
Chicago Fire nie tylko nie dorasta do transferu Roberta Lewandowskiego. Strażacy po prostu sami podkładają sobie nogę. Widać to niemal na każdym kroku.
Korespondencja z Chicago
Pod klubowym sklepem spotykam kibica Chicago Fire. Jest stąd, ale tak naprawdę z Polski. W końcu w USA prawie każdy jest "skądś". Rozpiera go duma, że tak wielki rodak będzie reprezentował barwy jego klubu. — Jak tylko pojawiły się plotki o transferze, wykupiłem season passa. Potem ceny za karnet poszły już w górę — chełpi się.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Takich jak on — nowych kibiców Strażaków — przybędzie na czwartkowy mecz z Vancouver Whitecaps wielu. Klub promuje to spotkanie grafikami z Robertem Lewandowskim, aczkolwiek nie jest jeszcze przesądzone, czy Polak pojawi się na boisku. Akurat tę kwestię Strażacy idealnie rozgrywają pod kątem marketingowym. Na tym jednak ciepłe słowa na temat ich działań się kończą.
— O tak, to big deal. Zainteresowanie naszymi artykułami znacznie wzrosło — sprzedawczyni w klubowym sklepie aż brakuje słów, by określić, co transfer Lewandowskiego oznacza dla Chicago Fire. Bezradnie rozkłada ręce także wtedy, gdy próbuję nabyć cokolwiek związanego z polskim napastnikiem.
Koszulki meczowe zostały wyprzedane już dawno temu. Kiedy pojawi się kolejna partia? Nie wiadomo. Najbliższa okazja do sprawienia sobie takiego wdzianka nadarzy się przy okazji czwartkowego meczu. Tyle że też nie będą dostępne od ręki. Nazwisko i numer będzie można po prostu naprasować na świeżo zakupioną koszulkę. Nie można było zrobić tego wcześniej, żeby wystawić takie gotowe produkty na sprzedaż?
Pod tym względem może to przypominać sceny towarzyszące pierwszym dniom Lewandowskiego w Barcelonie. Wtedy też szybko zabrakło koszulek z nazwiskiem Polaka, tyle że ze względu na małą dostępność literki "w".
Dariusz Dobek / Onet
Pamiątki w klubowym sklepiku Chicago Fire
Na tym podobieństwa się jednak kończą. Zanosi się na to, że ceremonia powitania Lewandowskiego będzie się miała nijak do tej, której doświadczyliśmy w Barcelonie. Tamta była oczywiście spektakularna. O to właśnie chodziło Joanowi Laporcie — chciał wykrzyczeć całemu światu, że oto Duma Katalonii jeszcze żyje. I pięknie mu to wyszło.
Dla Chicago Fire to też nowy rozdział w historii klubu. Tyle że anturaż powitalnej konferencji tego nie potwierdza. Ot, zwyczajne spotkanie z mediami, jakby to była pogadanka przed kolejnym ligowym meczem.
Gdy wyrażałem swoje zdziwienie tym faktem, dostałem odpowiedź, że tu nigdy nie było takiego zwyczaju. Inter Miami też nie przeprowadzał prezentacji z wielką pompą. Aż do czasów Messiego. Skoro dla Fire to transfer podobnego kalibru, to dlaczego by nie zerwać z "tradycją" nieorganizowania prezentacji?
Nie wspominając już o jej porze. Pół godziny przed rozpoczęciem półfinału mistrzostw świata? I to w kraju, w którym ów turniej się odbywa? Zamiast chełpić się tym transferem urbi et orbi, upychasz go w grafiku niczym niepotrzebny punkt w programie.
Ciekawe, o czym we wtorkowe popołudnie czasu środkowoamerykańskiego będzie mówić cały piłkarski świat… Chicago Fire nie dało sobie nawet szansy, nawet nie wypełniło kuponu, żeby uszczknąć coś więcej z tego medialnego tortu. Wygląda na to, że zadowoli ich to, co spadnie z pańskiego stołu. Żart. I to nieśmieszny.
Tak więc nie będzie większego oddźwięku powitalnej konferencji Lewandowskiego w Fire. Próżno też szukać jakiegokolwiek nawiązania do Polaka w klubowym sklepie Strażaków. Ba, gdyby ktoś nagle się tam znalazł, nie dowiedziałby się, że były napastnik Barcelony zasilił tę drużynę dwa tygodnie temu.
Dariusz Dobek / Onet
Kolaż poświęcony Piotrowi Nowakowi
W klubowym budynku króluje za to inny Polak. Jest nim Piotr Nowak, kapitan mistrzowskiego Fire z 1999 r., członek najlepszej drużyny wszech czasów MLS. Na jednym ze zdjęć pojawił się też Roman Kosecki. Tyle że bez charakterystycznego cygara, które zwykł odpalać po trofeach, dlatego trudno go poznać na pierwszy rzut oka.
Dariusz Dobek / Onet
Piotr Nowak (z prawej) i Roman Kosecki (z lewej) świętują mistrzostwo MLS w 1998 r.
To właśnie z ich czasów pochodzi replika bluzy Fire, która jest do kupienia od ręki. Cena? 75 dol. Trzy razy mniej trzeba zapłacić za maskotkę smoka w klubowych barwach. Dość standardowa kwota.
40 "baksów" za zwykły T-shirt z napisami na klatce piersiowej i na plecach. I absolutny hit: klubowy szalik z grafikami kawałków pizzy. No, kto by nie chciał takowego sobie sprawić? I to za jedyne 55 "zielonych"?