
— Tutaj cały kraj wierzy w piłkarzy, ale nie oczekuje, że muszą zawsze wygrywać — mówi nam mieszkający od 36 lat w Norwegii Marek Filipczak, mistrz Polski i półfinalista Pucharu Europy z Widzewem Łódź.
MAREK FILIPCZAK: Zdecydowanie tak. I muszę powiedzieć, że dotyczy to wszystkich, także… władzy państwowej. Proszę sobie wyobrazić, że ze względu na start norweskiej drużyny parlament zniósł zakaz sprzedaży alkoholu, obejmujący m.in. piwo i wino, na czas mistrzostw świata. Na co dzień po godz. 2.00 panuje w zasadzie prohibicja, ale do końca mundialu zakaz nie obowiązuje, właśnie dlatego, że w nocy są transmisje meczów.
Trudno o kibicowanie, kiedy rano trzeba iść do pracy…
Pracodawcy też są wyjątkowo wyrozumiali i jeśli tylko się da, zwykle zgadzają się, by po nocnym meczu narodowej drużyny pracownicy przychodzili do pracy później lub brali dzień wolnego. Wszyscy tutaj są zadowoleni. Można było się spodziewać, że Norwegowie będą się dobrze spisywać po tym, w jaki sposób przeszli eliminacje, ale turniej finałowy to co innego. Dwa pierwsze mecze pokazały, że obecna reprezentacja Norwegii jest mocna.
Poprzednio Norwegia w finałach MŚ grała w 1998 r. Dlaczego tak długo trzeba było czekać na kolejny awans?
Bo zawsze coś niedobrego działo się po drodze, wpadało się na tych silniejszych albo w danej chwili lepiej dysponowanych [awans do MŚ 2002 Norwegia przegrała m.in. po dwóch porażkach z drużyną Jerzego Engela] rywali. Tym razem wreszcie zbudowano świetny zespół, który znakomicie się scalił. Dojrzeli piłkarze, na których się z napięciem czekało, jak Erling Haaland, Martin Odegaard czy Antonio Nusa. A kolejni naciskają. Zwróćmy uwagę na Oscara Bobba. To jest fenomen techniczny, potrafi zakręcić rywalem, że aż człowiek patrzy z niedowierzaniem.
DEFODI IMAGES/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Erling Haaland
I tak wszystko się kręci wokół Haalanda…
Bo on już doszedł do najwyższej światowej klasy, ale bez odpowiedniego wsparcia nie dawałby takiej jakości drużynie. Jemu trzeba dograć dobrą piłkę i wtedy rzeczywiście jest w stanie sfinalizować każdą akcję golem. W budowaniu zespołu on był ogniwem, które sprawiło, że na Norwegię zwraca teraz uwagę cały świat.
Jak dużą rolę w tym procesie odgrywa selekcjoner Stale Solbakken?
To dzięki jego pomysłowi, cierpliwości udało się zbudować obecny zespół. Solbakken w Norwegii jest lubiany i szanowany. Wraca się do historii, kiedy jeszcze jako piłkarz przewrócił się na boisku podczas treningu. Jego serce przestało bić i dopiero w wyniku reanimacji udało się go uratować. To był cud, że przeżył. Skupił się na pracy trenerskiej i po wielu latach dzięki niemu Norwegia znowu jest na mundialu i gra w taki sposób, że cały kraj jest zachwycony. Wykonał kolosalną robotę, wyselekcjonował i zjednoczył drużynę, stworzył świetnie rozumiejącą się grupę ludzi na boisku i w każdym innym miejscu.
Irek Dorozanski / Edytor.net / Newspix.pl / newspix.pl
Marek Filipczak
Solbakken kadrę Norwegii objął pod koniec w 2020 r., więc zdążył zaliczyć cykle kwalifikacyjne bez awansu do turnieju MŚ i ME. W Polsce na pewno musiałby już odejść.
W Norwegii mają inną mentalność — analizują, szukają przyczyn niepowodzeń, wyciągają wnioski i dymisja selekcjonera wcale nie musi być tym pierwszym, co przychodzi do głowy. W Polsce reakcje są nerwowe i impulsywnie. Nie ma awansu, to trzeba zmienić selekcjonera albo jeszcze nawet w trakcie eliminacji. Nie patrzymy perspektywicznie, nie mamy cierpliwości do dłuższych projektów, nie umiemy, albo nie chcemy szukać pozytywów. Jeżeli kadra przegrywa, to wszystko musi być na "nie", łącznie z oceną selekcjonera. Jestem przekonany, że gdyby Norwegia jednak nie wyszła z grupy, to owszem byłby niedosyt, ale bez totalnego rozczarowania i żądania głów. Tu znacznie ważniejsza jest radość z awansu na mundial i przeżywania turnieju. Do Ameryki pojechało, nie zważając na spore koszty, 20 tysięcy kibiców. Oni wiedzą, że reprezentacja da z siebie wszystko. I takie nastawienie popłaca. W ogóle to jest niesamowity czas. W maju Norwegia, po zwycięstwie nad Kanadą w meczu o 3. miejsce, zdobyła pierwszy w historii medal mistrzostw świata w hokeju na lodzie. To był dopiero szok! Cały kraj oszalał na punkcie nieprawdopodobnego wyczynu hokeistów i ja też aż łapałem się za głowę.
ZUMA / newspix.pl
Selekcjoner reprezentacji Norwegii Stale Solbakken
Czyli teraz kolej na piłkarzy?
Norwegia bardzo wierzy w swoich piłkarzy, ale nie oczekuje, że oni muszą zawsze wygrywać. Liczy się charakter, który doskonale pokazywał w ostatniej edycji Ligi Mistrzów zespół FK Bodo/Glimt. Wychodzili na boisko z uśmiechem na ustach, grali swoją piłkę i potrafili postawić się europejskim potęgom.
Trochę jak pana Widzew Łódź docierający aż do półfinału Pucharu Europy po wyeliminowaniu Liverpoolu.
Myślę, że jest to uzasadnione porównanie. Tamten Widzew miał swój niepowtarzalny charakter, a tu chodzi o naturę Norwegów. Oni w tym, co robią, wracają do źródeł. Chcą i potrafią być naturalni, a im bliżej jesteś natury, tym bardziej jest wszystko ekscytujące, takie prawdziwe i spontaniczne. Jak trzeba, to eksplodują, ale oczywiście zaraz się ochłodzą.
Aleksandra Kluk / newspix.pl
Marek Filipczak (z prawej)
Mieszka pan w Norwegii już od 36 lat, dlatego ma pan prawo się czuć jak stuprocentowy Norweg.
W Norwegii żyję dłużej niż wcześniej w Polsce, więc musi mieć to swoje konsekwencje. Na pewno mam już inne spojrzenie na wiele kwestii, inne nawyki. Zawsze jednak też byłem i będę Polakiem. Oczywiście Polskę regularnie odwiedzam, także dlatego, żeby spotykać się z moją mamą.
Co Norwegia może zdziałać na tym mundialu?
Według mnie to nie jest jeszcze zespół kompletny. Przydałby się jeszcze lepszy bramkarz, no i lepsi stoperzy zapewne też korzystnie wpłynęliby na jakość gry obronnej, ale to zadanie na przyszłość. W Ameryce jest szansa na poziom ćwierćfinału. A czy coś więcej? To już zależy od wielu czynników, również od tego, z kim musieliby rywalizować o strefę medalową.