
- W tym sporcie i w kilku innych granice rozsądku trzeba mieć mocno przesunięte. Zaufania do innych osób też - mówi kolarz Stanisław Aniołkowski, który dochodzi do zdrowia po czerwcowym wypadku pod koniec wyścigu w Belgii. Przerwał dobrze rozpoczety przez niego sezon, ale zawodnik Cofidisu liczy na udział w wyścigach już w sierpniu.
Jakub Wojczyński: Jak wygląda teraz pana stan zdrowia po kraksie w Brussels Cycling Classic miesiąc temu?
Stanisław Aniołkowski: Wciąż mam ortezę na lewym nadgarstku. Kość łódeczkowata w tej ręce była złamana, na szczęście bez przemieszczenia. W prawej ręce była zbita, ale nie złamana. Do tego miałem złamaną prawą kość promieniową przy nasadzie łokcia oraz lewy obojczyk, który dzień po kraksie został złożony operacyjnie. Od tego czasu dochodzę do siebie. Z dolną częścią ciała po kraksie było okej, ale trochę się popsuło, ponieważ chciałem za szybko wrócić na rower. Przeciążenia i zmęczenie organizmu doprowadziły do małego stanu zapalnego w kolanie.
Skoro ręce trzeba oszczędzać, to jak w ogóle jeździć na rowerze lub chociażby trenażerze?
Wymyśliłem domowej roboty patent. Opieram się na rollerze, dzięki czemu ręce są odciążone i praktycznie nie trzymam kierownicy. Jeśli pojawia się problem, to trzeba go rozwiązać.
Jaki jest pana plan powrotu do ścigania?
Czekam na wygojenie kości łódeczkowatej. To jedna z gorszych kości do leczenia, jest słabo ukrwiona. Potrzeba minimum 6 tygodni całkowitego unieruchomienia. Najczęściej jest to gips, ale ja na szczęście mam ortezę. Po tych 6 tygodniach będzie kolejny rezonans, który pokaże, czy nastąpił zrost. Jeśli nie, to dojdą kolejne 2–3 tygodnie, a w najgorszym scenariuszu operacja. Obojczyk i kość promieniowa zrastają się dobrze. W optymistycznym wariancie, jeśli szybko wrócę na trenażer i zbuduję bazę, pierwszy start mógłby być nawet w połowie sierpnia.
Pana sezon do wyścigu w Brukseli układał się dobrze. Ta nagła przerwa może nawet bardziej boli psychicznie niż fizycznie?
Dalej jestem zmotywowany, żeby dobrze zakończyć sezon. Dlatego ciężko trenuję i chciałem wrócić za szybko. Forma przed kontuzją była faktycznie bardzo dobra, byłem w szerokiej kadrze na Tour de France. To co się wydarzyło na pewno bolało i fizycznie, i psychicznie. Trudno było mi się z tym pogodzić.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jak w zasadzie doszło do samej kraksy około kilometr przed metą?
Z kolegą z drużyny chcieliśmy przejść do przodu z około dziesiątej pozycji w peletonie. Dałem mu znać, że ruszamy. Zostałem trochę przepchnięty w lewo, a kolega z lewej schodził na prawo i zahaczyłem o jego koło. Zawiesiłem się na przerzutce i przy prędkości 55 km na godz. przednie koło nagle zatrzymało się na ułamek sekundy. Przeleciałem przez kierownicę i zanurkowałem na asfalt. Nie było żadnych szlifów, wszystko poszło na kości. Od razu poczułem, że jest źle, choć nie spodziewałem się, że aż tak.
Będzie obawa przed ściganiem się na finiszu po powrocie?
Mam nadzieję, że nie, ale to się okaże po pierwszych wyścigach, czy się będę wahał wsadzić koło tam, gdzie nie ma dużo miejsca. Myślę, że dobrze to przepracuję i będę gotowy.
Sprinter musi być odważny, prawda?
W tym sporcie i w kilku innych granice rozsądku trzeba mieć mocno przesunięte. Zaufania do innych też. Tak naprawdę jedzie się kilka centymetrów za innym zawodnikiem, a małe zawahanie w peletonie powoduje, że kilka pozycji dalej tego miejsca już w ogóle nie ma. Trzeba dobrze technicznie się odnajdować w takich sytuacjach, żeby wychodzić z nich cało, a nie lądować na asfalcie.
Przegląd Sportowy / Onet
Stanisław Aniołkowski (z prawej obok autora rozmowy) prowadzi w Nieporęcie pod Warszawą lokal o nazwie Port Kawiarnia, która tłumaczy wszystko – to kawiarnia, która znajduje się w porcie
W ostatnich latach organizatorzy na płaskich etapach coraz częściej lubią pokombinować w końcówkach, zdarza się dużo zakrętów. Wam to odpowiada?
To zależy od charakterystyki zawodnika. Ktoś lubi, gdy jest chaotycznie, bo nie potrzebuje wtedy wsparcia drużyny, a ktoś inny woli długie klasyczne rozprowadzenie sprinterskie. Jeśli mamy dużo zakrętów, to tak naprawdę mamy kilka sprintów, bo po każdym robi się dodatkowe przyspieszenie i wypala tę moc przed końcówką. Uważam, że potrzebne są różne typy finiszów i wszystkie mogą być niebezpieczne. Ja mogę powiedzieć, że odnajduję się w chaosie, technicznie dobrze radzę sobie w zakrętach i wykorzystuję to na moją korzyść.
Jak się zostaje dobrym sprinterem w Polsce? W ostatnich 20-25 latach poza panem nie mieliśmy żadnego na najwyższym światowym poziomie.
Zawsze potrafiłem się odnaleźć w końcówkach wyścigów i dobrze czytałem sytuację. Ścigając się w Polsce wiele razy potrafiłem wygrać, na Zachodzie jest trudniej, bo trzeba mieć idealną pozycję, by zwyciężyć. Moje umiejętności pozwalają mi jednak regularnie być w top 10, a często w top 5 i to zauważyły zagraniczne ekipy. Jeśli drużyna nie ma kolarzy mogących dać sprinterowi bardzo duże wsparcie, to decyduje się na takiego, któremu można zaufać, że ten wynik sam dowiezie.