więc poprosiłem go o pomoc w powrocie na dobry poziom. Wspomniany trener miał znajomego w Tennessee, swojego dawnego szkoleniowca. Powiedział mu: "Mam takiego Filipa z Gdańska. Bierz go. Nie grał dwa lata, ale zaufaj mi, że będzie ciężko pracował". I faktycznie tak się stało, otrzymałem duży kredyt zaufania i ostatecznie trafiłem na uczelnię w Tennessee, co z perspektywy czasu uważam za dobry ruch dla mojej kariery.

    Na pana stroju dostrzegam herb Sopockiego Klubu Tenisowego, dla którego to zapewne duży prestiż, że jest prezentowany na kortach Wimbledonu. Skąd taka decyzja?

    Kocham Sopot, więc bardzo się ucieszyłem, gdy otrzymałem ofertę, aby reprezentować miejscowy klub. Usłyszałem, że ponownie stają na nogi i zapytano mnie, czy chciałbym odbudować się pod ich skrzydłami. Odparłem, że w tym roku celuję w udział w wielkoszlemowych turniejach i zadeklarowałem się, że za określoną pomoc będę miał na swojej koszulce emblematy klubu. Jesteśmy na największych tenisowych arenach na świecie, a kibice i ludzie ze środowiska tenisowego dostrzegają i coraz lepiej kojarzą Sopocki Klub Tenisowy.

    Warto go promować, ponieważ jest to piękne miejsce z wielkimi tradycjami. Na tych kortach Rafael Nadal w 2004 r. wygrał swój pierwszy turniej ATP w karierze. Mam więc nadzieję, że wielki tenis wróci jeszcze kiedyś do Sopotu. Samo miasto nie ukrywa, że ma ambitne plany w perspektywie kilku najbliższych lat. Podsumowując, Sopocki Klub Tenisowy jest dużym wsparciem na obecnym etapie mojej kariery, więc na wszelki możliwy sposób próbuję mu się za to odwdzięczać.

    Filip Pieczonka

    PAP/Abaca / PAP

    Filip Pieczonka

    Podczas Wimbledonu pana deblowym partnerem jest Vit Kopřiva. Jak dogadujecie się na korcie? Z perspektywy trybun słyszałem zarówno trochę polskiego, czeskiego, jak i angielskiego.

    Faktycznie, miksujemy kilka tych języków i paradoksalnie to angielskiego jest najmniej. (śmiech) Przechodzimy na niego, gdy zaczyna robić się poważnie i próbujemy coś ustalić, aby na sto procent każdy z nas zrozumiał, jaki mamy plan. Znacznie częściej używamy jednak naszych ojczystych języków. Czasem nawet i ja powiem coś po czesku, a on po polsku, choć wcale nie porozumiewamy się w nich na co dzień. Ta metoda jednak działa, bardzo dobrze się dogadujemy.

    Jest pan leworęczny, wysoki (196 cm) i ma dobre warunki fizyczne. Czy wimbledońska trawa to nawierzchnia, która promuje pana atuty, czy przeciwnie — przewagę zyskują tu niżsi, bardziej techniczni zawodnicy?

    Już w innych wywiadach podkreślałem, że to był błąd, że wcześniej nie próbowałem swoich sił na trawie. W przeszłości kompletnie omijałem turnieje na tej nawierzchni, ponieważ długo nie wiedziałem, czy zagram na Wimbledonie. Tak długo, jak tylko mogłem, trzymałem się więc mączki. Przygotowania na trawie przed Wielkim Szlemem w Londynie były dość krótkie, nie należały do zbyt intensywnych. Trenowałem trzy dni w Michałówku, a później przyjechałem na Wimbledon. Przewiduję, że w przyszłości trawiasta nawierzchnia stanie się moim przyjacielem, ale obecnie nie czuję się na niej zbyt komfortowo.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era