RAK
    Pogrzebowe oferty składane w kostnicy. Ujawniamy proceder w warszawskim szpitalu na Banacha

    Pogrzebowe oferty składane w kostnicy. Ujawniamy proceder w warszawskim szpitalu na Banacha

    2572 odsłon
    Pogrzebowe oferty składane w kostnicy. Ujawniamy proceder w warszawskim szpitalu na Banacha

    Na terenie jednego z najważniejszych szpitali w Polsce bliscy zmarłych pacjentów od lat są nagabywani, by skorzystali z usług prywatnego zakładu pogrzebowego. — Przed chwilą pan, który okazywał ciało taty, mówił, że mogą nam zorganizować cały pogrzeb — słyszymy od mężczyzny, który przyszedł do prosektorium zidentyfikować ciało zmarłego ojca. To tylko jedna z wielu podobnych relacji. Jak się okazuje, Domowi Pogrzebowemu Nadzieja sprzyja wprowadzona przez uniwersytecki szpital specjalna procedura

    Najbliższa rodzina osoby zmarłej: — Pani w prosektorium powiedziała, że jeśli zrobię pogrzeb u niej, to nie zapłacę za chłodnię. Bo w innym zakładzie sporo mi za to policzą, a tu nic. Próbowała mnie namówić na swój zakład.

    Rodzina spotkana przed chłodnią szpitala: — Dla mnie to jest kuriozum, że na oficjalnym dokumencie UCK WUM jest pieczątka prywatnego zakładu pogrzebowego. Proszę zobaczyć.

    Były pracownik szpitala przy Banacha: — Nie rozumiałam, dlaczego w naszych szpitalach tak się dręczy bliskich zmarłych pacjentów. Szkoda mi ich było, że muszą iść taki kawał. Zaraz potem miałam telefon z pretensjami od pani Patrycji z chłodni, że nie przysyłam do niej rodzin.

    Wieloletni pracownik branży pogrzebowej: — Przy prosektorium normalnie funkcjonowało biuro zakładu pogrzebowego. Były w nim już gotowe formularze umów. Pracownik widział człowieka w rozpaczy i miał za zadanie namówić go na podpisanie umowy jeszcze w szpitalu.

    Właściciel domu pogrzebowego: — Tym, co się dzieje w szpitalu na Banacha, powinien zainteresować się prokurator. Jak to możliwe, że szpital oddaje prywatnemu zakładowi pogrzebowemu prowadzenie chłodni? Taki zakład ściąga później ciała do siebie, a to jest zabronione prawnie.

    Przez ostatnie dwa tygodnie zgromadziliśmy dowody w postaci dokumentów, relacji byłych pracowników, rodzin pacjentów zmarłych w szpitalach Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, a także przedstawicieli innych firm pogrzebowych, że zakład Nadzieja prowadzi nielegalne praktyki na terenie szpitala.

    Gdy próbujemy o to zapytać na miejscu szefową zakładu, ta nie odpowiada na ani jedno nasze pytanie. Zamiast tego pracownicy Nadziei zgłaszają policji, że wtargnęliśmy do biura firmy, gdy nikogo w nim nie było. Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Wyjaśniamy to policjantom i wskazujemy, by zabezpieczyli monitoring. Sami też nagrywamy całą rozmowę.

    Podczas interwencji jest z nami rzeczniczka szpitala, która tłumaczy funkcjonariuszom, że jesteśmy dziennikarzami i mamy pełne prawo wykonywać swoją pracę. Kiedy to mówi, jeszcze nie wiemy, że następnego dnia szpital będzie nas atakował i groził sądem.

    Ponad 1,5 tys. zgonów

    Dotarliśmy nawet do szacunkowego "cennika", który miał obowiązywać w prosektorium. Kwota zależała od "usługi". 100 zł płaciło się za zgodę na wydanie ciała, od 500 zł za ubranie ciała i zabiegi tanatokosmetyczne, 1000 zł za balsamację, a co najmniej 1500 zł za "polecenie" rodzinie zakładu pogrzebowego.

    Już wtedy dostawaliśmy niepokojące sygnały, że do handlu zwłokami dochodzi nie tylko w Szpitalu Południowym, który jest spółką miejską podlegającą bezpośrednio pod prezydenta Rafała Trzaskowskiego.

    Podobne praktyki przez ostatnie lata miały mieć miejsce również w największej i najważniejszej placówce medycznej w Warszawie, czyli w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym podlegającym Warszawskiemu Uniwersytetowi Medycznemu (WUM), dalej Wojewodzie Mazowieckiemu, w efekcie Ministerstwu Zdrowia.

    UCK WUM to konglomerat trzech szpitali — popularnego szpitala klinicznego przy ul. Stefana Banacha 1, dziecięcego szpitala przy ul. Żwirki i Wigury oraz szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya.

    Według oficjalnych informacji w tych placówkach zarządzanych przez dyrektor Marzenę Kowalczyk jest 1 tys. 785 łóżek. Tylko w 2023 r. odnotowano tam ponad 1,5 tys. zgonów.

     Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha w Warszawie

    Albert Zawada / PAP

    Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha w Warszawie

    Nic dziwnego, że dla właścicieli zakładów pogrzebowych to istna żyła złota.

    Problem w tym, że od lutego 2024 r. chłodnią położoną przy ul. Pawińskiego zarządza Patrycja Kinaszczuk, właścicielka zakładu pogrzebowego Nadzieja. Firmę świadczącą usługi funeralne założyła dwa dni przed przyjęciem w dzierżawę szpitalnej chłodni. Ustaliliśmy, że w szpitalu kobieta oferuje usługi pogrzebowe.

    Dyrekcja szpitala twierdzi, że w chłodni nie dochodzi do nadużyć, łamania prawa ani nagabywania pogrążonych w żałobie rodzin zmarłych pacjentów.

    "Jeśli ich wybierzemy, to nie będziemy płacić za chłodnię"

    Z głównego wejścia szpitala na Banacha do budynku prosektorium jest 500 m. Sprawnemu człowiekowi przejście takiej odległości zajmuje siedem minut.

    Ze szpitala dziecięcego dystans jest podobny. Natomiast z placówki na Lindleya to już trzy kilometry. Trzeba liczyć, że pieszo to 40 min.

    Jeśli chce się skorzystać z komunikacji miejskiej, to sam dojazd zajmuje kilkanaście minut, a potem i tak trzeba przejść 650 metrów.

    Od rana na Pawińskiego pojawiają się bliscy osób zmarłych, bo tutaj zwożone są ciała z trzech szpitali. Byliśmy tam w poniedziałek o 9 rano.

    — W jednym miejscu nie da się tego załatwić — mówi nam wzburzony mężczyzna, którego spotykamy, gdy wychodzi z prosektorium. Jego ojciec zmarł poprzedniego dnia.

    Rodzina, z którą rozmawiamy, mówi, że lekarz z oddziału opieki paliatywnej, który poinformował ich o zgonie bliskiego, od razu podał im numer telefonu, pod który mają zadzwonić. Telefon odebrała Patrycja Kinaszczuk, właścicielka prywatnego zakładu, który obsługuje szpitalne chłodnie.

    — W szpitalu powiedzieli nam, że najpierw musimy przyjść tutaj po ten papier. Proszę spojrzeć — nasz rozmówca pokazuje dokument, który właśnie otrzymał.

    "Oświadczenie dotyczące osoby zmarłej" — tak jest zatytułowany ten formularz. Widnieje na nim pieczątka Domu Pogrzebowego Nadzieja z numerem telefonu. To ten sam numer, którym posługuje się Kinaszczuk.

    — Dla mnie to jest kuriozum, że na oficjalnym dokumencie UCK WUM jest pieczątka prywatnego zakładu pogrzebowego — kontynuuje mężczyzna.

    — Ten zakład wciska tutaj swoje usługi. Przed chwilą pan, który okazywał nam ciało taty, mówił, że mogą nam zorganizować cały pogrzeb. Reklamował, że jeśli ich wybierzemy, to nie będziemy płacić za chłodnię. A jeśli inny zakład pogrzebowy, to owszem pierwsze trzy dni są za darmo, bo to wynika z ustawy, ale potem 160 zł za dobę. Pan mówił, że u nich jest najprościej, bo oni raz, dwa wszystko załatwią. To nie powinno tak wyglądać.

    Rzeczywiście, zgodnie z prawem reklamowanie i świadczenie usług pogrzebowych jest zakazane w miejscu udzielania świadczeń zdrowotnych. Mówi o tym jednoznacznie art. 13 ustawy o działalności leczniczej z 2011 r.

    Ten przepis to pokłosie słynnej afery łowców skór w Łodzi. Zakaz miał ukrócić pokusę, by w szpitalach czy hospicjach oferować zdruzgotanym rodzinom usługi pogrzebowe konkretnych zakładów. W teorii.

    W praktyce, w warszawskich szpitalach UCK WUM, proceder pogrzebowy działa bez zakłóceń.

    "Nie wiem, po co chciała tak utrudnić życie tym rodzinom"

    Procedura jest prosta: gdy pacjent umiera w szpitalu, ciało trafia do post mortem, czyli pomieszczenia na oddziale, a potem do chłodni w prosektorium. W tym czasie lekarz lub dział statystyki informuje rodzinę i zaprasza po odbiór karty zgonu.

    Z kartą bliscy jadą do Urzędu Stanu Cywilnego po akt zgonu. Do szpitala, a konkretnie do prosektorium wracają, by dokonać identyfikacji zwłok. Z reguły towarzyszy im wybrany przez nich zakład pogrzebowy, który tuż po identyfikacji odbiera zwłoki. Dalsze kroki należą do firmy, która podejmuje się organizacji pogrzebu.

    Tak wygląda to w wielu innych miejscach, ale nie tu. UCK WUM ustanowił swoje zasady, które sprzyjają rozwijaniu patologii funeralnej. Stoi za nim była już dyrektor tej placówki, Anna Łukasik. Ta sama, która do czerwca tego roku kierowała Szpitalem Południowym.

    Obecna dyrektor UCK WUM Marzena Kowalczyk była zastępczynią Łukasik, gdy owe reguły były wprowadzane.

    Nietypowe zasady pozwalają dzierżawcy chłodni przy prosektorium na bezpośredni kontakt z rodzinami, a przy okazji dają możliwość proponowania bliskim nielegalnych usług pogrzebowych.

    Umiera pacjent, rodzina przyjeżdża do szpitala i dowiaduje się, że karta zgonu nie może zostać wydana, bo najpierw trzeba iść do prosektorium i zidentyfikować ciało. Tyle że do prosektorium jest kawałek drogi.

    — Przychodzili ludzie, również staruszki, czasem zapłakani, czasem w szoku, a ja musiałam im mówić, że muszą iść kilkaset metrów oglądać swoich bliskich. To zaczęło się dziać, jak już rządziła dyrektor Łukasik.

    — Nie wiem, po co chciała tak utrudnić życie tym rodzinom. Wcześniej, a pracowałam tam już 25 lat, nie było takich rzeczy — mówi pani Anna, która pracowała dziale statystyk UCK WUM.

    Teraz jest emerytką. — Nie rozumiałam, dlaczego w naszych szpitalach tak dręczy się bliskich zmarłych pacjentów.

    Szpital przy ul. Banacha w Warszawie

    Albert Zawada / PAP

    Szpital przy ul. Banacha w Warszawie

    Przyznaje, że zdarzało jej się wydać kartę zgonu starszej osobie czy komuś na wózku, zanim ten ktoś poszedł do prosektorium.

    — Szkoda mi ich było, że muszą iść taki kawał. Zaraz potem miałam telefon z pretensjami od pani Patrycji z chłodni, że nie przysyłam do niej rodzin. Zawsze to były bardzo nieprzyjemne rozmowy — dodaje i wyjaśnia, że wiedziała, że Patrycja Kinaszczuk prowadzi w kostnicy działalność pogrzebową.

    — To była powszechna wiedza. Pracownicy w szpitalu o tym rozmawiali, byli zdziwieni. Nie podobało im się to, ale nikt nie śmiał podważyć decyzji dyrektor Łukasik.

    Bliscy zmarłych pacjentów, którzy najpierw poszli do chłodni, musieli potem przyjść do działu statystyki i odebrać kartę zgonu.

    — Wielu było oburzonych, że w kostnicy pani proponowała im zorganizowanie pogrzebu. Wielu narzekało, że pani, z którą rozmawiali, była bardzo nieprzyjemna, kiedy mówili, że mają już wybrany zakład pogrzebowy.

    Latem 2025 r. do działu statystyki przyszła pracownica działu kadr, poinformowała panią Annę, że ta zostaje przeniesiona do innego działu, i nakazała podpisać zgodę na przeniesienie. Kiedy ta oponowała, usłyszała, że w innym razie grozi jej zwolnienie dyscyplinarne.

    Dopytywała, jaki jest powód, ale kadrowa nie umiała odpowiedzieć. Wysyłała też pisma do dyrekcji szpitala, próbowała umówić się z dyrektor Łukasik. Bezskutecznie.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Zmiany przyszły w 2022 r. Ówczesna dyrektor Anna Łukasik zredukowała pracowników prosektorium i ogłosiła konkurs na dzierżawę chłodni oraz zwożenie ciał ze szpitala. Placówka szukała oszczędności.

    Oddanie chłodni oraz obowiązku zajmowania się ciałami w prywatne ręce nie tylko zwalniało szpital z odpowiedzialności i kosztów, ale jeszcze przynosiło pieniądze.

    To firma miała płacić za wynajem pomieszczeń, a przy okazji wziąć na siebie wydawanie zwłok rodzinom zmarłych.

    Co więcej, w tym samym okresie została zlikwidowana chłodnia na Lindleya — była już tak stara, że nie opłacało się jej remontować. Z punktu widzenia logistyki spowodowało to spore problemy. Nagle wszystkie ciała z trzech szpitali zaczęły trafiać do jednego miejsca: chłodni przy ul. Pawińskiego.

    To jest prywatny folwark

    Najpierw konkurs ofert na dzierżawę chłodni w 2022 r. wygrała firma pogrzebowa Amabilis prowadzona przez Krystiana Pieniaka.

    W kolejnych latach dwa konkursy rozstrzygnięte zostały na korzyść zagranicznego funduszu Sereni Polska, także działającego w branży pogrzebowej. Sereni odstąpił jednak od podpisania umowy.

    Chłodnia przy ul. Pawińskiego 3b została w końcu powierzona kolejnej prywatnej firmie. Od 1 lutego 2024 r. dzierżawi ją Patrycja Kinaszczuk prowadząca działalność gospodarczą pod firmą Dom Pogrzebowy Nadzieja. Umowa została podpisana na trzy lata. Szpital zarabiał na niej ponad 11 tys. zł netto miesięcznie.

    W Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej znajdujemy informację, że Kinaszczuk zarejestrowała swoją firmę 30 stycznia 2024 r. — a więc zaledwie dwa dni przed rozpoczęciem dzierżawy od szpitala.

    Co więcej, jak słyszymy od pracowników szpitala, Nadzieja nie startowała w konkursie. Dopiero co założona działalność została wyłoniona w drodze zapytania ofertowego.

    Karta wydana rodzinie przez Partycję Kinaszczuk, z pieczątką zakładu pogrzebowego Nadzieja

    Szymon Piegza / Onet

    Karta wydana rodzinie przez Partycję Kinaszczuk, z pieczątką zakładu pogrzebowego Nadzieja

    Kolejną wątpliwość budzą relacje prywatne. Jak słyszymy od osób związanych z branżą pogrzebową, Krystian Pieniak i Patrycja Kinaszczuk tworzyli osobisty związek. Kinaszczuk pracowała najpierw w Amabilisie i obsługiwała chłodnię szpitala przy Banacha. Później założyła własną działalność.

    O ich powiązaniu świadczą też inne fakty: dom pogrzebowy Nadzieja został początkowo założony pod dokładnie tym samym adresem, przy ul. Dokerów w Rembertowie, na który swoje przedsiębiorstwa od lat rejestruje Pieniak.

    Pracownik zakładu pogrzebowego z Warszawy: — Pozyskiwanie rodzin zaczęło się jeszcze za Amabilisu. Właściciel stworzył układ i przekazał go swojej partnerce. To jest prywatny folwark.

    Wlewali do worka ze zwłokami wodę

    Udało nam się porozmawiać z osobą pracującą dla zakładu pogrzebowego Amabilis w czasach, gdy to on dzierżawił chłodnię.

    Nasz rozmówca nie ma wątpliwości co do praktyk stosowanych w szpitalu na Banacha: ich celem było dotarcie do rodziny zmarłego, gdy ta była rozbita i skołowana. Dzięki dokładnie tej samej procedurze, która funkcjonuje do dzisiaj.

    — W budynku prosektorium normalnie funkcjonowało biuro Amabilisu — kontynuuje nasz rozmówca. — Pracownik widział człowieka w rozpaczy i miał za zadanie namówić go na podpisanie umowy jeszcze w szpitalu. Od razu uzgodnić z klientem: jaki cmentarz, trumna czy urna, a jeżeli trumna, to jaka. Pracownicy kusili ceną. Mówili, że uda się zrobić wszystko w kwocie zasiłku pogrzebowego. Potem oczywiście w tej kwocie się nie mieściliśmy i ludzie musieli dopłacać.

    — Bywało, że pracownicy wlewali do worka ze zwłokami wodę i robili w worku od spodu małe dziurki. Chodziło o to, żeby utrudnić życie temu zakładowi, który odbiera ciało.

    Prosektorium Szpitala Centralnego przy ul. Pawińskiego w Warszawie

    Szymon Piegza / Onet

    Prosektorium Szpitala Centralnego przy ul. Pawińskiego w Warszawie

    Już wtedy jedną z pracownic osobiście oferujących usługi pogrzebowe w szpitalu była Patrycja Kinaszczuk. Ta sama, która potem założyła swój własny Dom Pogrzebowy Nadzieja i w ciągu dwóch dni od rejestracji firmy przejęła dzierżawę szpitalnej chłodni.

    Dzwonimy do Krystiana Pieniaka, byłego właściciela Amabilisu:

    — Działalność polegającą na organizowaniu pogrzebów prowadziłem do marca 2023 r. Na terenie szpitala nie oferowałem usług pogrzebowych. Moja umowa na dzierżawę zawartą ze szpitalem zakończyła się w styczniu 2024 r. — oświadcza krótko.

    Nowa procedura

    Michał Michalski wiadomość o śmierci matki dostał prawie dwa lata temu.

    Szpital poinformował go, że musi zidentyfikować ciało. Nie pierwszy raz żegnał bliską osobę, więc wiedział, że trzeba ze szpitala odebrać kartę zgonu, a potem już z wybranym zakładem pogrzebowym przyjechać do kostnicy na identyfikację i odbiór ciała.

    Nie wiedział, że w szpitalu na Banacha zmieniła się procedura. Pracownica w dziale statystyki przekazała, że najpierw musi zidentyfikować ciało w chłodni.

    — Musiałem przejść spory kawałek, żeby dostać z chłodni zaświadczenie i z nim wrócić do biura szpitala. Po identyfikacji ciała pani z kancelarii kostnicy zaczęła proponować mi usługi pogrzebowe. Na początku myślałem, że to pracownica szpitala: kierownik całego prosektorium albo po prostu sekretarka — mówi nam mężczyzna.

    Usługi były typowe dla każdego zakładu pogrzebowego: mycie ciała, ubieranie, wybór trumny, dodatki, organizacja pogrzebu. Pani w biurze pokazywała albumy z ofertami, miała katalogi z trumnami i urnami.

    Wyjaśniła, że jeśli ciało będzie przebywało w chłodni powyżej 72 godzin, to mogą zostać naliczone spore opłaty.

    — Powiedziała, że jak zrobię pogrzeb w Nadziei, nie zapłacę za chłodnię, a każdy inny zakład policzy dodatkowo — opowiada Michalski. — Mama musiała leżeć 11 dni do pogrzebu, więc spora oszczędność. Wszystko wypisała mi na karteczce. Wziąłem ją, ale powiedziałem, że mama dopiero wczoraj zmarła i muszę to wszystko przemyśleć.

    "Mój tata jeszcze dobrze nie wystygł, a ta wyskakuje z jakąś ofertą"

    Ojciec pani Katarzyny zmarł na oddziale intensywnej terapii przy ul. Lindleya.

    Kobieta mieszka 10 minut drogi pieszo od szpitala, ale i tak musiała przyjechać trzy kilometry na ul. Pawińskiego, by zidentyfikować ciało. Następnie wrócić na Lindleya po kartę zgonu.

    — Lekarz podał mi numer do pani, która siedzi w prosektorium. Umówiłyśmy się na poniedziałek. Na miejscu panował zupełny chaos. Pani z kolegami stała na zewnątrz i paliła papierosy, a do budynku ciągle ktoś wchodził i wychodził. Zdziwiłam się, że nikt tego nie pilnuje — opowiada.

    Kancelaria kostnicy Szpitala Centralnego przy ul. Pawińskiego w Warszawie

    Szymon Piegza / Onet

    Kancelaria kostnicy Szpitala Centralnego przy ul. Pawińskiego w Warszawie

    Pani Katarzyna również dostała ofertę "kompleksowego" przygotowania ciała i zapewnienie, że zakład "Nadzieja" wszystko zorganizuje.

    — Pomyślałam: mój tata jeszcze dobrze nie wystygł, a ta wyskakuje z jakąś ofertą. Nie powinno tak być. Skłamałam, że mam już wybrany zakład, bo chciałam jak najszybciej skończyć tę rozmowę.

    Następnego dnia rzeczywiście wybrała inny zakład pogrzebowy. Wtedy zaczęły się kolejne kłopoty.

    — Człowiek z tego zakładu zadzwonił przy mnie do prosektorium na Pawińskiego i poprosił o wyznaczenie szybkiego terminu odbioru ciała mojego taty.

    Zaproponowaliśmy środę. Pani z prosektorium powiedziała, że nie ma mowy, że cały dzień jest bardzo zajęta. Poprosiliśmy o następny dzień. Też nie, nie ma wolnych terminów. W końcu się wkurzyłam i huknęłam: dlaczego kostnica nie chce oddać ciała taty?! Zmiękła i wyznaczyła termin.

    Podobną sytuację przeżywała pani Maria. Dwa lata temu jej ojciec zmarł w tym samym szpitalu.

    — Zrozpaczeni razem z rodziną przyszliśmy po tatę, aby zidentyfikować ciało i potwierdzić dane. W chłodni szpitala jakiś młody chłopak na cwaniaka zaproponował nam swoje usługi pogrzebowe. Mówił, że mogą to zrobić "kompleksowo".

    Nie dopytała, co to znaczy "kompleksowo", tylko poinformowała, że rodzina ma już wybrany zakład.

    — Zapytał tylko, jaki i w jednej chwili miła atmosfera minęła. Od razu przyszła mi myśl, jak teraz będą traktować ciało taty.

    ***

    W maju 2025 r., po pięciu latach rządzenia Uniwersyteckim Centrum Klinicznym WUM, Anna Łukasik została prezeską zarządu Warszawskiego Szpitala Południowego. To właśnie za jej czasów w prosektorium Południowego rozwinął się handel zwłokami.

    Anna Łukasik straciła stanowisko, gdy na jaw wyszła afera, której głównym bohaterem jest 29-letni lekarz Dawid Kacprzyk, który tylko w jednym roku zarobił 1,5 mln zł.

    Wielokrotnie w ostatnich tygodniach próbowaliśmy się z nią skontaktować, ale nigdy nie odebrała telefonu. Nie odpowiedziała też na naszą prośbę o kontakt.

    ***

    Kilka tysięcy dopłaty

    Dziadek pani Karoliny został pochowany w zakładzie Nadzieja. Kobieta mówi nam dziś, że gdyby wiedziała, jak zostanie potraktowana jej rodzina, nigdy by na to nie pozwoliła.

    — Dziadek zmarł 14 kwietnia. W zakładzie usłyszeliśmy, że najwcześniej pogrzeb zrobią 24, bo jest taka długa kolejka. Całe Święta Wielkiej Nocy żyliśmy tą tragedią. I doszły dodatkowe koszty, bo za dobę chłodni Nadzieja policzyła po 200 złotych.

    Kobieta zapewnia, że podczas planowania pochówku nie było żadnych zastrzeżeń. Problemy pojawiły się w momencie, kiedy zakład wystawił rachunek.

    — Koszt pogrzebu miał zmieścić się w zasiłku. Nikt nam nie powiedział, że na koniec będziemy musieli dopłacić kilka tysięcy. Poza tym sama uroczystość została zorganizowana tragicznie.

    Kolejna karta wydana rodzinie zmarłego przez Patrycję Kinaszczuk, z pieczątką jej zakładu pogrzebowego

    Szymon Piegza / Onet

    Kolejna karta wydana rodzinie zmarłego przez Patrycję Kinaszczuk, z pieczątką jej zakładu pogrzebowego

    Od razu wylicza, co poszło nie tak:

    — Zapłaciliśmy za namiot na cmentarzu, którego nie było. Sporo zapłaciliśmy za kościół, a uroczystość odbyła się w małej kapliczce. Ostatnie pożegnanie babci odbywało się w karawanie. Nawet ksiądz się dziwił, że urna nie została wystawiona na zewnątrz.

    Najgorsze dla rodziny i tak miało wydarzyć się już po pogrzebie.

    — Mój ojciec poszedł do biura Nadziei i poprosił o korektę faktury i zwrot kosztów za te usługi, z których zakład się nie wywiązał. Usłyszał jedynie: "wzięli najtańszy pogrzeb z ZUS-u i jeszcze mają pretensje".

    Pani Karolina zapewnia, że kwestia pieniędzy w tej całej sytuacji była dla rodziny najmniej istotna.

    — W sytuacji, gdy żegnamy najbliższą osobę, jesteśmy w żałobie, to pieniądze nie mają żadnej wartości. Chodzi o to, że ktoś wykorzystał nasze emocje, nasz smutek. Z tym nie mogę się pogodzić.

    To wyeliminowałoby z rynku ok. 60 proc. nielegalnych praktyk

    W sprawie chłodni UCK WUM już dwa lata temu interweniował Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego

    Napisał pismo do dyrekcji trzech szpitali, w którym wystąpił o publiczną informację, kto i na jakich warunkach dzierżawi chłodnię oraz obsługuje odbiór i przechowywanie zwłok zmarłych w szpitalach.

    Wiedział, że przy Pawińskiego rządzi jedna firma. Dlatego chciał ustalić, które zakłady pogrzebowe odebrały ile ciał w 2023 r. i 2024 r.

    — Szpital zasłonił się tym, że pytam o przetworzone informacje i że nie ma żadnego interesu publicznego, by to ujawniać — tłumaczy.

    Na temat prowadzenia tej chłodni ma jednoznaczną opinię:

    — Kiedy tylko w Warszawie pojawiały się przetargi na prosektoria i chłodnie, zacząłem pytać, dlaczego oddaje się to w ręce prywatnych przedsiębiorców. Szpitale odpowiadały, że jest wolność gospodarcza. I że wpisują w umowę, że dany zakład nie będzie prowadził usług pogrzebowych. W praktyce zawsze to robi, bo przecież z tego żyje. To jest absurd.

    Według niego tylko zmiana prawa jest w stanie wyeliminować te patologiczne działania.

    — Obecna ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych jest z 1959 r., a tak naprawdę jest prawie kalką ustawy z 1932 r. Dopóki nie wejdzie nowa, nic się nie zmieni. Nasze stowarzyszenie od lat mówi, że trzeba stworzyć prawną definicję przedsiębiorcy pogrzebowego. Taki ktoś musi mieć swój lokal, karawany, chłodnie i zatrudniać pracowników na umowy. To wyeliminowałoby z rynku ok. 60 proc. nielegalnych praktyk — przekonuje.

    Próba konfrontacji

    Jedziemy do chłodni uniwersyteckiego szpitala, żeby porozmawiać z Patrycją Kinaszczuk, szefową Nadziei. W środku, od razu przy wejściu, znajduje się "kancelaria", w której urzęduje firma.

    Co kilka, kilkanaście minut wchodzą do niej osoby, przysłane tu ze szpitala po odbiór specjalnego dokumentu. Potem pracownik prowadzi ich do sąsiedniej sali, by zidentyfikowali zwłoki swojego bliskiego.

    Sami jesteśmy świadkami sytuacji, w której mężczyzna wręcza rodzinie zmarłego kartkę z numerem telefonu do zakładu pogrzebowego.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Inni, jak już opisywaliśmy, przyznają wprost, że podczas krótkiej wizyty byli zachęcani do wyboru usług zakładu Nadzieja.

    Na miejscu spotykamy samą właścicielkę firmy, Patrycję Kinaszczuk. Na wstępie zaznacza, że nie chce z nami rozmawiać. Twierdzi, że jest zajęta.

    Czekamy do momentu, w którym w chłodni nie ma żadnych rodzin zmarłych osób. Staramy się uszanować smutek i prywatność ludzi, którzy przeżywają właśnie najgorsze momenty w swoim życiu.

    Gdy pukamy do "kancelarii" i zaczynamy pytać o działalność Nadziei, Kinaszczuk odmawia odpowiedzi i wychodzi z pomieszczenia. Pozostali pracownicy jej firmy nalegają, żebyśmy wyszli z terenu szpitala i grożą wezwaniem policji. Do opuszczenia firmowego biura nakłania nas też przybyły na miejsce ochroniarz.

    Zostajemy w środku, bo liczymy, że właścicielka firmy zaraz wróci i odpowie na pytania dotyczące prowadzenia działalności pogrzebowej na terenie szpitala.

    Po chwili pojawia się kobieta, która przedstawia się jako pracownica biura domu pogrzebowego Nadzieja, ale nie chce podawać swojego imienia i nazwiska. Pytamy, czy jej firma proponuje w szpitalu swoje usługi pogrzebowe.

    — Absolutnie nie. Takie rzeczy są nielegalne — odpowiada. Gdy wskazujemy, że rozmawialiśmy z rodzinami, które twierdzą coś dokładnie przeciwnego, kobieta utrzymuje, że "nic takiego nie ma miejsca", a następnie odmawia dalszych komentarzy. Przy kolejnych pytaniach wskazuje, żebyśmy kierowali je do dyrekcji i rzecznika szpitala.

    Ostatecznie do chłodni przyjeżdża wezwana przez pracowników Nadziei policja.

    Według zgłoszenia mieliśmy wtargnąć do biura firmy, gdy nikogo w nim nie było. Nic takiego nie miało miejsca. Wyjaśniamy to policjantom i wskazujemy, by zabezpieczyli monitoring, który obserwował całą sytuację.

    Funkcjonariusze odjeżdżają bez podejmowania dalszych działań.

    Pytania bez odpowiedzi

    O pogrzebowej działalności w chłodni chcemy porozmawiać z dyrektorką UCK WUM Marzeną Kowalczyk. Początkowo sama zaprasza nas na rozmowę do szpitala. Jednak w umówiony dzień odwołuje spotkanie.

    Udaje nam się za to porozmawiać z rzeczniczką szpitala Barbarą Mietkowską. Spotykamy się kilkadziesiąt minut po tym, gdy odwiedziliśmy prosektorium i "kancelarię" prowadzoną przez Dom Pogrzebowy "Nadzieja" na terenie szpitala.

    Mietkowska jest też obecna podczas działań wezwanych na miejsce policjantów.

    Sama tłumaczy funkcjonariuszom, że jesteśmy dziennikarzami i mamy prawo przebywać na terenie dzierżawionej chłodni oraz zadawać pytania. Próbuje też przekonać do rozmowy z nami Patrycję Kinaszczuk. Bez skutku.

    Rzeczniczka zapewnia nas, że w "szpitalu i w budynku prosektorium nie są oferowane usługi pogrzebowe". Gdy wskazujemy na relacje bezpośrednich świadków i pytamy jak to wyjaśnić, mówi, że jest jej "ekstremalnie trudno odpowiedzieć na to pytanie".

    Zaznacza, że szpital "nie ma takich informacji", a "pani Patrycja mówi, że nie odbywa się tu żadne promowanie".

    Przyznaje przy tym, że szpital zdaje sobie sprawę z ryzyka związanego z wynajmowaniem chłodni zakładowi pogrzebowemu, ale jest ono "nieuniknione".

    Pytamy o wyjątkową procedurę, nakazującą rodzinom zgłaszanie się do Nadziei po zaświadczenie przed uzyskaniem karty zgonu. Chcemy wiedzieć, od kiedy obowiązuje i w jaki sposób jest zapisana w wewnętrznej regulacji szpitala.

    Mietkowska obiecuje, że odpowie nam na te pytania na piśmie. Zapowiada też, że udostępni nam treść wewnętrznej procedury. Po rozmowie wysyłamy jej pytania e-mailem.

    Następnego dnia otrzymujemy od rzeczniczki szpitala długie pismo.

    Mietkowska — wbrew wcześniejszym zapewnieniom — odmawia nam udostępnienia treści szpitalnej procedury, twierdząc, że nie jest to informacja publiczna. Nie odnosi się przy tym w żaden sposób do naszego pytania, od kiedy taka procedura obowiązuje.

    W dalszej części pisma kieruje wobec nas bezpodstawne oskarżenia:

    Wobec otrzymanych skarg na nieetyczne działania dziennikarzy Onet.pl polegające na zaczepianiu w dniu 13 lipca 2026 r. rodzin znajdujących się w głębokiej traumie i żałobie po stracie osób najbliższych, bezpośrednio po opuszczeniu przez rodziny budynku chłodni, w której są przechowywane między innymi ciała zmarłych pacjentów UCK WUM, jak też zadawaniu rodzinom pytań sugerujących rzekome nieprawidłowości po stronie UCK WUM, UCK WUM kategorycznie żąda zaprzestania tego typu działań i uszanowania sytuacji, w jakiej znajdują się rodziny zmarłych

    — czytamy w przesłanym nam dokumencie.

    Rzeczniczka w ciągu jednego dnia zmienia też swój stosunek do wezwania przez policję.

    Postawa dziennikarzy Onetu.pl doprowadziła do niepokojącej sytuacji, gdy wobec odmowy opuszczenia przez dziennikarzy budynku, w którym zlokalizowana jest chłodnia, a także zakłócania spokoju w miejscu przechowywania zwłok, interwencyjnie musiała zostać wezwana policja.

    — pisze. Dodaje, że "UCK WUM przestrzega obowiązujących przepisów prawa i żaden przestępczy proceder nie ma miejsca".

    Mietkowska zaznacza, że umowa zawarta przez szpital z Nadzieją "zakazuje nie tylko reklamy usług pogrzebowych, ale nawet więcej — zakazuje ingerowania w wybór zakładu pogrzebowego dokonywany przez osoby uprawnione do pochówku".

    Dalej broni decyzji o wydzierżawieniu szpitalnej chłodni prywatnemu zakładowi pogrzebowemu. Uzasadnia to oszczędnościami.

    Na koniec czytamy, że jeśli naruszymy dobre imię szpitala, to jego kierownictwo podejmie wobec nas kroki prawne.

    Szpital na Banacha

    Paweł Wodzyński / East News

    Szpital na Banacha

    Tu od afery łowców skór nic się nie zmieniło

    Właściciel firmy pogrzebowej:

    — Kiedyś znajomy proboszcz mnie zapytał, o co chodzi, że tak dużo rodzin z jego parafii trafia ostatnio do domu pogrzebowego Nadzieja. Odpowiedziałem: o układ chodzi, proszę księdza.

    Dodaje: — Wiele rodzin się godzi, bo nie chcą, żeby jeszcze po śmierci "męczyć" i gdzieś przewozić ich bliskich. Bywało tak, że rodzina zleciła nam organizację pogrzebu, a na Pawińskiego dowiadywaliśmy się, że podpisali już umowę z Nadzieją.

    Szef kolejnej firmy:

    — W całej Polsce system cmentarno-pogrzebowy najgorzej funkcjonuje w Warszawie. Tu od afery łowców skór nic się nie zmieniło. Wielkie pieniądze i brak podstaw prawnych powodują, że branża działa jak zwykła gangsterka.

    Współpraca: Konrad Wojciechowski, dziennikarz freelancer.

    Chcesz porozmawiać z autorami? Napisz: [email protected], [email protected], [email protected]

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era