RAK
    Polak zdradza nam tajniki Wimbledonu. "Byłby to najgorszy błąd"

    Polak zdradza nam tajniki Wimbledonu. "Byłby to najgorszy błąd"

    2310 odsłon
    Polak zdradza nam tajniki Wimbledonu. "Byłby to najgorszy błąd"

    Victor Archutowski miał pomóc załatwić Mai Chwalińskiej dziką kartę do Wimbledonu. — Znam ludzi, którzy decydują o tym wyborze. Zadzwoniłem do nich — przyznaje doświadczony menedżer, który pomagał przed laty siostrom Radwańskim. Opowiada, co wydarzyło się w Londynie, ujawnia, jak "handluje się" dzikimi kartami i mówi, czemu Wimbledon jest pod tym względem wyjątkowy.

    ADAM PAWLUKIEWICZ: Na początku czerwca polskie media obiegła informacja, że pomagał pan Mai Chwalińskiej w uzyskaniu dzikiej karty na występ w Wimbledonie. Jak wyglądały więc kulisy tych działań?

    VICTOR ARCHUTOWSKI: Na wstępie chciałbym wyjaśnić, że nikt nie może lobbować w takiej sprawie u władz Wimbledonu. Jeśli dana federacja, menedżer lub ktokolwiek inny związany z tenisistą zacząłby to robić, notowania takiego zawodnika natychmiast poszybowały w dół. Byłby to najgorszy błąd, jaki można zrobić.

    Co do samej Mai Chwalińskiej, była to naprawdę prosta sprawa. Swoją sportową postawą, ale również zachowaniem podczas ostatniego Rolanda Garrosa zasłużyła na dziką kartę. Krótko po jej występie w Paryżu ktoś zapytał mnie, na ile procent oceniam szanse na to, że Maja otrzyma dziką kartę. Powiedziałem: 70 proc. Usłyszałem w odpowiedzi, że jestem optymistą. Ale w następnym tygodniu powiedziałem: 80 proc. Wimbledon jest sprawiedliwą organizacją, a te decyzje są podejmowane wyłącznie na podstawie tego, czy ktoś faktycznie zasłużył na takie wyróżnienie. Jestem przekonany, że nawet gdyby Venus Williams zadeklarowała, że w trakcie Wimbledonu chce wystąpić w singlu, Maja i tak miałaby dziką kartę. Znam ludzi, którzy decydują o tym wyborze. Zadzwoniłem do nich, ale raz jeszcze podkreślę — nie w celu lobbowania. Zapytałem po prostu, jak wygląda sytuacja i usłyszałem: "Możesz spać spokojnie".

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    O dzikich kartach decyduje więc określony komitet Wimbledonu? Do kogo dokładnie należy ta decyzja?

    Jest trzech głównych przedstawicieli, których nazwiska nie są publicznie znane. Te osoby przyznają dzikie karty zagranicznym zawodnikom. Jeśli chodzi natomiast o dzikie karty dla gospodarzy, czyli dla Brytyjczyków, do tego procesu włączane są jeszcze cztery kolejne osoby. Cały komitet składa się więc z siedmiu ludzi. To tradycja, że tenisiści osobiście deklarują swoją chęć otrzymania dzikiej karty. Maja również tak zrobiła, napisała odpowiednie pismo do dyrektora turnieju, a on przekazał je do komitetu.

    Wielu tenisistów podkreślało w rozmowach z mediami, że wielokrotnie zwracali się do pana po pomoc, był pan ich mniej lub bardziej formalnym menedżerem. Zastanawiam się, czy w Polsce przypadkiem nie brakuje takich osób. Czy jest to dochodowe zajęcie?

    W moim przypadku absolutnie nie, ponieważ nie biorę za to żadnych pieniędzy. (śmiech) Kocham tenis i przyznaję, że długo zajmowałem się nim dochodowo. Dziś mam już swoje lata, więc jeśli ktoś prosi mnie o pomoc lub opinię, zawsze ją otrzyma. Mogę komuś doradzić, zaproponować różne opcje, ale decyzję ostatecznie podejmie sam zawodnik. Cieszę się, że w Polskim Związku Tenisowym są młodzi, zdolni, inteligentni ludzie jak Daria Sulgostowska i Aleksandra Musiał.

    Czy można więc powiedzieć, że dobre serce znaczy w tenisie więcej niż precyzyjnie zaplanowana strategia współczesnych menedżerów?

    Chciałoby się powiedzieć, że tak, ale największe firmy menedżerskie, takie jak IMG, w regionach z tenisowymi tradycjami mają potężną sieć kontaktów. Dzięki temu są w stanie zadbać o swoje interesy, np. proszą organizatorów mniejszych turniejów o dziką kartę dla swojej młodej, obiecującej zawodniczki, a w zamian za to oferują, że wystawią na te zawody jedną ze swoich gwiazd.

    Victor Archutowski w 2011 r. w Sopocie

    Jarek Szymański / newspix.pl

    Victor Archutowski w 2011 r. w Sopocie

    W podobny sposób za kulisami wygląda też rynek sponsoringowy w tenisie?

    Tak, w dużym stopniu ma to związek z polityką. Czasami jeden duży sponsor nie chce, aby obok niego pojawiała się inna konkretna firma, bo nie pasuje do jego wizerunku. Dlatego w tenisie ceni się neutralnych sponsorów, takich jak producenci samochodów, zegarków czy odzieży. Znam osobiście Dariusza Gałęzewskiego, który jest założycielem OSHEE, sponsora Igi Świątek. To marka ściśle związana ze sportem, o której można powiedzieć wiele dobrego. Ale już piwo Stella Artois nie do końca pasuje do tenisa, podobnie jak marka papierosów Peter Stuyvesant, która kiedyś reklamowała się w Kanadzie.

    Czy można zostać zawodowym tenisistą, mając po prostu dużo talentu? Wiele sportów w Polsce, nie tylko tenis, zmaga się z problemem, że mamy uzdolnione dzieci, ale niekoniecznie zostały dostrzeżone przez dobrych trenerów.

    Jeśli chodzi o tenis, jestem przekonany, że w tym sporcie już sam duży talent może zapewnić sukces. Jeśli udowodnisz trenerowi, że warto w ciebie inwestować, szkoleniowiec powinien zająć się wszystkim wokół, a zawodnikowi pozwolić skupić się na rozwoju. Należałoby zacząć od dobrego fizjoterapeuty. Ktoś, kto nie jest sprawny na korcie, nawet z ogromnym talentem nie zawojuje świata. W następnej kolejności warto skupić się na sferze mentalnej, czyli współpracy z psychologiem. W dużym skrócie team tenisisty składa się właśnie z takiego pakietu, ale jego główną oś musi stanowić talent. On jest najważniejszy.

    A ile wynosi szacunkowa kwota, którą rodzice powinni być gotowi wydać, zanim ich syn czy córka zaczną zarabiać na sporcie?

    Trudno mi wskazać taką kwotę. W Polsce jest naprawdę niewiele rodzin, które są w stanie lekką ręką wydać kilkaset tysięcy lub kilka milionów złotych na rozwój sportowy ich dziecka. Przed chwilą rozmawialiśmy o talencie i ponownie do tego nawiążę. Jeśli go nie ma, to można wydać nawet i 10 mln zł, a i tak nic z tego nie będzie. Opiszę to na konkretnym przykładzie. Rodzice Jessiki Peguli są miliarderami, ale nie weszła do Top 10 światowego tenisa dzięki tym pieniądzom, tylko swojemu talentowi. Ma dobre warunki fizyczne, jest mocna mentalnie, więc te miliardy nic by nie zmieniły w jej karierze.

    I na koniec zapytam, czego według pana potrzebuje dziś polski tenis?

    O ile wiem, staramy się o organizację WTA Finals [ostatecznie zawody odbędą się w USA] i wcale nie potrzebujemy do tego stricte obiektu tenisowego. Takie zawody można byłoby przeprowadzić np. w Ergo Arenie w Gdańsku, a przy wsparciu spółek Skarbu Państwa oraz Ministerstwa Sportu i Turystyki moglibyśmy sprowadzić do Polski najlepsze zawodniczki na świecie. Zwycięstwa Igi Świątek w Wielkim Szlemie zrobiły sporo dla promocji tenisa, a taki turniej byłby kolejnym kamieniem milowym.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era