RAK
    Płacili mu 20 tys. zł za bieganie po parku. Zrobili z niego pośmiewisko

    Płacili mu 20 tys. zł za bieganie po parku. Zrobili z niego pośmiewisko

    3340 odsłon
    Płacili mu 20 tys. zł za bieganie po parku. Zrobili z niego pośmiewisko

    — Ludzie myśleli, że wolę brać 20 tys. zł miesięcznie za bieganie po parku niż normalnie grać — opowiadał Daniel Kokosiński. Jego nazwisko na stałe zapisało się w historii polskiej piłki i nie tylko. Wszystko przez to, jak postanowił ukarać go pracodawca.

    Nie był znany, a stał się twarzą jednego z najbardziej kontrowersyjnych zjawisk w rodzimym futbolu.

    To właśnie od niego wzięła się nazwa "Klub Kokosa" — określenie, które wciąż oznacza grupę zawodników odsuniętych od pierwszej drużyny i poddawanych indywidualnym, często wyjątkowo ciężkim treningom.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Wszystko zaczęło się od transferu za 600 tys. zł

    Latem 2009 r. Polonia Warszawa zapłaciła za Daniela Kokosińskiego około 600 tys. zł. Trener Jacek Grembocki widział w nim solidnego środkowego obrońcę, który miał wzmocnić defensywę stołecznego zespołu.

    Początek wyglądał obiecująco. W debiucie w eliminacjach Ligi Europy przeciwko Juvenes Dogana z San Marino Kokosiński zdobył nawet bramkę. Wydawało się, że szybko zadomowi się przy Konwiktorskiej. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

    • Zobacz również: 81-krotny reprezentant Hiszpanii kończy karierę

    Po kilku miesiącach stracił miejsce w składzie, a po rundzie jesiennej usłyszał, że klub nie wiąże z nim przyszłości. Polonia chciała rozwiązać kontrakt, ale piłkarz nie zamierzał odchodzić za darmo. To był początek historii, która zmieniła polski futbol.

    "Klub Kokosa" miał być przestrogą

    Ówczesny właściciel Polonii Józef Wojciechowski nie ukrywał swoich zamiarów. To właśnie on stworzył słynny "Klub Kokosa", którego nazwa pochodziła od nazwiska Kokosińskiego.

    Tłumaczył, że chodzi o grupę zawodników, którzy — jego zdaniem — nie prezentowali odpowiedniego poziomu sportowego, a jednocześnie nie chcieli odejść z klubu.

    — Jest u nas coś takiego jak "Klub Kokosa". Mamy piłkarza, którego zatrudnił jeszcze Jacek Grembocki. Nazywa się Daniel Kokosiński. Moim zdaniem był to jakiś przekręt, uważam, że ściągnął go do nas, bo miał jakieś zobowiązania wobec kogoś innego. Ten obrońca okazał się bardzo słaby, chcieliśmy z niego zrezygnować, ale on nigdzie nie chce od nas odejść, choć miał oferty. Właśnie wokół tego Kokosińskiego stworzyliśmy klub nieudaczników. Nie chcemy, by psuli Młodą Ekstraklasę, nie chcemy, by zarażali młodych chłopaków swoją indolencją i nieudacznictwem. Ci najsłabsi muszą trenować w "Klubie Kokosa" — mówił bez ogródek.

    Daniel Kokosiński w drodze na spotkanie z władzami Polonii Warszawa

    Piotr Kucza / newspix.pl

    Daniel Kokosiński w drodze na spotkanie z władzami Polonii Warszawa

    Słowa odbiły się szerokim echem. Jeszcze większe emocje wzbudziły jednak metody stosowane wobec zawodników.

    Zamiast meczów schody i samotne treningi

    Kokosiński nie trenował już z pierwszym zespołem. Nie uczestniczył w normalnych zajęciach. Jego codzienność wyglądała zupełnie inaczej — interwały, bieganie, stadionowe schody, wielogodzinne indywidualne treningi.

    Z czasem obciążenia jeszcze wzrosły. Piłkarz wspominał później, że zdarzało się trenować dwa razy dziennie po około dwie i pół godziny. Nie chodziło już o przygotowanie do gry. Cel był prosty — zmusić zawodnika do rozwiązania kontraktu.

    • Zobacz również: Kary za oglądanie MŚ. Fatalna pomyłka Polaków i mundial przepadł

    Najbardziej bolało jednak nie samo odstawienie od zespołu, lecz sposób, w jaki przedstawiano całą sytuację. Kokosiński po latach przyznał, że został wykreowany na symbol piłkarza, który rzekomo woli pobierać wysoką pensję, niż grać w piłkę.

    — Zrobili ze mnie pośmiewisko. Ludzie myśleli, że wolę brać 20 tys. zł miesięcznie za bieganie po parku niż normalnie grać — wspominał.

    Daniel Kokosiński na schodach, podczas spotkania z dziennikarką "Przeglądu Sportowego" Izą Koprowiak

    Piotr Kucza / newspix.pl

    Daniel Kokosiński na schodach, podczas spotkania z dziennikarką "Przeglądu Sportowego" Izą Koprowiak

    Tymczasem z jego perspektywy sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Do końca kontraktu pozostawało około pół miliona złotych. Jak podkreślał, trudno oczekiwać, by jakikolwiek zawodnik dobrowolnie zrezygnował z takich pieniędzy i rozwiązał umowę bez żadnej rekompensaty.

    Zwracał również uwagę, że w Polonii byli piłkarze zarabiający znacznie więcej od niego, ale to właśnie on został wybrany na przykład dla innych.

    Dziennikarze też mieli nie ujrzeć prawdy

    Jednym z najbardziej wymownych epizodów była wizyta reporterów "Przeglądu Sportowego", którzy chcieli sprawdzić, jak naprawdę wygląda codzienność odsuniętego piłkarza.

    Gdy klub dowiedział się o planowanym materiale, trener Libor Pala miał nakazać Kokosińskiemu trenować całkowicie osobno. — Chodziło o pokazówkę. W ten sposób prezes Wojciechowski chciał mnie dodatkowo poniżyć, bo nie miał na mnie sposobu. Chciał pokazać, kto tu rządzi. Chciał też zabłysnąć jako prezes rządzący twardą ręką. Myślę, że poniekąd leczył w ten sposób kompleksy wobec innych, bardziej medialnych klubów — uważa Kokosiński.

    Nie był jedyny. Przez "Klub Kokosa" przewinęli się również inni zawodnicy. Przez pewien czas razem z Kokosińskim trenował m.in. Ebi Smolarek. — Postanowiliśmy, że się nie ugniemy. Ale do niego dyrektor sportowy często wydzwaniał i w końcu się dogadali — wspominał były obrońca.

    Z kolei węgierski piłkarz Tamas Kulcsar po powrocie z wypożyczenia dostał jasny wybór — albo rozwiąże kontrakt, albo będzie codziennie trenował w "Klubie Kokosa". Szybko zdecydował się odejść.

    Daniel Kokosiński jako piłkarz Polonii Warsawa

    Irek Dorożański / newspix.pl

    Daniel Kokosiński jako piłkarz Polonii Warsawa

    Tak właśnie działał cały mechanizm. Sam widok Kokosińskiego miał być ostrzeżeniem dla kolejnych piłkarzy. — Ma być w naszym klubie postacią sztandarową, która będzie odstraszać zawodników przed brakiem zaangażowania i pobieraniem pensji tylko dlatego, że mają ważne umowy. To przykład dla wielu innych piłkarzy, także z pierwszej drużyny. Dlatego powiem szczerze, że wcale nie chcielibyśmy go sprzedawać — tłumaczył w 2011 r. "Przeglądowi Sportowemu" wiceprezes Czarnych Koszul, Piotr Ciszewski.

    Najtrudniejszy okres w karierze

    Sam Kokosiński nie ukrywał, że były momenty, gdy miał wszystkiego dość. Przez ciągłe treningi i izolację niemal całkowicie stracił radość z gry w piłkę. — Przetrwałem m.in. dzięki prezesowi Znicza Pruszków. Pan Mucha-Orliński był ze mną przez cały pobyt w Polonii, dzwonił, wspierał, motywował, dawał nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Był jak drugi ojciec, nawet interweniował w mojej sprawie. Dzwonił do Polonii, gdy przesadzano z aplikowaniem mi obciążeń treningowych. Gdy odszedłem, wyciągnął do mnie rękę i przyjął do Znicza — opowiadał Kokosiński, który ostatecznie piłkarz wytrzymał do końca kontraktu. Umowa wygasła 30 czerwca 2012 r.

    • Zobacz również: Chcą zbudować stadion za 3 mld zł. Ze skocznią w środku

    Choć przez ostatnich pięć miesięcy Polonia nie wypłacała mu pensji, zaległe wynagrodzenie zostało później uregulowane przez Ireneusza Króla, dzięki czemu uniknięto długiego procesu sądowego.

    "Klub Kokosa" rozprzestrzenił się po całej Polsce

    Historia Kokosińskiego szybko przestała być wyłącznie problemem Polonii Warszawa. Określenie "Klub Kokosa" błyskawicznie weszło do piłkarskiego słownika i zaczęło funkcjonować jako synonim odsuwania niechcianych zawodników od drużyny. Podobne rozwiązania zaczęły pojawiać się w kolejnych klubach.

    W 2011 r. własną wersję "Klubu Kokosa" stworzył Lech Poznań. Do osobnej grupy trafili m.in. Grzegorz Kasprzik, Seweryn Gancarczyk i Tomasz Mikołajczak. Oni również wykonywali wyczerpujące treningi, w tym bieganie po stadionowych schodach.

    Rok później podobny model zastosowała Wisła Kraków wobec zawodników, którzy zostali "w spadku" po holenderskich rządach przy Reymonta. Za tego rodzaju "czyszczenie szatni" wziął się nowy trener Michał Probierz, który po krakowskich Błoniach kazał biegać takim zawodnikom jak Michael Lamey, Kew Jaliens czy Gervasio Nunez. Kończyły im się wysokie kontrakty i klub nie widział ich już w swoich planach.

    Indywidualnie trenował także Srdja Knežević w Legii Warszawa, gdzie odsunięcie od pierwszego zespołu miało skłonić go do rozwiązania umowy.

    Okazało się więc, że rozwiązanie wymyślone przy Konwiktorskiej bardzo szybko znalazło naśladowców.

    Praktyka, która nie zniknęła

    Choć od narodzin "Klubu Kokosa" minęło już kilkanaście lat, sama praktyka nie odeszła do historii. Jeszcze w 2023 r. podobne kontrowersje wywołały działania Lechii Gdańsk. Część zawodników została odsunięta od pierwszego zespołu, skierowana do osobnej grupy treningowej i nawet nie otrzymała urlopów razem z resztą drużyny. Mechanizm pozostał ten sam: oddzielić piłkarza od zespołu, zwiększyć presję i skłonić go do odejścia.

    Po odejściu z Polonii Daniel Kokosiński kontynuował karierę w Zniczu Pruszków, Bałtyku Gdynia i Kotwicy Kołobrzeg. Z tą ostatnią wywalczył awans do II ligi, a później został także jej trenerem oraz asystentem szkoleniowca. Pracował w Zniczu Pruszków, gdzie szkolił kolejnych piłkarzy, potem znalazł się w sztabie ekstraklasowej Wisły Płock.

    Daniel Kokosiński jako członek sztabu Wisły Płock

    Mirosław Szozda / newspix.pl

    Daniel Kokosiński jako członek sztabu Wisły Płock

    Choć jego kariera nie obfitowała w wielkie sukcesy sportowe, pozostawił po sobie coś znacznie trwalszego. Nazwę, która do dziś budzi wśród piłkarzy złe skojarzenia i przypomina o czasach, gdy zamiast negocjacji kontraktowych niektóre kluby wybierały samotne bieganie po schodach jako narzędzie nacisku.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era